piątek, 17 lutego 2017

Chodziliśmy nie szukając się, ale wiedząc, że chodzimy po to, żeby się znaleźć


Działając autonomicznie w większości sfer dążę do uporządkowanego, kontrolowanego, sterylnego życia, co osiągam tylko dzięki samotności, tymczasem pojawia się problem, bo zaangażowanie w relacje i tworzenie wysokojakościowych związków to bardzo energochłonny proces, narzucający konieczność zarządzania czasem i dzielenia się nim z innymi po to, żeby budować wspólne wymiary. Co wybrać jako priorytet i jak pogodzić dążenie „ku ludziom” z potrzebą samotności? Nie mam wątpliwości – choć brzmi to okrutnie egocentrycznie – że moje życie byłoby dużo prostsze i spokojniejsze bez T i psa zagarniających przestrzeń. W każdej chwili mogłabym oddawać się luksusowi odwiedzin swojego wewnętrznego świata w poszukiwaniu natchnienia i inspiracji bez konieczności aktywnego słuchania i wypowiadania łatwych, jednowymiarowych słów po to, żeby zabawić rozmową. W każdej chwili mogłabym


zobaczyć i zmierzyć świat własną miarą, zaczerpniętą z własnych wartości.


Byłabym tak niezależna, jak tylko bym chciała i nie miałabym wyrzutów sumienia, że nie poświęcam wystarczającej uwagi temu, co mam dookoła siebie. Życie samotne jest życiem wygodnym. Jednocześnie jest też życiem uboższym, jak chodzenie po linii najmniejszego oporu, bo związki uczłowieczają. Dlatego decydując się na bliską relację, decydujemy się na kompromisy, kiedy zdarzenia wymuszają korektę naszych wyuczonych zachowań, które dawniej zapewniały jednostkową wygodę, ale które przestały być adekwatne do aktualnej sytuacji. Jeżeli o mnie chodzi, to nie mam problemów z tym, żeby być kryzysową narzeczoną i dozować sobie partnera, nawet jeżeli chodzi o T, bo chociaż tęsknię za Nim, to potrafię też docenić tak trywialne codzienne czynności jak urok snu bez faceta obok. Mogę wtedy bezkarnie zawłaszczyć każdy skrawek łóżka, mogę się wiercić, zagrzebać w pościeli, chrapać, a nawet mówić przez sen – wszystko jest wybaczone, a każdy ruch dozwolony. Tak naprawdę wiele rzeczy mogę robić bez Niego, bez poczucia braku. Właściwie wszystko. Ale kiedy jest obok mnie w nocy, tuli się w łóżku i mocno oplata swoim ciałem – nie zawsze jest wygodnie, ale bywa odkrywczo, kiedy odnoszę wrażenie, że to ciało w jakiś sposób przez mnie pozyskane stało się symbiotyczną częścią mnie: Jego dłoń jest teraz moją dłonią, Jego skóra – moją skórą, Jego twarz – moją twarzą tak, jakby T został wyryty w moim DNA, tak, jakbym słyszała Go w swoim tętnie. A kiedy Go nie ma, zdarza mi się niepodziewanie ogniskować uwagę na zapamiętanych wrażeniach zmysłowych, które mi o Nim przypominają: powraca subtelność Jego zapachu, miękkość skóry, siła dotyku czy słodycz i namiętność pocałunku. Nawet kiedy nie ma Go obok, jest stale obecny. Nieustannie krąży w moich myślach, a wspólne mieszkanie chociaż rodzi nieporozumienia, konflikty i rozczarowania, tylko dowodzi, że


miłość nie jest skarbem, który się posiadło, lecz obustronnym zobowiązaniem.


Tylko czy jestem gotowa na podejmowanie zobowiązań, skoro stale wyolbrzymiam rysy na szkle do granic rozsądku i dobrego smaku, bo z T nie spijamy słów ze swoich ust, na siłę próbujemy przeforsować własne zdanie, a słowa są w naszym przypadku często źródłem nieporozumień: krążą wokół nas, irytują, prowokują i wyprowadzają z równowagi. Te słowa tworzą bariery nie do przekroczenia i góry nie do zdobycia. A ponieważ nie ukrywam tego, że osobowościowo jestem produktem współczesnych czasów – indywidualistką, dla której sensem istnienia jest niezależność i samorozwój, to nieraz pojawiają się wątpliwości związane z moją potrzebą i zasadnością bycia w związku…


Czy skupienie na rozwoju zamiast poświęcenie czasu na budowę podstawowej komórki społecznej, jaką jest rodzina to cywilizacyjny postęp, czy regres? Czy trzeba kultywować tradycję i zakurzony relikt przeszłości – poświęcenie, służbę drugiemu człowiekowi, czy może warto korzystać z nowopowstałej przestrzeni kierowania uwagi na siebie, nawiązania relacji z samym sobą? W końcu nie jesteśmy w stanie zrozumieć innych, bo każdy z nas jako jednostka pozostaje


niewypowiedziana,


więc może naszym głównym celem jest poznanie samych siebie? Zresztą czy to ponadczasowy dogmat, że jako istota ludzka możemy spełniać się tylko w drugim człowieku? Nie jestem tego pewna, ale jestem w stanie przyznać, że:


spotkanie człowieka z człowiekiem niesie ze sobą taką siłę perswazji, że zdolne jest zmienić radykalnie stosunek człowieka do otaczającego go świata, ukształtować na nowo sposób bycia człowieka w tym świecie, zakwestionować uznawaną dotychczas hierarchię wartości.



Inni ludzie poszerzają nasze perspektywy i dzięki nim dojrzewamy. W takim razie jak zachować niezależność, a jednocześnie współzależeć z innymi? Jak rozpoznać, które mosty przekraczać, a które palić? Jak pogodzić sprzeczne wartości: pragnienie wspólnoty i potrzebę odosobnienia? Jak się porozumieć, jeśli nasze umysły komunikują się za pomocą różnych funkcji poznawczych? Czy ekstrawertyk jest w stanie zrozumieć introwertyka? Czy osoba doświadczająca świata za pomocą emocji i intuicji jest w stanie dogadać się z racjonalistą posługującym się percepcją? Jak żyć z innymi nie zapominając o sobie? I czy jest to w ogóle możliwe??? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz