poniedziałek, 25 sierpnia 2014

W dolinie złośliwych trolli

Motywem przewodnim mojej wycieczki do zachodniej Norwegii było słynne Trollstigen, gdzie wg lokalnych legend grasują mityczne trolle. Brzmi magicznie, prawda? Podążanie tropem skandynawskich wierzeń ludowych nie jest jednak jedynym powodem ogromnej popularności tego miejsca. W równym stopniu czynnikiem pobudzającym wyobraźnię jest zapierający dech w piersiach szlak turystyczny na skalistych zboczach z 11 – ma karkołomnymi zakrętami. Zakręty nie bez powodu są nazywane agrafkami… Trasa jest spełnieniem marzeń każdego miłośnika mocnych wrażeń, spragnionego dramatycznych widoków podsyconych adrenaliną i przyspieszonym biciem serca. Bez dwóch zdań Trollstigen jest prawdziwą wisienką na norweskim torcie, ale ten ekscytujący deser poprzedziła w moim przypadku wizualna uczta z malowniczych pejzaży dzikiej natury, jakie mijaliśmy po drodze. Siłą rzeczy apetyt rósł w miarę jedzenia. J




MOTYWY PRZEWODNIE NA DRODZE DO TROLLSTIGEN: KAMPERY, OWCE I POLA TRUSKAWKOWE

Dystans z  Ålesund do Trollstigen to ponad 130 km. Droga rozpościera się wśród malowniczych okoliczności przyrody i skalistych dolin, które determinują wciśnięte w ląd fiordy. Taki krajobraz to oczywiście stały element i przewidywalny punkt programu każdej eskapady po Norwegii, ale tym razem został wzbogacony o pewne powtarzające się czynniki na drodze: wycieczkowe kampery, stada owiec oraz plantacje truskawek.






Obecność kamperów była usprawiedliwiona sezonem wakacyjnym, który akurat rozpoczął się podczas mojego pobytu w okolicach Ålesund. Norwegowie to tradycjonaliści i chociaż swój wolny czas lubią spędzać w tropikalnych krajach, gdzie mogą poczuć słoneczną aurę, której w krainie fiordów jest jak na lekarstwo, to pielęgnują również pokoleniowe przywiązanie to hytte, czyli domków letniskowych na prowincji. Właściwie w każdy weekend można spotkać na drodze całe rodziny, które uciekają z miasta do swoich małych oaz spokoju. Norwegowie preferują rodzinny aktywny wypoczynek na łonie natury i kochają swoje hytty. Budują je w lasach lub w górach, ale największe wrażenie bez wątpienia robią te zlokalizowane w ekstremalnie trudno dostępnych miejscach, np. na szczycie skały.



Podobnie jak hytty z Norwegią kojarzą mi się też… owce! Latem można je spotkać wszędzie, bo cieszą się dość dużą wolnością i bywają bezkarne. Pasąc się, nie ograniczają się tylko do rozległych pastwisk, ale można je spotkać także na poboczu. O zbliżającym się stadku świadczy radosny dźwięk dzwoneczków, które owce mają przywiązane do szyi.


Wakacje nieodłącznie kojarzą się z sezonem na truskawki. Amatorzy tych owoców poczują się w Norwegii jak w raju, bo po pierwsze – pola truskawkowe to nieodłączny element krajobrazu na prowincji, a po drugie – jakość truskawek zadowoli nawet najbardziej wymagające podniebienie. Są duże, soczyste i słodkie. Nie sposób się nie skusić, zwłaszcza że okoliczni rolnicy sprzedają owoce przejezdnym, lokując się na mniej lub bardziej prowizorycznych stoiskach przy drogach. Początek lata to czas, kiedy handel truskawkami w Norwegii kwitnie.

KARKOŁOMNA DRABINA TROLLI I POTĘŻNY STIGFOSSEN
W końcu dotarliśmy do Trollstigen! To jedna z najsłynniejszych wizytówek Norwegii, gdzie po prostu wypada być, aby zachwycić się kolejną odsłoną jednego z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Tym razem mamy szansę poznać Norwegię z kaskaderskiej perspektywy, bo pod niewinną nazwą Trollstigen, czyli Drabina Trolli kryje się szlak turystyczny z prawdopodobnie jedną z najbardziej znanych i spektakularnych tras na świecie. Pokonanie jej autem jest nie lada wyczynem, bo ostre zakręty na wąskiej drodze po stromych zboczach gór i nad przepaścią, tworzą wijące się serpentyny, które stanowią niezły test umiejętności za kółkiem i wymagają zachowania stalowych nerwów. Trasa jest dostępna dla zwiedzających tylko latem, bo zimą jest zbyt niebezpieczna. Liczne multikulturalne grupy turystów, jakie spotkaliśmy w Trollstigen, świadczyły o ogromnej popularności tego miejsca wśród podróżników złaknionych wrażeń. Wspinając  się na punkt widokowy na szczycie góry minęliśmy nawet grupę motocyklistów ze Stanów Zjednoczonych. Nie udało nam się niestety spotkać żadnego trolla, ale za to została w pełni zaspokojona moja miłość do wodospadów! Pomógł potężny Stigfossen. Nie jestem pewna, ale zdaje się, że jest to jeden z sezonowych wodospadów, jakie powstają w wyniku topienia się lodowców w lecie. W każdym razie robi spektakularne wrażenie, a zdjęcie na jego tle jest cenną pamiątką.







niedziela, 10 sierpnia 2014

Norweska mekka spokoju w cieniu coup de grâce, czyli wpis o tym, że pomimo okoliczności i sprzecznych bodźców warto mieć twarz zwróconą w stronę Słońca. :)

Królewski szlak





Każdy, kto czytał mój ostatni wpis może odnieść wrażenie, że ze względu na dość uciążliwe myśli o potrzebie zakończenia kolejnej znajomości, mogłam nie traktować swojej norweskiej wyprawy jako typowej, beztroskiej i niezobowiązującej turystycznej eskapady, w której głowa powinna raczej pozostawać cały czas w chmurach niż pozwolić się zawładnąć gęstej materii ciężkich myśli. Nic z tych rzeczy. J Mimo wszystko „show must go on” i jeśli wciąż jesteśmy na swojej orbicie, to nie warto płakać nad rozlanym mlekiem. U M. był też czas na zwrócenie się w stronę przyjemności, mimo że w cieniu rozstania. Bez względu na okoliczności nie mogłam zresztą nie dać się uwieść nieziemskiej atmosferze północnej Europy, bo chociaż w dalszym ciągu czuję, że Norwegia to nie jest miejsce stworzone dla mnie, to mimo wszystko trudno jest przejść obojętnie obok niezaprzeczalnego czaru Ålesund i jego malowniczych okolic. Bez względu na nasze życiowe rozstania i powroty czy też jakiekolwiek pęknięcia w mikrokosmosie, jaki każdy z nas misternie buduje każdego dnia, życie płynie przecież dalej, więc nie warto nadawać żadnej scenie charakteru dramatu. Zamiast tego lepiej jest cieszyć się kolejnym wchodem Słońca i nie przestawać wierzyć (ani w siebie, ani w innych). Dzięki temu podejściu dość szybko okazało się, że zachodnia Norwegia była w stanie zrewolucjonizować mój chłodno – obojętny stosunek do tego nordyckiego kraju, jaki wyrobiłam sobie mieszkając na wschodnim wybrzeżu. Ołowiane, smętne, niepokojąco ociężałe chmury jakie zapamiętałam i jakie zawsze przywodziły mi na myśl porównania z grzybem atomowym (!), zostały zastąpione przez lekkie baranki na tle błękitnego nieba, które odegnały niejasne poczucie zagrożenia, które pojawiało się i przytłaczało mnie za każdym razem, kiedy wychodziłam na zewnątrz mieszkając w Haugesund. Przesiąknęłam tą deszczową aurą i w którymś momencie to, co działo się na niebie przerażająco dobrze odzwierciedlało moje samopoczucie. Tęskniłam jednak za norweskim obezwładniającym spokojem, bezpieczeństwem i harmonią, tak odległą od wrzącego tygla, jakim jest Europa. Norweska aura jest unikalna, a kraj ma w sobie wiele niezaprzeczalnego, bezkompromisowego i naturalnego piękna, które w nim ubóstwiam. Jest też wprost stworzony dla tych, którzy szukają wewnętrznego spokoju. Szczególnie jeden obraz utkwił mi w głowie (spróbujcie teraz uruchomić wyobraźnię J): wysokie i majestatyczne szczyty gór wzbijające się w błękitne bezchmurne niebo, kontrastującą zieleń u podnóża wraz z szeregiem małych, kolorowych drewnianych domków (przywodzących na myśl miniaturki z dziecięcego obrazka), które odbijały się w tafli spokojnego fiordu jak w lustrzanym odbiciu. Niezapomniany widok, chociaż podczas mojego pobytu u M. widziałam jeszcze jedną panoramę, która bezceremonialnie potwierdziła, że człowiek może i jest dumnie określany koroną stworzenia, ale nie jest w stanie zmierzyć się z potęgą natury, która milcząco potwierdza status quo o swojej potędze. Tym mistycznym miejscem okazała się bardzo wąska dolina Norangsdalen i historyczna trasa nazywana „Królewskim szlakiem”. To imponujące, wykonane z dużym rozmachem dzieło Matki Natury, które onieśmiela rozmiarami i wszechpanowaniem przyrody – rozpościera się po obu stronach stromej drogi wśród surowej scenerii górskiej i wysokich ścian skalnych, gdzie z każdym kilometrem jazdy cywilizacja staje się coraz bardziej nieśmiała, cichsza i mniejsza aż w końcu bezapelacyjnie ulega majestatycznym górom, których ogrom porażał mnie do tego stopnia, że czułam się jak Alicja, która po wypiciu zawartości tajemniczej fiolki zmniejsza się do mikroskopijnych rozmiarów. To była fascynacja połączona z pokorą. Im dalej jechaliśmy, tym widzieliśmy mniej oznak obecności człowieka na tych ziemiach i tylko wijąca się w bezkres droga udowadniała, że wcale nie jesteśmy odkrywcami tych ziem niczym Kolumb. Czasami spotykaliśmy też stare, opuszczone domki farmerów, które tak naprawdę trudno było wyłowić na horyzoncie, ponieważ były prawie całkowicie zakopane w ziemi, a dachy przykrywała pierzyna gęstej zielonej trawy (norweska budowlana specjalność J). Cywilizacja wycofała się z tych terenów, ponieważ ukształtowanie terenu sprzyja tylko samobójcom i desperatom (na tym obszarze często dochodzi do osuwania się skał oraz ziemi). Z historycznych ciekawostek mogę jeszcze dodać, że dolina Norangsdalen była kiedyś uważana za jedną z najniebezpieczniejszych do pokonania i aż trudno uwierzyć, że dawniej przejeżdżali nią królowie! Był to zdeterminowane tym, że miejsce to stanowiło ważny most łączący wschodnią a zachodnią Norwegię. „Królewski szlak” został nazwany właśnie na cześć podróży ślubnej pary królewskiej przez te tereny.







W końcu nasza determinacja, aby wciąż jechać dalej mimo surowego krajobrazu dookoła – została nagrodzona, a naszym oczom ukazała się urocza, niewielka miejscowość Øye. Co prawda wokół nie było widać żywego ducha, ale łodzie unoszące się na wodzie na tle wodospadu spływającego z gór, świadczyły o tym, że ktoś jednak odwiedza te tereny i może się nimi cieszyć oraz doceniać ich piękno. W drodze powrotnej natknęliśmy się na zabytkowy kamienny most. Było tuż przed północą, chociaż jasna aura mówiła zupełnie co innego – słynne norweskie białe noce: przekleństwo dla osób cierpiących na bezsenność czy przyzwyczajonych do klasycznego rytmu dnia i nocy, ale jednocześnie błogosławieństwo dla każdego, kto ma tendencję do łapania i przedłużania każdego momentu w myśl faustowskiego: „Chwilo trwaj!”. Wracając do domu goniliśmy zachodzące słońce, które bawiło się z nami w kotka i myszkę – co rusz wyłaniało się i chowało za szczytami gór. 





c.d.n...