Koniec roku to czas porządków, podsumowań i
przeróżnych zakończeń. Tym razem jest to czas, w którym rozpływam się w
szczęściu i wdzięczności, co pozwala mi zrozumieć, że:
W świecie, w którym
mogę mieć absolutnie wszystko,
nieważne jest czy ściągnę
gwiazdkę z nieba, czy złapię złotą rybkę.
I tak nie będę
czuła, że mam wszystko.
Dopóki nie nauczę
się jak zbierać polne kwiaty, jak zachwycać się kamieniem na drodze, jak wnikać
w piękno kropli deszczu i jak naprawiać to, co jest zepsute.
W świecie, w którym mogę kolekcjonować
tysiące twarzy,
z którymi będę dzielić się swoim
światem
i tak pozostanę samotna.
Nie odczuję akceptacji i miłości
i nie będę w stanie dawać akceptacji
i miłości.
Dopóki nie stworzę bliskiej relacji
z jedną szczególną osobą,
która jest zawsze ze mną.
Dopóki nie zaprzyjaźnię się z
odbiciem w lustrze.
W świecie, w którym
mogę zajść tak daleko,
jak tylko zapragnę,
mogę przejść na
drugą stronę tęczy
albo mogę wylądować
na Marsie.
Mogę też znać
wszystkie skróty,
ale i tak nie zajdę
za daleko.
Dopóki nie nauczę
się, że czasem warto jest zatrzymać się,
aby podnieść tych,
którym zdarza się upaść,
a czas pozornie stracony
w ten sposób
liczy się
podwójnie.
W świecie, w którym garść monet w
kieszeni
dodaje pewności siebie i daje
poczucie władzy
mogę koncentrować swoją uwagę na przyciąganiu
do siebie metalu,
mogę też metaforycznie skupiać się
na pojęciu wymiany,
jaka zachodzi dzięki metalowi,
ale i tak siłą, która naprawdę się
liczy,
siłą, która kruszy ściany
pozostanie
uśmiech.
W świecie, w którym
mogę być absolutnie wszystkim,
czym tylko zapragnę,
mogę uwierzyć, że
jestem bohaterką z komiksu, królewną z bajki
albo mogę pretendować
do miana władcy kosmosu,
ale im wyżej będę
się wspinać,
tym mniej będę
spełniona.
Dopóki nie zadecyduję,
że w świecie,
w którym mogę być
absolutnie wszystkim –
będę dobra.