niedziela, 10 sierpnia 2014

Norweska mekka spokoju w cieniu coup de grâce, czyli wpis o tym, że pomimo okoliczności i sprzecznych bodźców warto mieć twarz zwróconą w stronę Słońca. :)

Królewski szlak





Każdy, kto czytał mój ostatni wpis może odnieść wrażenie, że ze względu na dość uciążliwe myśli o potrzebie zakończenia kolejnej znajomości, mogłam nie traktować swojej norweskiej wyprawy jako typowej, beztroskiej i niezobowiązującej turystycznej eskapady, w której głowa powinna raczej pozostawać cały czas w chmurach niż pozwolić się zawładnąć gęstej materii ciężkich myśli. Nic z tych rzeczy. J Mimo wszystko „show must go on” i jeśli wciąż jesteśmy na swojej orbicie, to nie warto płakać nad rozlanym mlekiem. U M. był też czas na zwrócenie się w stronę przyjemności, mimo że w cieniu rozstania. Bez względu na okoliczności nie mogłam zresztą nie dać się uwieść nieziemskiej atmosferze północnej Europy, bo chociaż w dalszym ciągu czuję, że Norwegia to nie jest miejsce stworzone dla mnie, to mimo wszystko trudno jest przejść obojętnie obok niezaprzeczalnego czaru Ålesund i jego malowniczych okolic. Bez względu na nasze życiowe rozstania i powroty czy też jakiekolwiek pęknięcia w mikrokosmosie, jaki każdy z nas misternie buduje każdego dnia, życie płynie przecież dalej, więc nie warto nadawać żadnej scenie charakteru dramatu. Zamiast tego lepiej jest cieszyć się kolejnym wchodem Słońca i nie przestawać wierzyć (ani w siebie, ani w innych). Dzięki temu podejściu dość szybko okazało się, że zachodnia Norwegia była w stanie zrewolucjonizować mój chłodno – obojętny stosunek do tego nordyckiego kraju, jaki wyrobiłam sobie mieszkając na wschodnim wybrzeżu. Ołowiane, smętne, niepokojąco ociężałe chmury jakie zapamiętałam i jakie zawsze przywodziły mi na myśl porównania z grzybem atomowym (!), zostały zastąpione przez lekkie baranki na tle błękitnego nieba, które odegnały niejasne poczucie zagrożenia, które pojawiało się i przytłaczało mnie za każdym razem, kiedy wychodziłam na zewnątrz mieszkając w Haugesund. Przesiąknęłam tą deszczową aurą i w którymś momencie to, co działo się na niebie przerażająco dobrze odzwierciedlało moje samopoczucie. Tęskniłam jednak za norweskim obezwładniającym spokojem, bezpieczeństwem i harmonią, tak odległą od wrzącego tygla, jakim jest Europa. Norweska aura jest unikalna, a kraj ma w sobie wiele niezaprzeczalnego, bezkompromisowego i naturalnego piękna, które w nim ubóstwiam. Jest też wprost stworzony dla tych, którzy szukają wewnętrznego spokoju. Szczególnie jeden obraz utkwił mi w głowie (spróbujcie teraz uruchomić wyobraźnię J): wysokie i majestatyczne szczyty gór wzbijające się w błękitne bezchmurne niebo, kontrastującą zieleń u podnóża wraz z szeregiem małych, kolorowych drewnianych domków (przywodzących na myśl miniaturki z dziecięcego obrazka), które odbijały się w tafli spokojnego fiordu jak w lustrzanym odbiciu. Niezapomniany widok, chociaż podczas mojego pobytu u M. widziałam jeszcze jedną panoramę, która bezceremonialnie potwierdziła, że człowiek może i jest dumnie określany koroną stworzenia, ale nie jest w stanie zmierzyć się z potęgą natury, która milcząco potwierdza status quo o swojej potędze. Tym mistycznym miejscem okazała się bardzo wąska dolina Norangsdalen i historyczna trasa nazywana „Królewskim szlakiem”. To imponujące, wykonane z dużym rozmachem dzieło Matki Natury, które onieśmiela rozmiarami i wszechpanowaniem przyrody – rozpościera się po obu stronach stromej drogi wśród surowej scenerii górskiej i wysokich ścian skalnych, gdzie z każdym kilometrem jazdy cywilizacja staje się coraz bardziej nieśmiała, cichsza i mniejsza aż w końcu bezapelacyjnie ulega majestatycznym górom, których ogrom porażał mnie do tego stopnia, że czułam się jak Alicja, która po wypiciu zawartości tajemniczej fiolki zmniejsza się do mikroskopijnych rozmiarów. To była fascynacja połączona z pokorą. Im dalej jechaliśmy, tym widzieliśmy mniej oznak obecności człowieka na tych ziemiach i tylko wijąca się w bezkres droga udowadniała, że wcale nie jesteśmy odkrywcami tych ziem niczym Kolumb. Czasami spotykaliśmy też stare, opuszczone domki farmerów, które tak naprawdę trudno było wyłowić na horyzoncie, ponieważ były prawie całkowicie zakopane w ziemi, a dachy przykrywała pierzyna gęstej zielonej trawy (norweska budowlana specjalność J). Cywilizacja wycofała się z tych terenów, ponieważ ukształtowanie terenu sprzyja tylko samobójcom i desperatom (na tym obszarze często dochodzi do osuwania się skał oraz ziemi). Z historycznych ciekawostek mogę jeszcze dodać, że dolina Norangsdalen była kiedyś uważana za jedną z najniebezpieczniejszych do pokonania i aż trudno uwierzyć, że dawniej przejeżdżali nią królowie! Był to zdeterminowane tym, że miejsce to stanowiło ważny most łączący wschodnią a zachodnią Norwegię. „Królewski szlak” został nazwany właśnie na cześć podróży ślubnej pary królewskiej przez te tereny.







W końcu nasza determinacja, aby wciąż jechać dalej mimo surowego krajobrazu dookoła – została nagrodzona, a naszym oczom ukazała się urocza, niewielka miejscowość Øye. Co prawda wokół nie było widać żywego ducha, ale łodzie unoszące się na wodzie na tle wodospadu spływającego z gór, świadczyły o tym, że ktoś jednak odwiedza te tereny i może się nimi cieszyć oraz doceniać ich piękno. W drodze powrotnej natknęliśmy się na zabytkowy kamienny most. Było tuż przed północą, chociaż jasna aura mówiła zupełnie co innego – słynne norweskie białe noce: przekleństwo dla osób cierpiących na bezsenność czy przyzwyczajonych do klasycznego rytmu dnia i nocy, ale jednocześnie błogosławieństwo dla każdego, kto ma tendencję do łapania i przedłużania każdego momentu w myśl faustowskiego: „Chwilo trwaj!”. Wracając do domu goniliśmy zachodzące słońce, które bawiło się z nami w kotka i myszkę – co rusz wyłaniało się i chowało za szczytami gór. 





c.d.n...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz