Kolejne zawirowania nieprzewidywalnego
losu. I kolejna strata. Mój mały świat znowu nawiedziło trzęsienie ziemi, a żywioł
zostawił po sobie obraz zniszczeń, które odciskają piętno na mojej psychice i
tamują moje arterie. Kiedy znowu tracę grunt pod nogami w ważnej sferze swojego
życia, kolejny raz próbuję odnaleźć i zachować siebie pod gruzami stabilizacji i poczucia
bezpieczeństwa. Nie wiem czy jestem przeklęta, czy przeklęłam samą siebie. Wiem
jedno: DUM
SPIRO SPERO. Powtarzam to jak mantrę, powtarzam jak zaklęcie.
piątek, 30 września 2016
środa, 14 września 2016
Na początku był Chaos
Ośmielił się wywrócić wartości, zakłócić
proporcje. Na miejsce czarnego postawił białe, pomieszał ziemię z niebem, zmienił
kierunek Yin i Yang, zawrócił bieg rzeki, sprawił, że ryby zaczęły latać, a lód
płonąć. Złamał pradawny paradygmat świata. Zafascynował mnie.
Dokonał tego jednym niewinnym gestem,
którego wymowy nie był świadomy.
Na naszym kolejnym spotkaniu wręczył mi
jabłko. Jabłko – zakazany owoc. Jabłko – metaforę grzechu.
Kształtują mnie idee. Daję się uwodzić
jednej z nich, która ma kształt T. Jest moją biblijną Ewą, chociaż wg mitu powinno być odwrotnie. To ja powinnam być kusicielką. Ale czy to Ewa
zerwała jabłko? Czy to wąż nadał ludziom system wartości? Ewa. Eve. Liv. Life.
Live. To nie T jest grzechem. To nie jemu się oddaję. Nie On jest kusicielem. Daję
się uwieść Życiu.
„Dasz się skusić???” – trywialna sytuacja w
komercyjnym Matrixie: tekst spod kapsla popularnego napoju okazał się być ironicznym
pytaniem od Losu.
Wróciłam do domu i wiedziona odwieczną
ciekawością doświadczania lawiny łamanych zasad, do której zdolna jest tylko
Boska glina – zjadłam jabłko. Odpowiedziałam na metaforę. Owoc był słodko –
kwaśny. Takie, jakie jest Życie w całym swoim okazałym spektrum. Mam ochotę
zburzyć od wewnątrz twierdzę lęku, którą się otoczyłam w obawie przed
zranieniem. Chcę pozwolić sobie stać się pustym naczyniem, pogodzonym i
przygotowanym na to, aby wypełnić się całą złożonością Życia: światłem i mrokiem,
tworzeniem i niszczeniem, materią i duchem, obfitością i pustką, miłością i
furią. Jesteśmy prochem utkanym z paradoksów, wcieleniem oksymoronów. Jeżeli
Życie miałoby by grzechem, to nikt nie mógłby być zbawiony. Jeżeli jest coś, co
daje prawdziwe zbawienie, to jest to transformująca energia wypływająca z akceptacji
paradoksów i dualizmu w nas samych. Postanowiłam wypłynąć na głęboką wodę i
oddać się Życiu, zaufać, że rzeka, którą wybrałam jest tą właściwą i podobnie
jak każda inna, prowadzi do tego samego pierwotnego Źródła, gdzie czeka
wybawienie od wszelkich sprzeczności tego świata poprzez zrozumienie, że te
sprzeczności nie są niczym innym, jak Boskim porządkiem.
I was standing
You were there
Two worlds collided
And they could never tear us apart
wtorek, 6 września 2016
Znam Go od 20 dni, a kiedy przedwczoraj w
uroczy nieśmiały sposób, pełen wątpliwości i nadziei, zapytał o status naszego
związku, w przebłysku kolejnej fascynacji czasem pędzącym na złamanie karku, a
jednocześnie głęboką, intensywną treścią i ogromem doświadczeń, jaką da się skondensować
i ukryć w najkrótszej z chwil, zorientowałam się, że kocham Go tak mocno i
dojrzale, jakbyśmy znali się całe wieki. Jakby był częścią mnie już od
Wielkiego Wybuchu. To pierwsza osoba, przy której czas nie zwalnia, ale
przyspiesza w zastraszającym tempie. To pierwsza osoba, przy której nie chcę
uciekać do swojego najwygodniejszego i najbardziej ulubionego świata, w którym
króluje samotność i transcendencja. To pierwsza osoba, z którą chcę się scalić w
jedność, choćbym miało to oznaczać poświęcenie części siebie.
Oczywiście nie powiedziałam Mu tego. Wspięłam
się na oratorskie wyżyny zdaniem: „no chyba jesteśmy w związku”. Przynajmniej
było to stwierdzenie, a nie pytanie.
***
Życie jest cudowną nieprzewidywalną
niespodzianką, które stale rewiduje moje – wydawać by się mogło – dogmatyczne
poglądy na świat. Tym razem, po 29 latach życia w sceptycznej obojętności, w
końcu zrozumiałam, że jednak możliwe jest dopełnienie drugą osobą, które nie
oznacza straty czy ograniczenia wolności, ale wnosi nową jakość. Daje pełnię i
absolut. Co więcej – wydaje mi się, że przy Nim jestem lepszym człowiekiem. W
jakiś niepojęty sposób udaje Mu się wywabić mnie ze skorupy zbudowanej z pełnej
ironii obojętności do ludzkiego świata, z emocjonalno – psychicznego dystansu, z
wyniosłego i jawnie demonstrowanego niezaangażowania w pewien rodzaj haniebnie bliskich,
niesmacznie intymnych, zarezerwowanych tylko dla plebsu ze względu na przesadną
emfazę – międzyludzkich relacji, i wystawić na widok publiczny hiperwrażliwość,
troskę i oddanie, jakie boję się ujawniać zewnętrznemu światu.
T jednak nie działa tylko na moją psychikę
i osobowość. On tańczy z moimi zmysłami. Prześladuje mnie Jego zapach i wabiące
spojrzenie. Urzeka dotyk, a bez reszty pochłania i oszałamia moment tuż przed pocałunkiem,
kiedy udaje mi się opanować i Jego, i siebie, bo w geście masochistycznego odurzenia,
wynikającego z zachwytu nad powolnym poznawaniem – gram na zwłokę, nie chcąc,
żeby wszystkie karty zostały odkryte, a każda góra zdobyta zbyt wcześnie. Odwlekam
moment, kiedy do naszych drzwi zapuka codzienność i rutyna, próbując wyprzeć
magię.
Odwlekam ten moment na później. Na miesiąc.
Na rok. Na 100 lat. Na zawsze.
Wolę żyć w otoczce błogiej nieświadomości i
stanu poddania.
***
I już nie próbuję analizować, czemu nie
potrafię przestać się uśmiechać, kiedy jest blisko…?
Subskrybuj:
Posty (Atom)