FLORENCJA – W STOLICY TOSKANII





We Florencji spędziliśmy cały dzień. Chociaż
trzeba uczciwie przyznać, że miasto zwiedzaliśmy jakby mniej ambitnie. Dopadła
nas potrzeba słodkiego lenistwa. Oboje mieliśmy ochotę na trochę odpoczynku,
więc staraliśmy się bardziej chłonąć atmosferę niż gonić z mapą w poszukiwaniu
kolejnych zabytków. Czasami udało nam się po prostu gdzieś trafić. Jakimś
cudem. Po zatłoczonym hałaśliwym Rzymie, Florencja dawała oddech i wytchnienie.
Daliśmy się uwieść. Zwiedzanie miasta odbywało się utartym szlakiem – z
nieocenioną pomocą turystycznej mapy miasta i w dużej mierze intuicyjnie.
Obowiązywał nieomylny kierunek pod hasłem „za Japończykami”. Azjaci są dla mnie
niedoścignionym wzorem turysty, bo są niesamowicie dobrze przygotowani do
zwiedzania. Uśmiechnięci, z nieodłącznymi aparatami fotograficznymi, wiedzą
gdzie warto być i gdzie być po prostu wypada, by pretendować do miana prawdziwego
turysty. Nic im nie umknie, nic nie zaskoczy i nie wybije z rytmu. I w
odróżnieniu do nas, jakimś cudem zawsze znają właściwy kierunek. My dużo czasu
spędziliśmy w wąskich uliczkach, podziwiając architekturę kamienic i próbując
wydostać się z labiryntu. Jedno jest
pewne – Florencja jest rajem dla miłośników sztuki, a jej największe bogactwo zgromadzone jest wewnątrz muzeów, pałaców i obiektów
sakralnych. Miasto to jest w końcu kolebką włoskiego renesansu. Tworzyli tu geniusze
tej epoki, tacy jak Michał Anioł, Leonardo da Vinci, Botticelli, Brunelleschi,
Masaccio, Donatello czy Rafael Santi. Potrzeba zdecydowanie więcej czasu niż
jeden dzień, by zaznajomić się ze wszystkim. My zaledwie „liznęliśmy”
wierzchołek góry lodowej.

Już od pierwszego kontaktu z Florencją, zaczęliśmy
ją badać i poznawać bardzo spokojnie – na romantycznym spacerze po parku,
wzdłuż murów miejskich otaczających aglomerację. Bohaterem tego etapu został
bez wątpienia żółw, mieszkający w pobliskiej sadzawce. Trochę nieśmiały, najwyraźniej
nigdy nie marzył o tym, aby zostać mistrzem pierwszego planu. W odróżnieniu do
przebojowych kaczek. W okolicznej restauracji zjedliśmy wczesny obiad.
Zamówiłam Cannelloni ze szpinakiem i serem pleśniowym podane z beszamelowym
sosem – danie, na którym nigdy nie zawiodłam się we Włoszech i które zawsze było
pyszne (w odróżnieniu do rosyjskiej ruletki w przypadku pizzy). I. jako
urodzony ryzykant, postawił kolejny raz na pizzę. Na deser zjedliśmy boskie
tiramisu.
Po zaspokojeniu głodu dojechaliśmy na Plac Św. Marka (Piazza San Marco),
gdzie zlokalizowany jest dominikański kościół San Marco. W jego wnętrzu
znajdują się dzieła Fra Angelico, który był również zakonnikiem.
Zatrzymaliśmy się również przy kościele San Paolino, po to, aby chwilę
odpocząć i przy okazji zorientować gdzie w ogóle jesteśmy i jaki kierunek
następnie ustalimy.
Następnie wałęsaliśmy się uroczymi uliczkami Florencji
i dłuższą chwilę spędziliśmy na placu, gdzie I. adresował karki pocztowe do
rodziny i znajomych. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, co to było za miejsce,
ale zaintrygowała mnie szczególnie rzeźba, która stała pośrodku. Odebrałam ją
jak rodzaj happeningu z tematem – przesłaniem.
Wczesnym wieczorem zaczęliśmy poszukiwania
słynnego Ponte Vecchio (Starego
Mostu), znanego pod nazwą Mostu
Złotników. Po drodze urzekł nas florencki Plac Wolności (Piazza della Liberta). Zatrzymaliśmy się więc na
chwilę i zrobiliśmy kilka zdjęć.
Dość długo szukaliśmy Ponte Vecchio, ale zdecydowanie
było warto. Panorama miasta z tego miejsca, to było bezcenne przeżycie.
Zaskoczyła mnie ilość kramów handlowych, zgromadzonych na moście. Stworzyły one
luksusową dzielnicę jubilerów i złotników. Jak się okazało bardzo popularną
dzielnicę wśród turystów. Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć podczas spaceru w tym
miejscu, pozachwycaliśmy się widokami z różnych części mostu i ewakuowaliśmy
się. Ponownie wsiedliśmy do naszego bezkonkurencyjnego „rydwanu” i pognaliśmy na
autostradę. Wyznaczony kierunek: Werona.
FLORENCE
- IN THE CAPITAL OF TUSCANY






We
spent the whole day in Florence. Although to be fair, we visited the city
somehow with less ambition. The need of sweet laziness captured us. We both wanted
to take a rest so we tried to more feel the atmosphere of the city than chase
with a map looking for monuments and places of interest. Sometimes we just end
up somewhere. Somehow. Florence gave us breath and relax after a crowded, noisy
Rome. We were seduced by the city. We went sightseeing the city in our beaten
track - intuitively and with a little help of tourist map. We had infallible
direction under the slogan "following the Japanese". Asians are unsurpassed
tourists for me because they are extremely well prepared to explore. They
always have cameras and smile on faces. And they always know where to go,
without surprises on the way. Nothing can escape their notice. And unlike us, they
always somehow know the right direction. We spent a lot of time in the narrow
streets, admiring the architecture of the buildings and trying to get out of
the maze. One thing is certain - Florence is a haven for lovers of art. The
greatest wealth of this city is accumulated inside the museums, palaces and sacred
places. The city is the birthplace of the Italian Renaissance after all. Many geniuses
of this era, such as Michelangelo, Leonardo da Vinci, Botticelli, Brunelleschi,
Masaccio, Donatello and Raphael, were created here. We only smattered the tip
of the iceberg because we need much more time than one day to become familiar
with everything.

From the first contact with Florence, we began to explore and get to
know the city very slowly. We started with a romantic walk in the park, along walls
surrounding the city. The hero of morning became undoubtedly a turtle, who
lived in a nearby pond. He was a little shy, apparently never wanted to come to
the fore. In contrast to ducks. Then, we ate an early dinner in the local
restaurant. I ordered the cannelloni with spinach and cheese, served with
béchamel sauce - a dish which I was never disappointed in Italy, which was
always delicious (as opposed to the Russian roulette in case of pizza). I. as a
born gambler, bet on the pizza again. For dessert we had a divine tiramisu.
After satisfying hunger, we arrived at the St. Mark's Square (Piazza San Marco), where is located the
Dominican church of San Marco. Inside, there are works of Fra Angelico, who was
also a monk.
We also stopped at the Church of
San Paolino, in order to rest for a while and find out where we were in
general.
Then, we wandered the charming streets of Florence and spent a long time
in the square, where I. addressed postcards to family and friends. To be honest,
I have no idea what was the name of this place, but sculpture that stood in the
middle intrigued me a lot.
In the early evening, we started searching for the famous Ponte Vecchio (the Old Bridge). Along
the way, the Florentine Liberty Square
(Piazza della Liberta) captivated us. We stopped for a while here and took a
few pictures.
We were looking for the Ponte Vecchio for a long time but it was
definitely worth it. Panorama of the city from here, it was a priceless
experience. I was surprised by the amount of trade stalls, gathered on the
bridge. These stalls created a real luxurious quarter of jewelers and
goldsmiths. It is a very popular place among tourists. We took lots of photos during
walk, delighted the view of different parts of the bridge and evacuated in the
end. Once again, we got to our unrivaled "chariot" and rushed to the
highway. Designated direction is Verona.