wtorek, 12 maja 2015

O przełamywaniu schematów, nieocenianiu innych i zrozumieniu



Zawsze myślałam, że obiektywizm, tolerancja i neutralna energia, to cechy, w których jestem mocna. Wydawało mi się, że jestem taka świetna, bo nie oceniam i nie pakuję innych w ramy stereotypów. Kiedy inni plotkowali lub też wyrażali swoje wysoce subiektywne opinie, ja zawsze skrycie mówiłam sobie: „jak dobrze, że ty jesteś inna, jak wspaniale, że dajesz innym ludziom prawo do tego, żeby po prostu byli sobą, nieważne kim są, jak bardzo są kontrowersyjni i czy się z nimi zgadzasz, czy nie”. Okazało się jednak, że życie to zaskakująca lekcja, która potrafi sprowadzić mnie na ziemię i nauczyć pokory, kiedy odkrywa zakryte dotąd karty i wystawia mi rachunek z mojego  „obiektywizmu”, z którego dotąd byłam tak dumna. No cóż…, ściągnęłam na siebie doświadczenia, które kazały mi zweryfikować swoje odwieczne dogmaty…



Na początek tej historii zacznijmy jednak od niewinnego pytania: z czym kojarzy Wam się praca biurowa?



Mój „myślotok” to:

Ø nuda…;
Ø cierpiętnicza mina urzędnika przykutego do biurka tak, jakby był Prometeuszem cierpiącym za całą ludzkość;
Ø sztywny dress code, w tym mordercze szpilki, okulary na nosie i włosy spięte w kok;
Ø nuuuudaaaaa;
Ø pokój urzędniczy jako cmentarz dla kreatywności i wyobraźni;
Ø martwy las z dokumentacji, czyli „papierologia” piętrząca się na biurku niczym Mont Everest;
Ø labirynt niejasnych przepisów, tor przeszkód z luk prawnych i złośliwy, trollowaty urzędnik rzucający kłody pod nogi;
Ø pieczątki i listy – pokryty patyną relikt przeszłości;
Ø klaustrofobiczne i nijakie pokoje – cele, za którymi kończy się przestrzeń dla radości życia, swobody i bezpretensjonalności, a zaczyna świat pozorów, układów, konformizmu i relacji pan – poddany (czytaj: urzędnik – petent);
Ø NUDA!



Taaakkk… Przyznaję, że jeszcze do niedawna byłam zdeklarowaną anty – fanką polskiej administracji publicznej jako nadmiernie rozrośniętego tworu – archaicznego olbrzyma na glinianych nogach. W dodatku byłam święcie przekonana, że praca biurowa to ostatnia rzecz, jaką chciałabym robić, bo przecież nie mnie pisane jest 8 – godzinne ślęczenie przy komputerze, formalizm, dress code i chłodne spojrzenie z nutą wyższości, jaka nie jest obca urzędnikom w stosunku do petentów. Byłam pewna, że umarłabym w takiej pracy ze swoją typowo wodnikową skłonnością do rebelii i buntu. Traf chciał, że chwilowo odnalazłam swoje miejsce w jednym z urzędów i przekonałam się, że po pierwsze oceniałam tę pracę przez wyimaginowany i wysoce subiektywny, a więc krzywdząco niesprawiedliwy pryzmat, a po drugie – tyle wiemy o sobie, na ile sprawdziły nas życiowe doświadczenia. Niczego nie można założyć z góry, a najwięcej uczysz się o sobie, kiedy zostajesz skonfrontowany ze swoimi przekonaniami, niepopartymi dotąd praktyką i doświadczeniem. W każdej sytuacji można pozwolić sobie na autentyczność i wnieść prawdziwego siebie, co zawsze jest odżywcze dla skostniałych struktur, a mądry człowiek to taki, który potrafi wyciągnąć wnioski z każdego doświadczenia, bo inspirować się można także rzeczami, które pozornie nigdy nas nie interesowały. Wystarczy tylko zadać sobie pytanie: „czego mogę się tu nauczyć?”, a potem już tylko odkrywać ukryte przesłanie dla siebie i rozwinąć w ten sposób swoją kreatywność oraz wiedzę o sobie samym. „Jeśli się z czymś nie zgadzasz, zmień to, a jeśli nie możesz tego zmienić – zmień sposób, w jaki o tym myślisz”.



Poza tym ciągle przekonuję się, że absolutnie nigdy, przenigdy nie wolno oceniać z góry nikogo, ani niczego, bo nasze osobiste sądy i opinie są złudne i nieprawdziwe jak krzywe zwierciadło w cyrku. Nigdy nie możesz wiedzieć, co stoi za zachowaniem danego człowieka, dlaczego jest złośliwy, smutny, zdystansowany i czemu sprawia wrażenie mało sympatycznego. Nie wiesz, co siedzi mu w głowie, jaka jest jego historia, co przeżył, co stracił, co kocha, o czym skrycie marzy, czego się wstydzi, czego się boi, co naprawdę myśli, jaki krzyż ze sobą niesie. Co więcej, zazwyczaj złość, frustracja, poczucie wyższości czy też emocjonalny chłód, jakim emanuje jakaś osoba, wcale nie są skierowane personalnie konkretnie do ciebie. Tak ci się tylko wydaje, a to tylko odbicie wewnętrznego świata tej osoby, uzewnętrznienie demonów, z jakimi się mierzy w życiu, urzeczywistnienie jego prywatnego pola bitwy. „We are all in the same game just different levels, dealing with the same hell just different devils”. Wniosek: nigdy nie atakuj i nie odpowiadaj atakiem na atak. Rozwiń w sobie świadomość, która jest zrozumieniem, bo dzięki niej pojawi się spokój, który nigdy nie będzie zburzony zachowaniem innych. Prawdziwa siła to nie walka czy odpowiedź na zasadzie: oko za oko, ząb za ząb, ale spokój i nieuleganie emocjom, kiedy ktoś nas zaatakuje słowem czy czynem. Prawdziwa siła to transformacja miecza, który został wymierzony w naszą stronę w gołębia pokoju. Ludzie z reguły lubią tych, którzy okazują im sympatię, ale czy nie jest tak, że w innych ludziach drażni nas i nie lubimy tego, co siedzi głęboko w nas samych? Wniosek: zmiany zawsze zaczynaj od siebie. To lekcja dla mnie, której codziennie się uczę i z której codziennie zdaję egzamin.  

sobota, 2 maja 2015

Efekt motyla




Wiedzieliście, że ludzka krew ma prawie identyczny skład jak substancja, która krąży w roślinach, a hemoglobina w niewielkim stopniu różni się od chlorofilu, nazywanego „żywią krwią” roślin? Nasze ciało z kolei składa się z pierwiastków, jakie tworzą też gwiazdy. O czym to świadczy? Może o tym, że nasza biogenna postać jest galaktyczną materią, z jakiej zbudowana jest nie tylko cała Ziemia, ale także cały Wszechświat. Jesteśmy integralną częścią swojej planety, która żyje, odczuwa, oddycha, regeneruje się i wcale nie jesteśmy lepsi w swojej pozornej inności niż ziemska fauna czy flora, a tym bardziej drugi człowiek bez względu na kolor skóry, frakcję polityczną czy też narodowość, jaką reprezentuje. Każdy z nas jest Małym Księciem, który szuka sensu życia, czyli swojego miejsca, kocha swoją Różę i ma swoją rolę do odegrania jako chwila w wieczności. Chociaż jednak jest to krótka rola, to ta perspektywa wcale nie musi nas przytłaczać i napawać lękiem, bo jest to rola bardzo ważna nie tylko dla naszego prywatnego Mikrokosmosu, który tworzymy my sami oraz nasze najbliższe otoczenie, ale również rola ważna dla całego świata, bo w końcu jesteśmy nie tylko kroplą w oceanie, ale również oceanem w kropli. Mały Książę miał swoją Różę, a nasza podróż przez życie jest jak stąpanie po drodze usłanej różami, które potrafią jednocześnie upajać zapachem, cieszyć oko formą, jak również boleśnie ranić i kaleczyć aż do krwi. Ale czy właśnie to nie ta droga przez róże oraz ich ciernie nie jest celem i sensem samym w sobie? Bo choć życie to nieustająca hiperbola: raz na wozie, raz pod wozem, to jego ostatecznym celem jest nasza dojrzałość: kolekcjonowanie doświadczeń, o jakie suma summarum stajemy się cenniejsi, szlachetniejsi. Życie jest naszym trenerem, a jako wieczni uczniowie patrzący z perspektywy odważnego i pokornego kolekcjonera nie możemy źle przeżyć swojego życia, bez względu na to kim jesteśmy w ujęciu świata i bez względu na to, co udało nam się osiągnąć w materii. Każda chwila ma znaczenie, każdy oddech jest bezcenny i ważny jest nie tylko każdy nasz czyn, ale również każda myśl, słowo, uczucie i intencja, jakimi dzielimy się ze światem, bo w każdej sekundzie naszego życia energetycznie oddziałujemy na wszystko dookoła. Czy nie lepiej jest tworzyć niż niszczyć?