czwartek, 12 lutego 2015

Korzenie



Człowiek jest jak drzewo.


Potrzebuje korzeni, które dają mu oparcie, stabilizację, bezpieczeństwo i poczucie przynależności. Korzenie to symbol dojrzałości i odpowiedzialności, a te determinują racjonalizm i pragmatyzm. Korzenie to miejsce, do którego przylegamy. Miejsce, które nazywamy domem. Osadzamy się w tym miejscu, w swoim scenariuszu (rodzina, praca, znajomi, czas wolny). Umacniamy siebie. Jest tylko jedno „ale”. Świat jest zmienny i to jego najbardziej pewna cecha. Wszystko płynie. Dziś się śmiejesz, jutro będziesz płakał. Dziś zyskujesz, jutro tracisz. Na świecie musi przecież istnieć równowaga, a uwikłani w naszej ludzkiej dualności, egzystując na świecie biegunowości – nic nie jest pewne na 100%. Żadna wartość, z którą się utożsamiamy: dom, praca, zdrowie, znajomi czy też twarz, jaką pokazujemy światu. Pewne są tylko zmiany. Tymczasem my kurczowo trzymamy się swojego mikrokosmosu, swojego małego świata, swojej prywatnej świątyni, którą zbudowaliśmy, umacnialiśmy i misternie dekorowaliśmy przez wiele lat. Może nawet przez całe życie, traktując ją jak coś trwałego, nienaruszalnego i wiecznego. Kurczowo czepiamy się  tego, co mamy, tego, co znamy, tego, do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić, bo w chaotycznym świecie daje nam to punkt oparcia, drogowskaz, kompas jak odnaleźć się w świecie dookoła nas. Nasz świat daje jednak tylko iluzję kontroli. Nic i nikogo nie posiadamy na własność. Możemy tylko doświadczać, odczuwać. I pozwolić odejść, kiedy przyjdzie właściwa pora. Zdolność odpuszczania wszystkiego, czego się kurczowo trzymamy: wszystkich naszych wyobrażeń, pragnień i oczekiwań oraz nieprzywiązywanie się do żadnego ze swoich scenariuszy życiowych – oznacza koniec cierpienia.




Czy warto utożsamiać swoje korzenie z miejscem, gdzie żyjemy; z ludźmi, w których oczach lubimy się przeglądać; z pracą, jaką wykonujemy?



Wierzę, że nasze prawdziwe korzenie to coś dużo więcej, a porzucając na chwilę gęsty świat materii, odkrywamy, że prawdziwe korzenie są w nas. To nasza psychofizyczność, której nie da się uchwycić namacalnie, ale wystarczy zatrzymać się na chwilę i w ciszy zapuścić korzenie w głąb siebie, zaufać sobie i swojej niezawodnej, choć zagłuszanej na co dzień intuicji, uwierzyć w siebie, aby zawsze mieć stały punkt oparcia, bez względu na okoliczności, gdziekolwiek się nie udamy i cokolwiek nie spotka nas na naszej drodze. Kim jesteśmy, jeśli nie potrafimy zaufać sami sobie? Chorągiewką na wietrze, zamkiem budowanym na piasku, pogrzebanym skarbem, ptakiem, który zapomniał jak latać. Ale pielęgnując korzenie w sobie mamy pewność, że choćby nasz osobisty świat się walił i kruszył od podstaw, nawet bez przyczyny i bez naszej winy, to żadne trzęsienie ziemi nie będzie w stanie na nas trwale wpłynąć, bo po okresie destabilizacji okaże się, że chociaż naszego świata już nie ma, to my wciąż jesteśmy. Co to oznacza? Tylko tyle, że poczucie bezpieczeństwa, oparcie i przynależność to zaufanie do Życia jako takiego, które powinno wypływać z naszego wnętrza i nie może być uzależnione od zewnętrznych czynników. Wiara w siebie, w to, że sobie poradzę, że coś znaczę  i wierność swoim ideałom – to prawdziwe korzenie. Umacniamy je, kiedy przechodzimy transformację poprzez różne życiowe doświadczenia: dobre i złe, które przyjmujemy w pokorze. Dzięki temu dojrzewamy i stajemy się coraz doskonalsi. Korzenie już w nas są – wystarczy tylko je odkryć i zapuszczać coraz głębiej w sobie, ale jednocześnie tak jak drzewo – piąć się w górę, aby dosięgnąć nieba. Czy na tym właśnie nie polega życie?




Gdy czasem macie wrażenie, że Wasz świat się wali, uznajcie to za dobry znak.



Może jest to sugestia, że nie warto odbudowywać wszystkiego od podstaw, posługując się tymi samymi kawałkami puzzli? Może zniszczona układanka jest najlepszą motywacją do zmiany na lepsze jakiejś części swojego życia, której do tej pory niepotrzebnie kurczowo się trzymaliście? Może trzęsienie ziemi w życiu to potrzebna zmiana, którą musicie przejść, żeby dojrzeć? Nie trzeba rozumieć natury tej zmiany, wystarczy zaufać, bo skoro życie toczy się dalej, a Słońce wciąż wschodzi, to ostatecznie wszystko będzie dobrze. To pewne.