niedziela, 31 grudnia 2017



Koniec roku to czas porządków, podsumowań i przeróżnych zakończeń. Tym razem jest to czas, w którym rozpływam się w szczęściu i wdzięczności, co pozwala mi zrozumieć, że:


W świecie, w którym mogę mieć absolutnie wszystko,
nieważne jest czy ściągnę gwiazdkę z nieba, czy złapię złotą rybkę.
I tak nie będę czuła, że mam wszystko.
Dopóki nie nauczę się jak zbierać polne kwiaty, jak zachwycać się kamieniem na drodze, jak wnikać w piękno kropli deszczu i jak naprawiać to, co jest zepsute.


W świecie, w którym mogę kolekcjonować tysiące twarzy,
z którymi będę dzielić się swoim światem
i tak pozostanę samotna.
Nie odczuję akceptacji i miłości
i nie będę w stanie dawać akceptacji i miłości.
Dopóki nie stworzę bliskiej relacji z jedną szczególną osobą,
która jest zawsze ze mną.
Dopóki nie zaprzyjaźnię się z
odbiciem w lustrze.


W świecie, w którym mogę zajść tak daleko,
jak tylko zapragnę,
mogę przejść na drugą stronę tęczy
albo mogę wylądować na Marsie.
Mogę też znać wszystkie skróty,
ale i tak nie zajdę za daleko.
Dopóki nie nauczę się, że czasem warto jest zatrzymać się,
aby podnieść tych, którym zdarza się upaść,
a czas pozornie stracony w ten sposób
liczy się podwójnie.


W świecie, w którym garść monet w kieszeni
dodaje pewności siebie i daje poczucie władzy
mogę koncentrować swoją uwagę na przyciąganiu do siebie metalu,
mogę też metaforycznie skupiać się na pojęciu wymiany,
jaka zachodzi dzięki metalowi,
ale i tak siłą, która naprawdę się liczy,
siłą, która kruszy ściany
pozostanie 
uśmiech.


W świecie, w którym mogę być absolutnie wszystkim,
czym tylko zapragnę,
mogę uwierzyć, że jestem bohaterką z komiksu, królewną z bajki
albo mogę pretendować do miana władcy kosmosu,
ale im wyżej będę się wspinać,
tym mniej będę spełniona.
Dopóki nie zadecyduję, że w świecie,
w którym mogę być absolutnie wszystkim –

będę dobra.

sobota, 23 grudnia 2017


Stop! Już wystarczy! Moja słabość do starszych facetów odezwała się jak uśpiony wulkan. Zwabiłam go po to, by znowu mieć tę cudowną istotę na wyciągnięcie ręki, właściwie tylko dla siebie. W tej materii osiągnęłam to, czego chciałam – doświadczyłam człowieczeństwa zdejmując warstwa po warstwie kolejne warstwy E, zupełnie tak jakbym zdejmowała z niego ubranie. To był spirytualny striptiz, taniec zmysłów: intymny, bezwstydny i zachłanny. Bezkarnie nasyciłam się jego widokiem, zanurzyłam w głębię oczu, zajrzałam w najbardziej ukryte zakamarki duszy, wysłałam tyle uśmiechów, werbalnych i niemych zachwytów, ile tylko było w stanie zmieścić się w moim ciele. Byłam cała jego. Nie namawiałam go do zwierzeń, ale już przywykłam, że inni opowiadają mi o sobie absolutnie wszystko. Jestem jak ksiądz w konfesjonale albo jak barman w pubie. Przesiąkam ludzkimi intymnymi historiami, jakbym była mentalną prostytutką, która nie wybrzydza i przyjmuje absolutnie każde cudze DNA w postaci myśli. Uwielbiam go i wciąż mam mało, ale już wystarczy. Wycofuję się, bo tracę mnóstwo energii jako masochistka, która dąży do tego, aby dzielić z nim czas i przestrzeń chociaż dobrze wiem, że czas i przestrzeń dzieli już z nim ktoś inny. Dlatego nie wejdę w niego głębiej. Z szacunku dla niej, z szacunku dla E i z szacunku dla samej siebie. Moje fascynacje zawsze były jak lot Ikara i lepiej kiedy przestanę podążać w kierunku kolejnej z nich w poczuciu niedosytu niż kiedy będę uparcie ciągnąć jak ćma po to, żeby zderzyć się z nią, a następnie rozchorować z przejedzenia. Nie sprofanuję świętości związku. Nie zachwaszczę E zwątpieniem, ani nie zasieję w nim nadziei. Nie tylko nie posunę się o krok za daleko, ale zwołam też wszystkie siły, aby zadziałały wbrew grawitacji, wbrew sile przyciągania, która koncentruje moje działania na tym mężczyźnie. Moja potrzeba zaspokojenia pozostanie tylko pożądaniem w sferze myśli, małym płomykiem, którego nie będę podsycać w nadziei, że będę wystarczająco silna, aby go zdmuchnąć, kiedy już osłabnie. 

środa, 20 grudnia 2017

Kolejna fala zmian, jaka przeszła przez moje życie przekonała mnie, że coraz lepiej radzę sobie jako surfer, mimo że nie umiem pływać. Może właśnie nieświadomość dyletanta niezdającego sobie sprawy z powagi sytuacji pozwala mi trzymać się powierzchni zamiast pójść na dno? A może chodzi o coś innego i to garść odwagi zmieszanej proporcjonalnie z pokorą, ubogacona o ważny składnik w postaci zaufania, spojona całym morzem wiary i zachwytu – oto przepis na żeglowanie współczesnego homo viator poszukującego swojej Itaki. Jako nowa – stara ja, na nowym – startym lądzie utwierdzam się w przekonaniu, że tak długo jak pielęgnuję w sobie niezachwianą wiarę w słuszność drogi, którą podążam i zasadność moich codziennych wyborów, tak długo nie tyle nie zderzam się z murem cudzych spojrzeń pełnych znaków zapytania, co raczej ten mur nie jest dla mnie na tyle materialny, że jest w stanie mnie zatrzymać. Tak długo jak wybieram wiarę, że umiem przechodzić przez ściany i tak długo jak zachowuję suwerenne spojrzenie na sprawy oraz niezachwiany własny kodeks wartości – tak długo cudza opinia, malkontenctwo czy szyderstwo nie jest w stanie zachwiać czy złamać obrazu rzeczywistości, który pielęgnuję jak zaczarowany ogród. Tak długo jak nie pozwalam sobie wmówić, że subtelny, ale jednocześnie słoneczny obraz świata wokół, który kreuję z oddaniem, czułością i troską jest fatamorganą – tak długo nie jest w stanie dosięgnąć mnie zimne i bezlitosne ostrze wszechobecnej krytyki. Może zachowuję się jak Alicja, która zabłądziła w psychodelicznej krainie czarów i próbuje uciekać od szarej – według wielu – codzienności. A może wolę jasnowidzieć magię codziennych prostych chwil, postrzegając je przez pryzmat służby, wdzięczności i wyższych ideałów zamiast skupiać się na pojęciu poddaństwa, braku, biedy, ofiary i niesprawiedliwości, jakimi przesiąknięte jest spojrzenie lokalnej społeczności. Pełniejszy wymiar odwagi to ten, w którym to ty wytyczasz własny szlak, zachowując świeże spojrzenie zamiast podążać za tłumem i zlewać się z nim poprzez adopcję bezpiecznych i powszechnie mile widzianych myśli – schematów. Taki rodzaj odwagi, gdzie to ty jesteś wojownikiem wymykającym się spod władzy cudzych przekonań, daje wolność. Tak pojętej wolności uczę się każdego dnia. 

środa, 6 grudnia 2017

Wydaje nam się, że życie jest linią prostą, a więc dążymy do tego, aby iść cały czas naprzód, bo przecież tylko tak żyje się właściwie, czyli bez żalu, bez strat i bez powtórek, ale za to dynamicznie i ze wzrokiem utkwionym w wyłaniającym się horyzoncie niepoznanych jeszcze nadziei i niedookreślonych pragnień. Każdy krok wstecz oznacza regres i jest przypisywany jednostkom słabym i nieukształtowanym. A co jeśli życie wcale nie jest linią prostą? A może jest spiralą, gdzie każda sytuacja powracająca do nas jak bumerang to nie zeszłoroczny śnieg, niepotrzebny nadbagaż, zaklęte koło, powtarzający się schemat i monotonia, a raczej okazja do zrozumienia, że każde zdarzenie zawiera w sobie taką ilość prawdy, jaką jesteśmy w stanie w danej chwili odkryć i na jaką jesteśmy w danej chwili gotowi. Może cykle i powroty są nieuniknione, bo potrzebujemy lustra, w którym przyjrzymy się swojej przeszłości, odtworzymy własne ślady utrwalone na piasku i otworzymy się na poznanie nowych sensów i nowych definicji. Może każda sytuacja jest wielopoziomowa i składa się z różnych warstw, które odkrywamy wraz z rosnącym doświadczeniem. Z indywidualnego punktu widzenia każda jednostka to tylko punkt na peryferiach, ale im bogatsza wewnętrznie się staje, tym większe zyskuje pojęcie o całości i tym bliżej prawdy się znajduje. Człowiek, który idzie i powraca, a mimo to wspina się coraz wyżej, wychodzi na zewnątrz i koncentruje się w środku – wie więcej o otaczającym go świecie. Wie więcej o innych. Wie więcej o sobie samym.