wtorek, 28 lutego 2017

Słowo o przeznaczeniu



Wierzę w to, że pewne spotkania są w naszym życiu zaplanowane, a przejście z punktu A do punktu B oznacza poddanie się temu przeznaczeniu, gdzie z kolejnego zakrętu niespodziewanie wyłania się osoba, która posiada potencjał, aby w jakiś sposób wstrząsnąć naszym życiem i wprowadzić je na nowe tory. Na pewno czujecie to w odniesieniu do konkretnych osób: tych, w których się zakochujecie i tych, z którymi zawieracie przyjaźnie lub też stowarzyszacie się w jakiś sposób. A co jeśli naszym przeznaczeniem są też te osoby, które komplikują nam życie, rzucają kłody pod nogi, unieszczęśliwiają nas, te osoby, przez które płaczemy, te, których się boimy lub te, które nas denerwują i irytują? Może one również są nam przeznaczone, a spotkanie z nimi też nosi w sobie potencjał odnowy? Może trzeba dojrzeć, aby to uchwycić, aby zrozumieć, że jeżeli boli i jest niewygodnie to znaczy to tyle, że coś nowego chce się narodzić i należy to przyjąć, otworzyć się na niedogodności zamiast wzmacniać swój opór. Nawet podczas ćwiczeń fizycznych nakładamy coraz większe obciążenie na dany mięsień po to, aby go wzmocnić – nie istnieje rozwój bez wysiłku. Trudną relację można zatem potraktować jak bodziec do zmiany w formie mobilizującej przeszkody, chociaż nie możemy też wpadać w paranoję, prawda? – jeżeli relacja jest toksyczna i destrukcyjna, wciąż mamy wolną wolę i możemy ją zakończyć, bo czasem przeznaczenie po prostu uczy nas jak wyjść z syndromu ofiary i zdobyć się na asertywność. I nawet kiedy bywa ciężko, a życie wcale nie głaszcze nas po głowie, to przecież w przyrodzie wszystko zmierza w jednym kierunku – istotą zmienności życia jest ewolucja, a ewolucja to postęp.



Każde prawdziwe spotkanie stanowi zawsze „przypadek”. Pociąg się spóźnił i nie spotkałem tego, kogo chciałem spotkać, chociaż niczego nie zaniedbałem. A kiedy indziej, chociaż zaniedbałem to i owo, a może i właśnie dlatego, spotykam. Omawiany rodzaj przypadku ma jednak pewien szczególny charakter, ponieważ gdy już się zdarzy i gdy już moje spotkanie dojdzie do skutku, doznaję natychmiast uczucia, które można by wyrazić słowami: „przecież nie mogło być inaczej”, „musieliśmy” przecież na siebie trafić, byliśmy dla siebie przeznaczeni – aż po takie metafizyczne uczucia, jakie wyraża Arystofanes w „Uczcie” Platona, gdy mówi o ziemskim rozbiciu jedności człowieka na dwie płci, które przeto muszą poszukiwać nawzajem swojej drugiej połowy, aby tę jedność osiągnąć. I w tym tkwi element „łaski”, wypełnia się coś, czego nie można wymagać, czego nie można obliczyć ani wymusić, a co przecież zawiera w sobie swój sens. To jest człowiekowi niezbędne do życia, jednocześnie jednak na to człowiek nie ma wpływu.
(Romano Guardini)



Wierzę w to, że pewne spotkania są w naszym życiu zaplanowane, a przejście z punktu A do punktu B oznacza poddanie się temu przeznaczeniu, gdzie z kolejnego zakrętu niespodziewanie wyłania się osoba, która posiada potencjał, aby w jakiś sposób wstrząsnąć naszym życiem i wprowadzić je na nowe tory. Jedyne, co musimy zrobić, to podjąć inicjatywę, bo wykonanie kroku automatycznie oznacza naszą zgodę na powitanie tego, co ukrywa się za zakrętem, a czego nie możemy przewidzieć. Możemy wybrać drogę, którą chcemy pójść, bo przeznaczenie jest pewną przestrzenią, w której mogą się wydarzyć te wszystkie zdarzenia i spotkania, które zostały dla nas POTENCJALNIE zaplanowane jako PRAWDOPODOBNY scenariusz. Może w danym momencie istnieje dla każdego z nas wiele różnych, możliwych, dostępnych przestrzeni? I chociaż czasami faktycznie nie musimy robić absolutnie nic, nie podejmować żadnej inicjatywy, tylko po prostu być tam gdzie zawsze, to z doświadczenia wiem, że najbardziej niezapomnianych przeżyć i najbardziej rozwijających spotkań możemy doświadczyć wówczas, gdy sami wychodzimy naprzeciw swojemu przeznaczeniu, gdy przekraczamy swoją granicę komfortu i działamy inaczej niż zwykle.



Przeznaczenie zazwyczaj czeka tuż za rogiem. Jakby było kieszonkowcem, dziwką albo sprzedawcą losów na loterie; to jego najczęstsze wcielenia. Do drzwi naszego domu nigdy nie zapuka. Trzeba za nim ruszyć.

(Carlos Ruiz Zafón)

piątek, 17 lutego 2017

Chodziliśmy nie szukając się, ale wiedząc, że chodzimy po to, żeby się znaleźć


Działając autonomicznie w większości sfer dążę do uporządkowanego, kontrolowanego, sterylnego życia, co osiągam tylko dzięki samotności, tymczasem pojawia się problem, bo zaangażowanie w relacje i tworzenie wysokojakościowych związków to bardzo energochłonny proces, narzucający konieczność zarządzania czasem i dzielenia się nim z innymi po to, żeby budować wspólne wymiary. Co wybrać jako priorytet i jak pogodzić dążenie „ku ludziom” z potrzebą samotności? Nie mam wątpliwości – choć brzmi to okrutnie egocentrycznie – że moje życie byłoby dużo prostsze i spokojniejsze bez T i psa zagarniających przestrzeń. W każdej chwili mogłabym oddawać się luksusowi odwiedzin swojego wewnętrznego świata w poszukiwaniu natchnienia i inspiracji bez konieczności aktywnego słuchania i wypowiadania łatwych, jednowymiarowych słów po to, żeby zabawić rozmową. W każdej chwili mogłabym


zobaczyć i zmierzyć świat własną miarą, zaczerpniętą z własnych wartości.


Byłabym tak niezależna, jak tylko bym chciała i nie miałabym wyrzutów sumienia, że nie poświęcam wystarczającej uwagi temu, co mam dookoła siebie. Życie samotne jest życiem wygodnym. Jednocześnie jest też życiem uboższym, jak chodzenie po linii najmniejszego oporu, bo związki uczłowieczają. Dlatego decydując się na bliską relację, decydujemy się na kompromisy, kiedy zdarzenia wymuszają korektę naszych wyuczonych zachowań, które dawniej zapewniały jednostkową wygodę, ale które przestały być adekwatne do aktualnej sytuacji. Jeżeli o mnie chodzi, to nie mam problemów z tym, żeby być kryzysową narzeczoną i dozować sobie partnera, nawet jeżeli chodzi o T, bo chociaż tęsknię za Nim, to potrafię też docenić tak trywialne codzienne czynności jak urok snu bez faceta obok. Mogę wtedy bezkarnie zawłaszczyć każdy skrawek łóżka, mogę się wiercić, zagrzebać w pościeli, chrapać, a nawet mówić przez sen – wszystko jest wybaczone, a każdy ruch dozwolony. Tak naprawdę wiele rzeczy mogę robić bez Niego, bez poczucia braku. Właściwie wszystko. Ale kiedy jest obok mnie w nocy, tuli się w łóżku i mocno oplata swoim ciałem – nie zawsze jest wygodnie, ale bywa odkrywczo, kiedy odnoszę wrażenie, że to ciało w jakiś sposób przez mnie pozyskane stało się symbiotyczną częścią mnie: Jego dłoń jest teraz moją dłonią, Jego skóra – moją skórą, Jego twarz – moją twarzą tak, jakby T został wyryty w moim DNA, tak, jakbym słyszała Go w swoim tętnie. A kiedy Go nie ma, zdarza mi się niepodziewanie ogniskować uwagę na zapamiętanych wrażeniach zmysłowych, które mi o Nim przypominają: powraca subtelność Jego zapachu, miękkość skóry, siła dotyku czy słodycz i namiętność pocałunku. Nawet kiedy nie ma Go obok, jest stale obecny. Nieustannie krąży w moich myślach, a wspólne mieszkanie chociaż rodzi nieporozumienia, konflikty i rozczarowania, tylko dowodzi, że


miłość nie jest skarbem, który się posiadło, lecz obustronnym zobowiązaniem.


Tylko czy jestem gotowa na podejmowanie zobowiązań, skoro stale wyolbrzymiam rysy na szkle do granic rozsądku i dobrego smaku, bo z T nie spijamy słów ze swoich ust, na siłę próbujemy przeforsować własne zdanie, a słowa są w naszym przypadku często źródłem nieporozumień: krążą wokół nas, irytują, prowokują i wyprowadzają z równowagi. Te słowa tworzą bariery nie do przekroczenia i góry nie do zdobycia. A ponieważ nie ukrywam tego, że osobowościowo jestem produktem współczesnych czasów – indywidualistką, dla której sensem istnienia jest niezależność i samorozwój, to nieraz pojawiają się wątpliwości związane z moją potrzebą i zasadnością bycia w związku…


Czy skupienie na rozwoju zamiast poświęcenie czasu na budowę podstawowej komórki społecznej, jaką jest rodzina to cywilizacyjny postęp, czy regres? Czy trzeba kultywować tradycję i zakurzony relikt przeszłości – poświęcenie, służbę drugiemu człowiekowi, czy może warto korzystać z nowopowstałej przestrzeni kierowania uwagi na siebie, nawiązania relacji z samym sobą? W końcu nie jesteśmy w stanie zrozumieć innych, bo każdy z nas jako jednostka pozostaje


niewypowiedziana,


więc może naszym głównym celem jest poznanie samych siebie? Zresztą czy to ponadczasowy dogmat, że jako istota ludzka możemy spełniać się tylko w drugim człowieku? Nie jestem tego pewna, ale jestem w stanie przyznać, że:


spotkanie człowieka z człowiekiem niesie ze sobą taką siłę perswazji, że zdolne jest zmienić radykalnie stosunek człowieka do otaczającego go świata, ukształtować na nowo sposób bycia człowieka w tym świecie, zakwestionować uznawaną dotychczas hierarchię wartości.



Inni ludzie poszerzają nasze perspektywy i dzięki nim dojrzewamy. W takim razie jak zachować niezależność, a jednocześnie współzależeć z innymi? Jak rozpoznać, które mosty przekraczać, a które palić? Jak pogodzić sprzeczne wartości: pragnienie wspólnoty i potrzebę odosobnienia? Jak się porozumieć, jeśli nasze umysły komunikują się za pomocą różnych funkcji poznawczych? Czy ekstrawertyk jest w stanie zrozumieć introwertyka? Czy osoba doświadczająca świata za pomocą emocji i intuicji jest w stanie dogadać się z racjonalistą posługującym się percepcją? Jak żyć z innymi nie zapominając o sobie? I czy jest to w ogóle możliwe??? 

środa, 1 lutego 2017



Życie zawsze było dla mnie sztuką dokonywania wyborów. Aktualnie, przy okazji melancholii związanej z kolejną rocznicą, dochodzę do wniosku, że życie to raczej sztuka rozwiązywania problemów. Tak jak mówił Karl Popper – wszystko co żyje, poszukuje lepszego świata, a najbliżej odkrycia są ci, którzy najaktywniej mierzą się z problemami, ci, którzy nie boją się trudów związanych z poszukiwaniem.



***



Problemy są stale obecne i tego nie zmienię, ale mam wpływ na swój odbiór sytuacji. Mogę żywcem zagrzebać się w problemach albo mogę próbować uprościć sobie życie i zyskać w ten sposób więcej spokoju nawet wtedy, kiedy wydaje mi się, że tracę grunt pod stopami. Im mniej mam, tym mniej mam do stracenia, im bardziej selekcjonuję wartości, tym bardziej jestem oddana tym, które pozostają.