niedziela, 30 marca 2014

Dwa światy

Psychologia, socjologia, religia, filozofia są często zgodne w swoich założeniach w sprawie istoty człowieczeństwa. Nawet jeśli otoczka ulega interpretacji, to zdejmowana warstwa po warstwie, ukazuje esencję, sedno sprawy, które zawsze jest takie samo. Tak dzieje się w przypadku 2 najważniejszych lekcji, jakie każdy z nas musi przerobić w drodze do prawdziwego szczęścia i spełnienia. Po pierwsze – uwolnić serce od nienawiści, po drugie – uwolnić umysł od zmartwień, a odpowiedzią – kluczem na każde najważniejsze pytanie jest miłość oraz empatia – jako świadomość śmierci i jednocześnie celebracja życia. Dopiero ten klucz otwiera drzwi do Tajemniczego Ogrodu. Można dążyć do ideału np. szukając Boga nad nami albo Boga w sobie, z pomocą modlitwy albo medytacji. Zależy, w co jesteśmy skłonni uwierzyć i jakiej idei całkowicie się oddać. Na pewno warto próbować. Warto starać się nadać realny, namacalny kształt duchowemu światu. W końcu kiedyś cała nasza cywilizacja była tylko myślą, którą ktoś urzeczywistnił. Dzięki twórczej idei wcielonej w życie, możemy dzisiaj spać w wygodnym łóżku, jeździć wygodnymi samochodami, przekraczać granice za pomocą sieci internetowej. To kiedyś były tylko myśli. W dzisiejszym świecie nie ma rzeczy niemożliwych, a ogranicza nas jedynie nasza wyobraźnia. Warto używać jej mądrze. 

niedziela, 23 marca 2014

Wiosenne porządki

RUTYNA CZY ZMIANY?


Nadeszła astronomiczna wiosna, a co się kojarzy z tą porą roku? Wiosenne porządki, rewitalizacja, zmiany… To dobry czas nie tylko na posprzątanie swojego przydomowego ogródka, ale może także na przemeblowanie swojego własnego życia, wyplenienie przestarzałych nawyków, zrobienie miejsca na coś nowego, co może wyrosnąć, zakwitnąć i w efekcie nas zachwycić? Każdy z nas doświadcza przecież takiej chwili w swoim życiu, kiedy analizuje to, co osiągnął, gdzie jest i dokąd zmierza. Wiosna to dobry czas, żeby być może ustalić sobie nowe cele, priorytety, marzenia, aspiracje lub tylko skorygować to, co zmierza w złym kierunku. Jakich zmian oczekujecie czy też potrzebujecie w tym roku?  

Jedyną pewną rzeczą na świecie są ZMIANY. Te, które świadomie tworzymy i te, na które nie mamy może aż tak dużego wpływu. Jedno jest pewne – z reguły nie lubimy zmian, boimy się ich, a szczególnie tych dużych, rewolucyjnych, o sile huraganu, na które nie jesteśmy gotowi. One zwykle wywracają nasze życie do góry nogami, burzą wszystko to, na co tak długo pracowaliśmy. Uważamy, że to niesprawiedliwe. Tracimy balans i poczucie bezpieczeństwa. Czasami też poczucie sensu. Dążymy do tego, aby odbudować swój osobisty mikrokosmos oraz samych siebie w pierwotnym kształcie – dokładnie w ten sam sposób i z tych samych elementów układanki. Nie dostrzegamy jak duży potencjał drzemie w zmianie. Nie widzimy w niej przyjaciela i przewodnika, tylko wroga, który chce nas zniszczyć. A może często jest tak, że skoro nasza poprzednia, rzekomo misterna i solidna konstrukcja, rozsypała się w drobny mak, to świadczy to o tym, że nie była tak do końca zbudowana prawidłowo i zwyczajnie przeoczyliśmy albo zaniedbaliśmy jakiś ważny element, na który powinniśmy zwrócić szczególną uwagę? Może zamiast odtwarzać z uporem maniaka przeszłość, powinniśmy jednak zmienić strategię postępowania i skupić wszystkie siły na budowie nowej, lepszej przyszłości, próbując zmienić to, co nam dotychczas przeszkadzało i blokowało nasz potencjał?

Tak naprawdę wszyscy mierzymy się z tymi samymi demonami bez względu na nasz kolor skóry, pochodzenie, płeć, wiek, status ekonomiczny czy stan cywilny, bo wszyscy żyjemy w tym samym świecie paradoksów: ciało – umysł, myśl – słowo, materia – duchowość. Może w Waszym życiu jest obecna hamletowska sentencja „być albo nie być”, a może bardziej współczesne – „być czy mieć”. Mnie najczęściej dotyka inny dylemat: „rutyna czy zmiany”.

Nasze codzienne życie opisują 2 przeciwstawne siły: fala zmian i koleina rutyny. Najważniejsze to znaleźć balans między nimi, naszą własną odpowiedź, w oparciu o osobisty kompas wartości. Sprawa nie jest taka prosta – przynajmniej z mojego punktu widzenia. Dzięki zmianom, które wiążą się z podjęciem WYZWANIA możemy się rozwijać, odkrywać świat i samych siebie, wychodzić poza granice swojej strefy komfortu, pokonywać swoje słabości i lęki.  Bezpieczną strefą komfortu jest natomiast wszystko to, co możemy nazwać RUTYNĄ. To, co udało nam się osiągnąć w jakiś sposób. Często długą i żmudną pracą. To, co daje nam poczucie sensu, stabilizacji, ukorzenienia, podkreśla naszą obecność w świecie i społeczną rolę. Niestety przejawia się też  schematyzmem naszego działania, co zagraża naturalnej ciekawości, zabiera entuzjazm, barwę, pasję życia, poczucie wolności, skupienie, zainteresowanie i ambicję. Rutyna jest naszą smyczą, wewnętrzną granicą, którą sami sobie ustalamy. Wyzwanie pozwala nam zerwać ten łańcuch i sięgnąć po nowe. Daje wewnętrzną siłę.

Pomimo że zmiana i rutyna to 2 różne bieguny - każdą zmianę można oswoić, przyzwyczaić się do niej i sprowadzić ją do postaci codziennej rutyny. Rutyna daje radość, jeśli zrobimy z niej RYTUAŁ. Wtedy mamy szansę mocniej przeżywać, doświadczać i czuć. Jesteśmy bardziej świadomi i skupieni na chwili obecnej, na tym, co dzieje się „tu i teraz”, zamiast błądzić myślami wstecz czy też za bardzo do przodu. Warto doceniać i cieszyć się ze wszystkiego, co jest naszym udziałem w teraźniejszości. Celebracja ważnych chwil jest ważna, bo dzięki niej życie staje się ucztą, na której zawsze będziemy mogli się rozgościć, czuć bezpiecznie i dobrze bawić, niezależnie od charakteru zmiennych, na jakie się natkniemy.


Już wiecie jaka zmiana jest Wam najbardziej potrzebna do tego, aby Wasze życie miało lepszą jakość i dawało Wam więcej radości? 

niedziela, 16 marca 2014

Życie na Wenus

PIERWIASTEK YIN


Jak moglibyście zdefiniować prawdziwą kobiecość? Czym się wg Was przejawia?

Jeżeli o mnie chodzi, pojęcie to uległo modyfikacji w moim osobistym słowniku. Przez długi czas uważałam, że lepiej płynąć pod prąd i tracić energię na brawurowe zakręty ku feminizmowi. Walczyć za sprawę bez żadnej taryfy ulgowej. Teraz, po wieku doświadczeniach i wielu przemyśleniach – wracam powoli do źródła, do prawdziwej esencji, która daje największą siłę. Przewartościowałam pojęcie „kobiecości”. Na pewno przychodzą mi go głowy 3 przykłady, gdzie kobiecość mnie zachwyca.

Po pierwsze – mój numer 1 z życiowego doświadczenia, czyli moja mama. To ona uświadomiła mi, że warto czasem wrócić do korzeni, a rodzina to jedna z najważniejszych i najbardziej stabilnych wartości w życiu. Nie wiem czy sama kiedyś stworzę rodzinę, nie przeszkadza mi bycie singlem i nie boję się samotności, ale nie zmienia to faktu, że podziwiam i szanuję swoją mamę. Jak dla mnie to kobieta – skała, opoka, która przetrzyma wszystko, wielozadaniowa opiekunka domowego ogniska, mediator i pośrednik, psychoanalityk. Osoba, która potrafi ogarnąć wszystkie skrajnie różne osobowości, jakie ma w domu i dbać o potrzeby każdej z nich. Osoba, która myśli o wszystkim, wyprzedza fakty, przepowiada przyszłość, nadaje barwę. Osoba, która się stara i której zależy. Osoba, która nie chce nic w zamian, chociaż daje z siebie wszystko – stuprocentowe oddanie i poświęcenie. Kobieta dobra i pokorna. Czarodziejka, bez której nic nie działa. Supermenka codzienności. Ginący gatunek.

Podstawy kobiecości – troska, ciepło, ofiarowanie, miłość, empatia.

Po drugie – moje oczarowanie tańcem brzucha. Fascynują mnie dojrzałe arabskie kobiety, które są mistrzyniami tego stylu. Mogłabym patrzeć bez końca na ich zmysłowe, kocie ruchy. Absolutnie nie przeszkadza mi to, że ich kształty bardziej przypominają muzy Rubensa niż eteryczne baletnice. Tańcząc emanują zwierzęcym magnetyzmem i niezachwianą pewnością siebie. One po prostu kochają siebie i swoje ciała. Kochają nawet swoje niedoskonałości i nie wstydzą się ich. Dla mnie to jest właśnie kwintesencja piękna i kobiecości – silna, pewna siebie kobieta, doskonała w swojej nie – perfekcji.

Kolejny czynnik kobiecości – czuć się dobrze w swojej skórze, czerpać z tego siłę. Być boginią, żywiołem.

Po trzecie – zjawisko w kinie, czyli muzy Almodóvara. Uwielbiam zwłaszcza te filmy hiszpańskiego reżysera, w których bohaterkami są kobiety jako odważne, silne bohaterki codzienności, które nie poddają się przeciwnościom losu i idą wciąż do przodu. Kobiety, które odbierają świat poprzez swoje uczucia i wrażliwość. Te kobiety są jak mitologiczny Atlas, który dźwiga cały świat na barkach. Są oddane, wierne swoim wartościom, opiekuńcze. Najbardziej przemawiają do mnie 3 filmy Almodóvara o kobietach: „Volver”, „Wszystko o mojej matce” i „Przerwane objęcia”. Penélope Cruz i Marisa Paredes są w nich genialne.


Kobiecy pierwiastek jako odbiór świata sercem, pewien heroizm na poziomie prostych (oraz trudnych) chwil codzienności, wierność sobie.


***
Tak właśnie rozumiem „kobiecość”. 

czwartek, 6 marca 2014

Moja filozofia życiowa

WEGETARIANIZM


Jestem wegetarianką od jakiś 7 lat. Jestem nią nie dlatego, że moim celem jest utrata zbędnych kilogramów. Chociaż jeżeli miałabym traktować swój wegetarianizm jak rodzaj diety, to muszę przyznać, że jest to jedyna długofalowa dieta, jakiej jestem w stanie się trzymać. Istotą jest to, że to tak naprawdę nie dieta, a styl życia.

Przyzwyczaiłam się już na generalnie brak akceptacji otoczenia i ciągłe uwagi na najwyraźniej kontrowersyjny temat wegetarianizmu. Nie przeszkadza mi to, że jestem trochę jak wyrzutek. Właściwie nigdy mi to szczególnie nie przeszkadzało, bo zbyt mocno wierzę w swoje racje. Mam bowiem jedną cechę, o której zwykle nikomu nie mówię, a którą szczególnie w sobie uwielbiam. Jest nią współzależność. Kształtuje się ona w dużym stopniu w wyniku mojego introwertyzmu, który niestety oznacza wiele barier komunikacyjnych: np. często się zapominam i za długo przebywam w swoim świecie, prowadząc dialog sama ze sobą i rozbudowując swoje życie wewnętrzne, ale z drugiej strony prowadzi mnie to do wielu inspirujących przemyśleń. Współzależność oznacza na przykład, że wszędzie widzę powiązania i mam skłonność do nadawania wszystkiemu głębokiego sensu i znaczenia. Wiem, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a moim sekretem szczęścia, satysfakcji i zadowolenia z życia, jest ustalanie mierzalnych, osiągalnych celów i marzeń. Bez nich i bez misji, tracę poczucie sensu, jestem jak ryba wyrzucona na brzeg. Mam potrzebę nadawania wszystkiemu znaczenia, bo dopiero wtedy mogę płynąć swobodnie, z pasją. Muszę w coś głęboko wierzyć.

Pamiętam, że kiedy byłam mała, rodzice często kupowali dziecięce książeczki, które później czytali mojej siostrze i mnie. To były różne bajki i wierszyki. Jedną z nich zapamiętałam szczególnie, chociaż teoretycznie powinna pobudzać dziewczęcą wyobraźnię dużo mniej niż np. Królewna Śnieżka. Książeczka zaczynała się od rymowanki, której niestety nie zacytuję, bo zwyczajnie już jej dokładnie nie pamiętam. Chodziło o to, że w wierszyku wymieniane były różne zawody i jeden zależał w jakiś sposób od drugiego, tworząc jeden wspólny łańcuch powiązań. Na przykład piekarz nie mógłby upiec chleba, gdyby młynarz nie zrobił mąki itp., itd.. Pamiętam, że bardzo mnie to fascynowało. I to uczucie zostało ze mną przez te wszystkie lata jako element mojej osobowości.


Lubię skupiać się na niematerialnych aspektach życia oraz szukać niewidzialnych nici przyczynowo – skutkowych, związków, zależności i porównań. Wszystkie razem tworzą pajęczą sieć. Z tego powodu jestem na przykład wegetarianką. Jest to wynik mojego współodczuwania. Źródeł jest wiele, ale spójrzcie na przykład na naturalny cykl życia zwierząt, od narodzin do śmierci. Człowiek z nożem i widelcem nie jest jednym z ogniw tego łańcucha. Jest agresorem, który ten łańcuch brutalnie przerywa. Celem życia zwierząt nie jest na pewno wylądowanie na naszym talerzu. One starają się po prostu żyć swoim własnym rytmem, którego my nie rozumiemy. Ja nie mam zamiaru odbierać im tego prawa i decydować o ich losie.