Dzwonić do siebie codziennie, spędzać każdą
wolną chwilę razem, wyczuwać na kilometr swoje potrzeby, oddychać drugą osobą i
karmić się nią – może tak właśnie powinno się robić? Może związek faktycznie ma
być transfuzją sił i energii, symbiozą oczekiwań i potrzeb, biologicznym
połączeniem hormonów, żądzą posiadania, dobrowolnym złożeniem siebie na
ofiarnym ołtarzu w świątyni pod wezwaniem partnera? Może ma w nim istnieć
jednocześnie zachłanność i nienasycenie, jak również przewidywanie i
jasnowidzenie? D nazywa mnie skarbem, aniołem i chce mnie mieć tylko dla
siebie. Jest zazdrosny o każdy uśmiech, który nie jest posłany w Jego kierunku.
Chroni mnie za bardzo. Nie toleruje żadnych osób trzecich, które ośmielają się
wejść pomiędzy nas. Jawnie pokazuje swoje niezadowolenie, kiedy próbuję
przyciągnąć do siebie innych ludzi. Traktuje mnie jak swoją świętość, którą
ktoś z zewnątrz może łatwo sprofanować. Mówi, że czasem odczuwa w stosunku do
mnie chęć posiadania, a ja dojrzewam poprzez moje związki z innymi. Jak mam z
nich zrezygnować? Jak mam zrezygnować z romansu rozmowy, wymiany poglądów i
twórczej inspiracji? Jak mam zrezygnować z pasji odkrywania drugiego człowieka?
Zostanę z Nim choćby nie wiem co, bo skoro On już teraz nazywa mnie swoją
rodziną, to nie mam prawa Mu tego odbierać. Boję się tylko, że moja forma
miłości jest niedoskonała i nie udźwignie ciężaru stałości i zobowiązań. Nie
kocham Go przecież ani bezgranicznie, ani zachłannie, ani ślepo, ale
jednocześnie staram się robić coś, na co On nie potrafi się zdobyć w stosunku
do mnie – daję Mu pełne prawo do bycia sobą i na obecnym etapie naszego
wspólnego życia nie stawiam przed Nim tyle oczekiwań, co On przede mną. Tylko
nie wiem czy to dobrze, że nie czuję do Niego tego, co On do mnie. Chcę
chronić, ale chyba nie potrafię posiadać. Jestem z Nim nie dlatego, że pociąga
mnie fizycznie, ale dlatego, że jest przyjacielem, a z pewnych względów związek
z Nim wpisuje się w mój idealizm i tylko dzięki temu potrafię się w niego zaangażować.
Po prostu widzę jak wiele możemy dać sobie nawzajem z pozamaterialnego punktu
widzenia i jak dobrze jesteśmy do siebie dopasowani, jeśli chodzi o naukę
dojrzałości: prowokowania sytuacji, które pozwalają stawić czoła naszym demonom
i zmiany toksycznych wzorców postępowania z przeszłości. Wierzę w powinowactwo
dusz i w to, że D nieprzypadkowo trafił na mnie w parku w tak nieoczywistych
okolicznościach, w jakich znalazłam się ponad 3 miesiące temu. To spotkanie
było z góry przesądzone. Było zbyt niesamowite, żeby uważać inaczej. Dziś już
wiem, że moja miłość nie ma wiele wspólnego z płciowością. Z mojej strony to
nie tylko „chemia” zmysłów, bardziej – ciekawość i zaintrygowanie jednostką
ludzką. Już nie wiem co jest gorsze – burza hormonów, ulotna euforia, maniakalna
obsesja, miłosny amok i zwierzęce pożądanie czy wystudiowane badanie,
filozoficzne doświadczenie, laboratoryjny eksperyment, dogłębna mentalna wiwisekcja
wynikająca z fascynacji ideą człowieczeństwa i jej przejawami..?
***
Czasami mam ochotę rzucić wszystko i
wyjechać gdzieś daleko. Być tylko sama ze sobą, z dala od cywilizacji, z dala
od zdrad, pożądań i oczekiwań innych ludzi tylko po to, by celebrować każdą
chwilę samotności i żyć pełnią życia: bez zniewolenia ram, w jakie próbuje
wpasować mnie społeczeństwo. Tu prawie nic nie jest takie, jakie być powinno.
Widzę dookoła tyle przykładów upodlenia człowieczeństwa, niewolnictwa
kolektywnej świadomości, tyle skrzydeł złamanych przez kompleksy. Mam dość i
chyba nigdy nie przestanę się buntować. Mam dość tego, że ludzie lgną do siebie
w akcie desperacji i z emocjonalnego głodu. Nie widziałam tu jeszcze zdrowej
relacji międzyludzkiej. Sama nie potrafię takiej stworzyć. Potrzebuję
wyzwolenia i potrzebuję zbawienia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz