Jestem więźniem niepewności. Nieustannie
przyciągam do siebie nagłe zwroty akcji i kolosalne zmiany, które niszczą poczucie
stabilizacji i pewność odnośnie trwałości mojego prywatnego świata. Nie
potrafię nic zbudować. Powiedzenie, że umieram i rodzę się w każdej sekundzie
życia pasuje do mnie idealnie, bo w moim świecie nie ma nic pewnego, a ja sama
ciągle się przeobrażam siłą wypadków i nagłych zakończeń, w jakich uczestniczę.
Ostatnio odważyłam się nawet przyznać D, że jestem przeklęta, bo radykalne zmiany,
jakim podlegam (praca, miejsce zamieszkania, znajomi), działają na zasadzie
efektu domina i wciągam w tę karuzelę także osoby, które mam przy sobie. To nie
zawsze spotyka się z akceptacją tych osób, bo ludzie nie lubią zmian, które
wywracają ich światy do góry nogami. Ja takie zmiany muszę traktować jak niesfornych
przyjaciół, bo ich cień czai się wszędzie dokądkolwiek się udam, ale wcale nie
witam ich z wyczekującym uśmiechem. Nie mogę nic na to poradzić, że ściągam
kataklizmy. Faktycznie jestem przeklęta. Nienawidzę tej klątwy, ale bezsilność
każe mi się poddać i odpuścić, bo już wiem, że nic nie mogę zrobić – nie
przyciągam zmian podświadomie, ani tym bardziej z jawną premedytacją. Nie chcę
ich i nie poszukuję na siłę. Chcę być szczęśliwa, a jestem ich ofiarą, bo nie
wiem czy kiedykolwiek stworzę coś trwałego, coś, co będzie miało wartość, coś,
co będzie korespondowało z moimi ideałami, coś, co przyniesie szczęście osobom,
które kocham i mnie samej. Zbyt często tracę: pracę, mieszkanie, mimo że staram
się to utrzymać. A tak bardzo chciałabym żyć tak, jak inni: mieć stałą pracę,
miejsce, które nazwę domem, psa, kota, prawdziwych przyjaciół i może kogoś obok
siebie, kto pokocha moje dziwactwa i z kim się zestarzeję. Tymczasem łapię się
na tym, że jest mi szkoda osób, które są ze mną blisko, bo wiem, że komplikuję
im życie, zamiast je ułatwiać. Nie mam nic. Nie potrafię nawet zbliżyć się do
materii, bo w następnej sekundzie tracę wszystko i muszę od nowa walczyć o
przetrwanie. Nie chcę się tułać, bez ustanku przemieszczać z miejsca na miejsce
i prowokować innych do zmian, których nie chcę i na które nie są gotowi. Chcę żyć
jak inni: wsiąknąć w niezmienną codzienność, chodzić do tej samej pracy,
spacerować w te same miejsca, odkurzać te same meble, kłaść się do łóżka z tym
samym facetem. Czy naprawdę jestem zachłanna? Czy pragnę zbyt wiele? Chcę się w
końcu przywiązać do ludzi i miejsc bez strachu, że zostanie mi to odebrane siłą
wyższą, na którą nie mam wpływu. I chcę mieć pewność, że mogę do siebie
dopuścić innych ludzi, a moja akceptacja i przyzwolenie nie zamienią ich
uporządkowanego życia w życie takie jak moje, czyli w niepewny i bolesny chaos o
znamionach piekła. Nie każdy potrafi udźwignąć coś takiego. Ja nie mam wyjścia
– całe życie muszę mierzyć się ze stratą i powstałą pustką tak, jakby odebrane
było mi prawo do komfortu posiadania, korzeni stabilizacji i niewymuszonej
kreacji. A ja tak bardzo chcę mieć w końcu coś stałego, czemu z radością oddam
cząstkę siebie. Potrafiłabym to docenić jak nikt inny na świecie.
poniedziałek, 25 stycznia 2016
środa, 13 stycznia 2016
Release, find your peace
Chcę znaleźć pracę zgodną z moimi ideałami
i nie godzę się na kompromisy – te okoliczności sprawiły, że znowu stanęłam w
obliczu bezrobocia. Przez chwilę gotowa byłam wyjechać z Poznania, bo trudno
było wznieść się ponad racjonalne argumenty finansowe plus moją nieukrywaną
niechęć do tego miasta. Gdyby nie D wszystko byłoby takie proste i wygodne –
uciekłabym kolejny raz układać swoje życie na nowo, gdzieś, gdzie mnie jeszcze
nie było w nadziei, że w końcu odnajdę to, czego szukam, czyli spokój, wolność,
bezpieczeństwo i spełnienie. Tak, jakby to wszystko, czego potrzebuję istniało
na zewnątrz mnie. Wieczorem niczego nie ukrywałam. Powiedziałam Mu, jakie myśli
kłębią mi się w głowie. Żartował – nie dochodziła do Niego powaga sytuacji.
Mówił, że nie wyjadę, bo przywiąże mnie do łóżka, będzie mnie karmił i mył tak,
jakbym była jego własnością, do której ma prawo. Dziś dalej nie chcę tu zostać,
ale mam wyrzuty sumienia, że wczoraj i przedwczoraj byłam gotowa zostawić Go tu
samego. Przecież bardzo dobrze wiem, że ciężko jest utrzymać związek na
odległość, a jeśli wyjechałabym teraz z Poznania, to prawdopodobnie już bym tu
nie wróciła. Nie przetrwalibyśmy tego. W Poznaniu trzymają mnie emocjonalne i
uczuciowe więzi, których nie mogę i nie potrafię zerwać, a najgorsze jest to,
że On wcale nie chce stąd wyjeżdżać, chociaż jeszcze do niedawna mieliśmy
zupełnie inne plany, więc nie mogę nawet liczyć na to, że Poznań to tylko
chwilowy przystanek… Wygląda na to, że ugrzęzłam i zabawię w tym dziwnym
mieście dłużej niż chciałam. Co więcej, teraz muszę walczyć, żeby tu zostać. W
najgorszym razie stracę wszystkie oszczędności, ale zyskam coś cenniejszego –
pewność, że zrobiłam wszystko, żeby utrzymać nasz związek, swoją przynależność
do Niego i nie poświęciłam tego co jest między nami dla wygody podążania za
naturalnymi instynktami, przez które zraniłam już tyle osób.
Ostatnio w końcu
do mnie dotarło, że ideały nie mogą być ważniejsze od człowieka. D jest
przywiązany do mnie, a ja świadomie przywiązałam się do Niego, chociaż jeszcze
nie potrafię Mu się w pełni oddać mentalnie. Wygląda jednak na to, że miłość
faktycznie ma być służbą, co potwierdza fakt, że teraz jestem w Poznaniu już
tylko dla Niego, choć wcale nie chcę tu być, ani układać tu sobie życia.
wtorek, 5 stycznia 2016
Dzwonić do siebie codziennie, spędzać każdą
wolną chwilę razem, wyczuwać na kilometr swoje potrzeby, oddychać drugą osobą i
karmić się nią – może tak właśnie powinno się robić? Może związek faktycznie ma
być transfuzją sił i energii, symbiozą oczekiwań i potrzeb, biologicznym
połączeniem hormonów, żądzą posiadania, dobrowolnym złożeniem siebie na
ofiarnym ołtarzu w świątyni pod wezwaniem partnera? Może ma w nim istnieć
jednocześnie zachłanność i nienasycenie, jak również przewidywanie i
jasnowidzenie? D nazywa mnie skarbem, aniołem i chce mnie mieć tylko dla
siebie. Jest zazdrosny o każdy uśmiech, który nie jest posłany w Jego kierunku.
Chroni mnie za bardzo. Nie toleruje żadnych osób trzecich, które ośmielają się
wejść pomiędzy nas. Jawnie pokazuje swoje niezadowolenie, kiedy próbuję
przyciągnąć do siebie innych ludzi. Traktuje mnie jak swoją świętość, którą
ktoś z zewnątrz może łatwo sprofanować. Mówi, że czasem odczuwa w stosunku do
mnie chęć posiadania, a ja dojrzewam poprzez moje związki z innymi. Jak mam z
nich zrezygnować? Jak mam zrezygnować z romansu rozmowy, wymiany poglądów i
twórczej inspiracji? Jak mam zrezygnować z pasji odkrywania drugiego człowieka?
Zostanę z Nim choćby nie wiem co, bo skoro On już teraz nazywa mnie swoją
rodziną, to nie mam prawa Mu tego odbierać. Boję się tylko, że moja forma
miłości jest niedoskonała i nie udźwignie ciężaru stałości i zobowiązań. Nie
kocham Go przecież ani bezgranicznie, ani zachłannie, ani ślepo, ale
jednocześnie staram się robić coś, na co On nie potrafi się zdobyć w stosunku
do mnie – daję Mu pełne prawo do bycia sobą i na obecnym etapie naszego
wspólnego życia nie stawiam przed Nim tyle oczekiwań, co On przede mną. Tylko
nie wiem czy to dobrze, że nie czuję do Niego tego, co On do mnie. Chcę
chronić, ale chyba nie potrafię posiadać. Jestem z Nim nie dlatego, że pociąga
mnie fizycznie, ale dlatego, że jest przyjacielem, a z pewnych względów związek
z Nim wpisuje się w mój idealizm i tylko dzięki temu potrafię się w niego zaangażować.
Po prostu widzę jak wiele możemy dać sobie nawzajem z pozamaterialnego punktu
widzenia i jak dobrze jesteśmy do siebie dopasowani, jeśli chodzi o naukę
dojrzałości: prowokowania sytuacji, które pozwalają stawić czoła naszym demonom
i zmiany toksycznych wzorców postępowania z przeszłości. Wierzę w powinowactwo
dusz i w to, że D nieprzypadkowo trafił na mnie w parku w tak nieoczywistych
okolicznościach, w jakich znalazłam się ponad 3 miesiące temu. To spotkanie
było z góry przesądzone. Było zbyt niesamowite, żeby uważać inaczej. Dziś już
wiem, że moja miłość nie ma wiele wspólnego z płciowością. Z mojej strony to
nie tylko „chemia” zmysłów, bardziej – ciekawość i zaintrygowanie jednostką
ludzką. Już nie wiem co jest gorsze – burza hormonów, ulotna euforia, maniakalna
obsesja, miłosny amok i zwierzęce pożądanie czy wystudiowane badanie,
filozoficzne doświadczenie, laboratoryjny eksperyment, dogłębna mentalna wiwisekcja
wynikająca z fascynacji ideą człowieczeństwa i jej przejawami..?
***
Czasami mam ochotę rzucić wszystko i
wyjechać gdzieś daleko. Być tylko sama ze sobą, z dala od cywilizacji, z dala
od zdrad, pożądań i oczekiwań innych ludzi tylko po to, by celebrować każdą
chwilę samotności i żyć pełnią życia: bez zniewolenia ram, w jakie próbuje
wpasować mnie społeczeństwo. Tu prawie nic nie jest takie, jakie być powinno.
Widzę dookoła tyle przykładów upodlenia człowieczeństwa, niewolnictwa
kolektywnej świadomości, tyle skrzydeł złamanych przez kompleksy. Mam dość i
chyba nigdy nie przestanę się buntować. Mam dość tego, że ludzie lgną do siebie
w akcie desperacji i z emocjonalnego głodu. Nie widziałam tu jeszcze zdrowej
relacji międzyludzkiej. Sama nie potrafię takiej stworzyć. Potrzebuję
wyzwolenia i potrzebuję zbawienia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)