Królewski szlak
Każdy, kto czytał mój ostatni wpis może
odnieść wrażenie, że ze względu na dość uciążliwe myśli o potrzebie zakończenia
kolejnej znajomości, mogłam nie traktować swojej norweskiej wyprawy jako typowej,
beztroskiej i niezobowiązującej turystycznej eskapady, w której głowa powinna
raczej pozostawać cały czas w chmurach niż pozwolić się zawładnąć gęstej
materii ciężkich myśli. Nic z tych rzeczy. J Mimo wszystko
„show must go on” i jeśli wciąż jesteśmy na swojej orbicie, to nie warto płakać
nad rozlanym mlekiem. U M. był też czas na zwrócenie się w stronę przyjemności,
mimo że w cieniu rozstania. Bez względu na okoliczności nie mogłam zresztą nie
dać się uwieść nieziemskiej atmosferze północnej Europy, bo chociaż w dalszym ciągu
czuję, że Norwegia to nie jest miejsce stworzone dla mnie, to mimo wszystko trudno
jest przejść obojętnie obok niezaprzeczalnego czaru Ålesund i jego malowniczych
okolic. Bez względu na nasze życiowe rozstania i powroty czy też jakiekolwiek
pęknięcia w mikrokosmosie, jaki każdy z nas misternie buduje każdego dnia,
życie płynie przecież dalej, więc nie warto nadawać żadnej scenie charakteru
dramatu. Zamiast tego lepiej jest cieszyć się kolejnym wchodem Słońca i nie
przestawać wierzyć (ani w siebie, ani w innych). Dzięki temu podejściu dość
szybko okazało się, że zachodnia Norwegia była w stanie zrewolucjonizować mój
chłodno – obojętny stosunek do tego nordyckiego kraju, jaki wyrobiłam sobie mieszkając
na wschodnim wybrzeżu. Ołowiane, smętne, niepokojąco ociężałe chmury jakie
zapamiętałam i jakie zawsze przywodziły mi na myśl porównania z grzybem
atomowym (!), zostały zastąpione przez lekkie baranki na tle błękitnego nieba, które
odegnały niejasne poczucie zagrożenia, które pojawiało się i przytłaczało mnie
za każdym razem, kiedy wychodziłam na zewnątrz mieszkając w Haugesund.
Przesiąknęłam tą deszczową aurą i w którymś momencie to, co działo się na
niebie przerażająco dobrze odzwierciedlało moje samopoczucie. Tęskniłam jednak
za norweskim obezwładniającym spokojem, bezpieczeństwem i harmonią, tak odległą
od wrzącego tygla, jakim jest Europa. Norweska aura jest unikalna, a kraj ma w
sobie wiele niezaprzeczalnego, bezkompromisowego i naturalnego piękna, które w
nim ubóstwiam. Jest też wprost stworzony dla tych, którzy szukają wewnętrznego
spokoju. Szczególnie jeden obraz utkwił mi w głowie (spróbujcie teraz uruchomić
wyobraźnię J): wysokie i majestatyczne szczyty gór
wzbijające się w błękitne bezchmurne niebo, kontrastującą zieleń u podnóża wraz
z szeregiem małych, kolorowych drewnianych domków (przywodzących na myśl
miniaturki z dziecięcego obrazka), które odbijały się w tafli spokojnego fiordu
jak w lustrzanym odbiciu. Niezapomniany widok, chociaż podczas mojego pobytu u
M. widziałam jeszcze jedną panoramę, która bezceremonialnie potwierdziła, że
człowiek może i jest dumnie określany koroną stworzenia, ale nie jest w stanie
zmierzyć się z potęgą natury, która milcząco potwierdza status quo o swojej
potędze. Tym mistycznym miejscem okazała się bardzo wąska dolina Norangsdalen i
historyczna trasa nazywana „Królewskim szlakiem”. To imponujące, wykonane z
dużym rozmachem dzieło Matki Natury, które onieśmiela rozmiarami i
wszechpanowaniem przyrody – rozpościera się po obu stronach stromej drogi wśród
surowej scenerii górskiej i wysokich ścian skalnych, gdzie z każdym kilometrem jazdy
cywilizacja staje się coraz bardziej nieśmiała, cichsza i mniejsza aż w końcu
bezapelacyjnie ulega majestatycznym górom, których ogrom porażał mnie do tego
stopnia, że czułam się jak Alicja, która po wypiciu zawartości tajemniczej
fiolki zmniejsza się do mikroskopijnych rozmiarów. To była fascynacja połączona
z pokorą. Im dalej jechaliśmy, tym widzieliśmy mniej oznak obecności człowieka
na tych ziemiach i tylko wijąca się w bezkres droga udowadniała, że wcale nie
jesteśmy odkrywcami tych ziem niczym Kolumb. Czasami spotykaliśmy też stare,
opuszczone domki farmerów, które tak naprawdę trudno było wyłowić na
horyzoncie, ponieważ były prawie całkowicie zakopane w ziemi, a dachy przykrywała
pierzyna gęstej zielonej trawy (norweska budowlana specjalność J). Cywilizacja
wycofała się z tych terenów, ponieważ ukształtowanie terenu sprzyja tylko
samobójcom i desperatom (na tym obszarze często dochodzi do osuwania się skał oraz
ziemi). Z historycznych ciekawostek mogę jeszcze dodać, że dolina Norangsdalen była
kiedyś uważana za jedną z najniebezpieczniejszych do pokonania i aż trudno
uwierzyć, że dawniej przejeżdżali nią królowie! Był to zdeterminowane tym, że miejsce
to stanowiło ważny most łączący wschodnią a zachodnią Norwegię. „Królewski
szlak” został nazwany właśnie na cześć podróży ślubnej pary królewskiej przez
te tereny.
W końcu nasza determinacja, aby wciąż
jechać dalej mimo surowego krajobrazu dookoła – została nagrodzona, a naszym
oczom ukazała się urocza, niewielka miejscowość Øye. Co prawda wokół nie było
widać żywego ducha, ale łodzie unoszące się na wodzie na tle wodospadu
spływającego z gór, świadczyły o tym, że ktoś jednak odwiedza te tereny i może się
nimi cieszyć oraz doceniać ich piękno. W drodze powrotnej natknęliśmy się na
zabytkowy kamienny most. Było tuż przed północą, chociaż jasna aura mówiła
zupełnie co innego – słynne norweskie białe noce: przekleństwo dla osób
cierpiących na bezsenność czy przyzwyczajonych do klasycznego rytmu dnia i
nocy, ale jednocześnie błogosławieństwo dla każdego, kto ma tendencję do
łapania i przedłużania każdego momentu w myśl faustowskiego: „Chwilo trwaj!”.
Wracając do domu goniliśmy zachodzące słońce, które bawiło się z nami w kotka i
myszkę – co rusz wyłaniało się i chowało za szczytami gór.
c.d.n...











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz