Zmieniam się, transformuję i – choć może
zabrzmi to dziecinnie – chcę stawać się coraz lepszym człowiekiem. To kierunek
ewolucji, w który wierzę i który wybrałam świadomie za cel na resztę swojego
życia, bo chyba właśnie o to w tym wszystkim chodzi – aby zmieniać się na
lepsze i umacniać poprzez różne doświadczenia, w których – chcąc nie chcąc –
bierzemy udział. Wiem, że na tej wąskiej i krętej drodze czeka mnie wiele prób,
błędów i potknięć, kiedy próbuję przekształcić cień, który mam w sobie i mierzę
się z codziennym życiem, a może bardziej z tym, co to życie przynosi.
Przyznaję, że w moim odczuciu często upadam. Polem bitwy jest praca i dom. Daję
się wciągnąć w stany irytacji, wyżyny absurdu, wiry samotności, studnie
malkontenctwa, morza impulsywności, otchłanie lęku, labirynt wyrzutów sumienia,
bagno zazdrości i piekło niezadowolenia, ale wierzę, że wcale nie o to chodzi
jak często i jak nisko upadamy, ale o to, w jaki sposób wstajemy i czego
jesteśmy w stanie nauczyć się (także o sobie) oraz jak wiele zrozumieć doświadczając
upadku. Liczy się szczera intencja „zmartwychwstania”, a wstajemy i odradzamy
się zawsze silniejsi.
Czasami przeżywam też chwile triumfu kiedy czuję,
że cofam się w czasie i powoli wracam do praźródła, zbliżając się do czystego,
niezafałszowanego odczuwania świata bez osądzania, bez intelektualizowania i
bez krytyki, w pełni akceptując swoje życie, siebie samą i innych ludzi, bez
cienia pragnienia ucieczki od rzeczywistości. Odczuwanie życia bezwarunkowo to
jednak cholernie trudna rzecz, bo jeżeli nie osądzam innych, to świetnie
wychodzi mi ta sztuka z samą sobą. Nazywam to samobiczowaniem psychicznym,
kiedy w labiryncie własnego umysłu jestem jednocześnie katem i ofiarą. To
trudne dni zanurzenia się w całkowitej ciemności własnych obsesji. Tak łatwo
przecież porównywać się z innymi i doszukiwać się kolejnych „ale”, bądź też:
„co by było, gdyby”, które nie pozwalają odczuwać pełnej satysfakcji, szczęścia
i spełnienia. Taaak, mam skłonność do zasiewania w sobie wątpliwości wobec
tego, co na jakimś etapie jestem w stanie uznać za swój dogmat… Skoro jednak słońce
najjaśniej świeci po burzy, to ja też mam wrażenie, że wyczekiwany i
wytęskniony czas orzeźwiającej ciszy, harmonii i zgody, nadchodzi dopiero po
okresie brutalnych zawirowań i walki samej z sobą, kiedy nie poznaję samej
siebie oraz kiedy się mentalnie i osobowościowo upadlam przez swoje ogólnie
pojęte nienasycenie. Po jakimś czasie zza tych chmur zwątpienia, bezradności i
złości zaczyna wyglądać słońce zrozumienia, akceptacji i zapowiedź nowej –
lepszej – jakości życia w harmonii z samą sobą i otaczającym mnie światem. No
cóż – życie to hiperbola i doświadczamy go poprzez dualizm tego świata. To
przerażające, ale też piękne, bo często mierzymy się z życiem w heroiczny
sposób i stajemy się piękniejsi jak diament szlifowany siłą trudnych, życiowych
doświadczeń. Człowiek jest w stanie znieść wszystko.
Kto wie – może już pora przewartościować
pojęcia w moim osobistym słowniku i uwierzyć, że każdy „gorszy” okres w życiu
nie jest wcale porażką czy tryumfem zła, które mam w sobie i z którym łączą się
wyrzuty sumienia. Wcale nie musi też być egzaminem czy próbą, z których
rozlicza mnie los. Każdy „gorszy” czas jest przygotowaniem, przepoczwarzeniem,
okresem postu, przejściem przez pustynię, wezwaniem do odpoczynku, chwilą na
leczniczy dystans oraz zaproszeniem do tego, aby zająć się sobą, podziękować
sobie i przyjąć w pokorze kolejną życiową lekcję. Może każde wyzwanie czy
kryzys to nie niemile widziana przeszkoda, ale raczej potrzebny deszcz, który
zmywa stare „ja” i pomaga się oczyścić? Jeśli tak jest, to w tym czasie warto
nauczyć się nieść ciężar życia z godnością, oszczędnie gospodarując
uszczuplonymi rezerwami energii, a czasami pozwolić sobie na zrobienie kilku
kroków w tył, bo samotność, spokój i cisza to bez wątpienia wskazane i
przyjazne nam siły w czasie każdego buntu.