wtorek, 23 sierpnia 2016







Postanowiłam wyjechać całkiem sama na weekend w góry. Cel był dwuczłonowy. Po pierwsze miałam przekroczyć swoją granicę komfortu po to, żeby zdobyć zaufanie do samej siebie, wiarę we własne siły oraz hart ducha i pewność siebie. Po drugie – chciałam spojrzeć na swoje życie z dystansu po to, żeby obrać kierunek na przyszłość, który będzie uwzględniał moje potrzeby oraz czynniki, które dadzą mi poczucie szczęścia i satysfakcji. Przez chwilę zastanawiałam się nad tym, co może mi się przydać w górach? Doszłam do jednego prostego wniosku: latarka. Niewiele więcej przyszło mi do głowy (a latarka suma summarum w ogóle mi się nie przydała…). Szkoda tylko, że nie wzięłam pod uwagę np. wcześniejszej rezerwacji noclegu… W dzień wyjazdu kolejny raz w życiu stanęłam przed dylematem: zaryzykować, że może nie będę miała gdzie spać i jednak wyjechać, czy zostać i zjawić się w Karkonoszach w innym terminie, w którym tym razem zapnę wszystkie formalności na ostatni guzik? Co wybrałam? Oczywiście pierwszą opcję. Nie mogłam nie pojechać, choćby świat się walił i palił. Ograniczyłam się tylko do zakupu śpiwora, tak na wszelki wypadek. Tak, jestem lekkoduchem. I pierwszy raz w życiu przeraziłam się tym faktem, bo pomimo różnych bezmyślnych sytuacji, jakie tworzę, wciąż żyję i mam się świetnie tak, jakbym żonglowała z losem przeciągając linę na swoją stronę, zawsze spadając jak kot na cztery łapy. Z drugiej strony, lubię oddawać się życiu i działać intuicyjnie. Wtedy każda godzina jest naznaczona głębszym sensem, a wydarzenia obfitują w niecodzienne zwroty akcji. Wtedy w moim życiu dzieją się cuda, kiedy wychodzę ze strefy komfortu z pełnym zaufaniem do świata. Ale wracając do historii z górami w tle: oczywiście brak noclegu to nie był koniec mojego rozkojarzenia. Nie byłabym sobą, gdyby na tym miało się skończyć. Kolejnym wyzwaniem, z którym miałam się zmierzyć był wybór złego pociągu, o czym oczywiście nie miałam zielonego pojęcia, do czasu przybycia konduktora, który sprawdzał bilety, a tak się składa, że czekałam na niego z utęsknieniem, bo chciałam wyjaśnić, czemu ktoś siedzi na moim zarezerwowanym miejscu? Nie uśmiechało mi się okupowanie korytarza przez 6 godzin, w dodatku bez szansy na sen. No cóż, wsiadłam do złego pociągu, a tak bardzo zależało mi na tym, żeby udowodnić samej sobie dobrą organizację. Nie wyszło. Najgorsze było jednak coś innego. To spojrzenie, jakim obdarzył mnie konduktor, kiedy wysłuchał mojej historii o przemyśleniach, jakie chcę zrobić w górach i o sile oraz harcie ducha, jakie chcę w sobie wzmocnić oraz jego stwierdzenie, że chce mnie objąć, przytulić i ochronić przed całym światem. A ja przecież nie potrzebuję opiekuna. Nie potrzebuję księcia na białym koniu, który uratuje mnie z każdych opresji. Nie jestem ani Dziewczynką z zapałkami, ani Czerwonym Kapturkiem. Jak długo jeszcze mam to wszystkim udowadniać? Jadę SAMA w góry i nie tylko zamierzam przetrwać nocując „pod chmurką”, ale planuję też dobrze się bawić. W sumie to wcale nie planuję, ja WIEM, że tak właśnie będzie, bo jestem silniejsza i bardziej zahartowana niż inni są w stanie zauważyć na pierwszy rzut oka. Tylko – no cóż – wsiadłam do złego pociągu, ale czy aby na pewno to była taka zbrodnia i zdrada mojej nieomylnej intuicji, skoro znalazłam w tym pociągu coś innego. Coś, czego nawet nie szukałam. Coś, przed czym uciekałam. Czy ten wypad będzie okazją do zaplanowania życia w pojedynkę, jak pierwotnie zakładałam, czy też moje rozbiegane myśli będą stale wracać do Niego? – „Jeden uśmiech mi nie wystarczy” – obwieścił kilkukrotnie. Zapłaty za pomoc nie życzył sobie jednak odbierać w postaci uśmiechów, ale w formie zaproszenia na kawę. Nie chciał, żebym dziękowała – „Robię to dla siebie” – powiedział z rozbrajającą szczerością. Może mogłam z Nim nie flirtować? Ale był tak przystojny i czarujący, że nie mogłam się powstrzymać. Jemu też nie za bardzo się to udawało, bo rozmawialiśmy przez 4 godziny: T nie mógł wykonywać swojej pracy, ja nie mogłam zbierać sił przed górskimi przechadzkami w pełnym ekwipunku. I stało się. Poddałam się, chociaż chciałam stać się niewzruszoną twierdzą, bo ostatnią rzeczą, jakiej teraz pragnęłam i o jakiej myślałam był nowy facet w pobliżu mnie. W dniu, w którym bazując na swoim niedawanym rozstaniu stwierdziłam, że jestem stworzona do samotności, a co najlepsze – dobrze mi z tym, dałam się uwieść przez umysł i hormony, a najgorsze jest to, że być może dałam się także uwieść przez swoje serce, bo pierwszy raz w życiu flirtując z facetem w jednej sekundzie czułam, że chciałabym robić z nim i dla niego wszystko: rozmawiać, dotykać, przytulać się, spacerować, całować, kochać, wspierać, opiekować się, obserwować, słuchać i milczeć, wychowywać razem dzieci, tworzyć dom, robić zakupy, gotować mu obiady, sprzątać, robić drugie śniadanie do pracy, spełniać potrzeby zanim zostaną zwerbalizowane, śmiać się razem i razem płakać. Utonęłam w Jego oczach. I może to tylko moje złudzenia. Może znowu spotkałam tylko kolejną wersję siebie, swojego ego. Nie potrafię przecież zbyt długo żyć w stanie zakochania, bo nie umiem się oszukiwać i karmić iluzją. Nie chcę nałożyć Mu maski, w jakiej chciałabym Go zobaczyć. Tylko na tym etapie jest mi cholernie ciężko się wyciszyć, bo Jego obraz zdominował całą przestrzeń i władczo zagarnął ją dla siebie. I już mogę wyrzucić do kosza niedawną pewność, że jestem zdolna do wyższych uczuć tylko wtedy, kiedy jestem sama, bo związki są dla mnie zbyt ograniczające i nienaturalne. Uznałam, że taki właśnie jest paradoks mojej natury – nie potrafię zdobyć się na zaangażowanie, poświęcenie, kompromis i wsparcie, kiedy mam kogoś zbyt blisko, świetnie wychodzi mi natomiast kochanie z siłą czynnego wulkanu…, ale na odległość. Dzień przed wyjazdem zastanawiałam się nawet, po co w ogóle wchodzę w związki? Do wyboru miałam kilka opcji: bo wmawiam sobie, że jestem słaba i nie poradzę sobie w pojedynkę; bo wzniosły idealizm zaślepia mnie i karmi nadzieją, że istnieje taka forma jak „ten jeden jedyny”, z którego żebra powstałam; bo nasuwa mi się myśl, żeby spróbować żyć tak jak inni, gdyż to jest właściwe, bo tradycyjne; bo moja przekorna, dziecinna natura włóczykija cieszy się na myśl o oderwaniu od rzeczywistości poprzez ekstazę emocji, koktajl myśli, jakie wywołuje wejście w nową relację, gdzie istnieje możliwość przyciągnięcia do siebie drugiego człowieka i odkrywania go kawałek po kawałku. Wygląda na to, że los ze mnie zadrwił, zsyłając istotę, która podważyła moje dogmaty albo jestem po prostu nienasyconym obserwatorem relacji: samopoznania poprzez poznawanie innych.

Ten weekend był owocny w zmiany, jakich się nie spodziewałam: zakochałam się bez pamięci w Karkonoszach i wygląda na to, że chociaż chciałam się zintegrować, to znowu się podzieliłam: moje niewzruszone serce złamało się i zostało ukryte na górskich szlakach, w Jego pięknych przenikliwych oczach i w Jego kokieteryjnym zuchwałym uśmiechu. 









wtorek, 2 sierpnia 2016


Podcinałam sobie żyły z premedytacją po to, żeby Go nakarmić. Oszukiwałam samą siebie, że nie ma w tym nic złego, że tylko przechodząc przez bagno można wspinać się na wyżyny, a im trudniej, tym większe wyzwanie i pewność, że droga jest słuszna, a gra warta świeczki. Nasz wspólny wampiryzm odbierał mi siły i uwięził w poczuciu winy i wyrzutach sumienia. To mnie zabijało. Przekonałam się, że D chciał, żebym była jego poddaną, a nie oddaną. Nie ma większej zbrodni. To bardziej boli niż ciosy, które mi wymierzył i zdrada, której się dopuścił, chociaż przez kobiety, z którymi sypiał dla rozrywki stał się dla mnie obrzydliwy i nie umiałam tego w sobie przełamać. Nie potrafiłam Go dotknąć, odkąd razem zamieszkaliśmy. Teraz to już bez znaczenia. D już nie istnieje w moim życiu. Zdradził mnie, okłamał, kilka razy uderzył w przypływie alkoholowego szału, groził, że mnie zabije, nie pozwolił spać, a następnego dnia dziwił się, że chcę odejść. Nie ma dla mnie większej hipokryzji niż kontynuowanie takiego „związku”. Kiedyś obiecałam, że z Nim zostanę, ale nie za cenę rezygnacji z własnego szczęścia. Nie uznaję takiej ofiary i nie poświęcę się dla człowieka, którego mroczna strona mnie upadla, mimo że dobra – wywyższa. Podobno to nasi wrogowie są naszymi najlepszymi nauczycielami. Przy D uczyłam się szacunku dla ludzkiej słabości i poskramiania destrukcyjnej emocjonalności, ale suma summarum sama jestem kowalem swojego losu, więc uznaję, że Jego rola w moim życiu już się wypełniła. Teraz chcę się odciąć od człowieka, który mnie skrzywdził po to, żeby wyciszyć się i żyć tak, jak dawniej, wierząc i udowadniając sobie samej, że nie jestem takim złym człowiekiem, jakim D nazywał mnie w przypływie nienawiści, oskarżając, że jestem taka sama jak jego wyrodna matka, która się nad Nim znęcała. Jeżeli czegoś jeszcze nie potrafię się pozbyć, żeby zamknąć ten rozdział w swoim życiu, to są to wyrzuty sumienia, że opuszczam człowieka słabego, bo z problemami psychicznymi i wątpliwości czy czasem nie z premedytacją eskalowałam słownie Jego agresję, co byłoby zamierzonym działaniem, które miałoby mnie ostatecznie skłonić do odejścia z dobrym usprawiedliwieniem…? Z drugiej strony nie planowałam i nie chciałam tego, żeby mnie bił, straszył śmiercią i czy to nie głupota zostać z damskim bokserem wierząc, że jeszcze się zmieni, skoro teraz tak bardzo żałuje? Nie przypuszczałam, że D jest zdolny do tego, żeby podnieść na mnie rękę… On ma w sobie spory potencjał i dużo światła, ale ma też równie silny mrok, którego się boję. Nie wejdę z Nim do tej ciemności. To nie moja bajka. Poza tym już wiem, że nie potrafię kochać nikogo miłością z setkami motylami w brzuchu, a moje uczucie i fascynacja raczej płynie falą w kierunku bezpłciowego człowieczeństwa niż indywidualnej jednostki. Albo to ja jestem nienormalna, albo cały świat wokół mnie.



Ostatni raz weszłam w związek z drugim człowiekiem z taką nonszalancją i beztroską oraz z tak ryzykowną egocentryczną pewnością, że osoba obok mnie zmieni się pod moje dyktando, a ja mam w sobie na tyle siły, świadomości i współczucia, żeby rozświetlić mrok, który ta osoba nosi w sobie.