Postanowiłam wyjechać całkiem sama na
weekend w góry. Cel był dwuczłonowy. Po pierwsze miałam przekroczyć swoją
granicę komfortu po to, żeby zdobyć zaufanie do samej siebie, wiarę we własne
siły oraz hart ducha i pewność siebie. Po drugie – chciałam spojrzeć na swoje
życie z dystansu po to, żeby obrać kierunek na przyszłość, który będzie
uwzględniał moje potrzeby oraz czynniki, które dadzą mi poczucie szczęścia i
satysfakcji. Przez chwilę zastanawiałam się nad tym, co może mi się przydać w
górach? Doszłam do jednego prostego wniosku: latarka. Niewiele więcej przyszło
mi do głowy (a latarka suma summarum w ogóle mi się nie przydała…). Szkoda
tylko, że nie wzięłam pod uwagę np. wcześniejszej rezerwacji noclegu… W dzień
wyjazdu kolejny raz w życiu stanęłam przed dylematem: zaryzykować, że może nie
będę miała gdzie spać i jednak wyjechać, czy zostać i zjawić się w Karkonoszach
w innym terminie, w którym tym razem zapnę wszystkie formalności na ostatni
guzik? Co wybrałam? Oczywiście pierwszą opcję. Nie mogłam nie pojechać, choćby
świat się walił i palił. Ograniczyłam się tylko do zakupu śpiwora, tak na
wszelki wypadek. Tak, jestem lekkoduchem. I pierwszy raz w życiu przeraziłam
się tym faktem, bo pomimo różnych bezmyślnych sytuacji, jakie tworzę, wciąż
żyję i mam się świetnie tak, jakbym żonglowała z losem przeciągając linę na
swoją stronę, zawsze spadając jak kot na cztery łapy. Z drugiej strony, lubię
oddawać się życiu i działać intuicyjnie. Wtedy każda godzina jest naznaczona
głębszym sensem, a wydarzenia obfitują w niecodzienne zwroty akcji. Wtedy w
moim życiu dzieją się cuda, kiedy wychodzę ze strefy komfortu z pełnym
zaufaniem do świata. Ale wracając do historii z górami w tle: oczywiście brak
noclegu to nie był koniec mojego rozkojarzenia. Nie byłabym sobą, gdyby na tym
miało się skończyć. Kolejnym wyzwaniem, z którym miałam się zmierzyć był wybór
złego pociągu, o czym oczywiście nie miałam zielonego pojęcia, do czasu
przybycia konduktora, który sprawdzał bilety, a tak się składa, że czekałam na
niego z utęsknieniem, bo chciałam wyjaśnić, czemu ktoś siedzi na moim
zarezerwowanym miejscu? Nie uśmiechało mi się okupowanie korytarza przez 6
godzin, w dodatku bez szansy na sen. No cóż, wsiadłam do złego pociągu, a tak
bardzo zależało mi na tym, żeby udowodnić samej sobie dobrą organizację. Nie
wyszło. Najgorsze było jednak coś innego. To spojrzenie, jakim obdarzył mnie
konduktor, kiedy wysłuchał mojej historii o przemyśleniach, jakie chcę zrobić w
górach i o sile oraz harcie ducha, jakie chcę w sobie wzmocnić oraz jego
stwierdzenie, że chce mnie objąć, przytulić i ochronić przed całym światem. A
ja przecież nie potrzebuję opiekuna. Nie potrzebuję księcia na białym koniu,
który uratuje mnie z każdych opresji. Nie jestem ani Dziewczynką z zapałkami,
ani Czerwonym Kapturkiem. Jak długo jeszcze mam to wszystkim udowadniać? Jadę
SAMA w góry i nie tylko zamierzam przetrwać nocując „pod chmurką”, ale planuję
też dobrze się bawić. W sumie to wcale nie planuję, ja WIEM, że tak właśnie
będzie, bo jestem silniejsza i bardziej zahartowana niż inni są w stanie
zauważyć na pierwszy rzut oka. Tylko – no cóż – wsiadłam do złego pociągu, ale
czy aby na pewno to była taka zbrodnia i zdrada mojej nieomylnej intuicji,
skoro znalazłam w tym pociągu coś innego. Coś, czego nawet nie szukałam. Coś,
przed czym uciekałam. Czy ten wypad będzie okazją do zaplanowania życia w
pojedynkę, jak pierwotnie zakładałam, czy też moje rozbiegane myśli będą stale
wracać do Niego? – „Jeden uśmiech mi nie wystarczy” – obwieścił kilkukrotnie.
Zapłaty za pomoc nie życzył sobie jednak odbierać w postaci uśmiechów, ale w
formie zaproszenia na kawę. Nie chciał, żebym dziękowała – „Robię to dla
siebie” – powiedział z rozbrajającą szczerością. Może mogłam z Nim nie
flirtować? Ale był tak przystojny i czarujący, że nie mogłam się powstrzymać.
Jemu też nie za bardzo się to udawało, bo rozmawialiśmy przez 4 godziny: T nie
mógł wykonywać swojej pracy, ja nie mogłam zbierać sił przed górskimi
przechadzkami w pełnym ekwipunku. I stało się. Poddałam się, chociaż chciałam
stać się niewzruszoną twierdzą, bo ostatnią rzeczą, jakiej teraz pragnęłam i o
jakiej myślałam był nowy facet w pobliżu mnie. W dniu, w którym bazując na
swoim niedawanym rozstaniu stwierdziłam, że jestem stworzona do samotności, a
co najlepsze – dobrze mi z tym, dałam się uwieść przez umysł i hormony, a
najgorsze jest to, że być może dałam się także uwieść przez swoje serce, bo
pierwszy raz w życiu flirtując z facetem w jednej sekundzie czułam, że
chciałabym robić z nim i dla niego wszystko: rozmawiać, dotykać, przytulać się,
spacerować, całować, kochać, wspierać, opiekować się, obserwować, słuchać i
milczeć, wychowywać razem dzieci, tworzyć dom, robić zakupy, gotować mu obiady,
sprzątać, robić drugie śniadanie do pracy, spełniać potrzeby zanim zostaną
zwerbalizowane, śmiać się razem i razem płakać. Utonęłam w Jego oczach. I może
to tylko moje złudzenia. Może znowu spotkałam tylko kolejną wersję siebie,
swojego ego. Nie potrafię przecież zbyt długo żyć w stanie zakochania, bo nie
umiem się oszukiwać i karmić iluzją. Nie chcę nałożyć Mu maski, w jakiej
chciałabym Go zobaczyć. Tylko na tym etapie jest mi cholernie ciężko się
wyciszyć, bo Jego obraz zdominował całą przestrzeń i władczo zagarnął ją dla
siebie. I już mogę wyrzucić do kosza niedawną pewność, że jestem zdolna do
wyższych uczuć tylko wtedy, kiedy jestem sama, bo związki są dla mnie zbyt
ograniczające i nienaturalne. Uznałam, że taki właśnie jest paradoks mojej
natury – nie potrafię zdobyć się na zaangażowanie, poświęcenie, kompromis i
wsparcie, kiedy mam kogoś zbyt blisko, świetnie wychodzi mi natomiast kochanie
z siłą czynnego wulkanu…, ale na odległość. Dzień przed wyjazdem zastanawiałam
się nawet, po co w ogóle wchodzę w związki? Do wyboru miałam kilka opcji: bo
wmawiam sobie, że jestem słaba i nie poradzę sobie w pojedynkę; bo wzniosły
idealizm zaślepia mnie i karmi nadzieją, że istnieje taka forma jak „ten jeden
jedyny”, z którego żebra powstałam; bo nasuwa mi się myśl, żeby spróbować żyć
tak jak inni, gdyż to jest właściwe, bo tradycyjne; bo moja przekorna,
dziecinna natura włóczykija cieszy się na myśl o oderwaniu od rzeczywistości
poprzez ekstazę emocji, koktajl myśli, jakie wywołuje wejście w nową relację,
gdzie istnieje możliwość przyciągnięcia do siebie drugiego człowieka i
odkrywania go kawałek po kawałku. Wygląda na to, że los ze mnie zadrwił,
zsyłając istotę, która podważyła moje dogmaty albo jestem po prostu
nienasyconym obserwatorem relacji: samopoznania poprzez poznawanie innych.
Ten weekend był owocny w zmiany, jakich się
nie spodziewałam: zakochałam się bez pamięci w Karkonoszach i wygląda na to, że
chociaż chciałam się zintegrować, to znowu się podzieliłam: moje niewzruszone
serce złamało się i zostało ukryte na górskich szlakach, w Jego pięknych
przenikliwych oczach i w Jego kokieteryjnym zuchwałym uśmiechu.










