środa, 31 grudnia 2014

Z poradnika niewolnika słońca, czyli jak przetrwać sezonową depresję


Słońce jest dla niektórych ludzi obiektem boskiego kultu i jestem w stanie to zrozumieć, kiedy obserwuję jak sama źle znoszę sezonowy deficyt naturalnego światła. Zimą dość często czuję, że wewnętrznie umieram i jak dla mnie nie ma przesady w stwierdzeniu, że słońce nas karmi (głównie witaminą D – najlepszy antydepresant!), zasila i daje energię. Mnie na pewno odżywia radością życia i wewnętrznym spokojem, dlatego też zimą jestem notorycznie głodna. Trzeba jednak kochać to, co się ma i akceptować rzeczywistość zamiast skupiać się na brakach i opierać nieuchronnym zmianom, więc trzymam się korzyści płynących ze spowitego mrokiem sezonu jesienno – zimowego. Dzięki temu tegoroczna zima jest dla mnie dużo przyjemniejsza niż w poprzednich latach.



W jaki sposób polubić zimę i jak docenić jej atuty?





Po pierwsze – senna aura wycisza i sprzyja temu, aby zajrzeć do swojego wnętrza, czyli przeżyta właściwie może stać się dla nas szansą do lepszego poznania samych siebie, w tym prawdziwych motywów naszego zachowania i najgłębszych pragnień, a także daje możliwość zlokalizowania źródła naszych największych problemów. Wszystkie odpowiedzi są przecież w nas, ale poznanie ich nie jest wcale takie proste, bo trzeba nie tylko skupienia i wyciszenia, ale także wystarczająco dużo odwagi, aby zajrzeć do najciemniejszych zakamarków swojego umysłu, stanąć w prawdzie i zrozumieć siebie, a może nawet uleczyć swoje wewnętrzne dziecko? Zima sprzyja takiej medytacji, bo wnosi więcej spokoju, a podążając jej rytmem nie mamy wyjścia – musimy zwolnić. Jest też okazją do pielęgnowania swoich małych, intymnych rytuałów lub do szukania nowych przyjemności. Dla jednych może to być długa gorąca kąpiel z olejkiem aromatycznym, dla innych ciekawa książka czy odkrycie w sobie artystycznej duszy w kuchni czy na płótnie. Każdy ma jakieś swoje misterium. Może to być wieczorny ceremoniał słuchania muzyki, zwykły kubek dymiącego kakao albo narty czy siłownia, bo odpoczywać można także aktywnie. Ważne, aby zrelaksować się poprzez zrobienie czegoś tylko dla siebie: dla swojego ciała, umysłu i ducha, co pozwoli Wam rozpieścić swoje zmysły, zadbać o siebie i wprowadzić się w stan błogostanu, jaki należy się każdemu. Na co dzień odmawiamy sobie tak wielu rzeczy i rano wstajemy z łóżka z wypisaną misją na twarzy z cyklu: „Jak przetrwać kolejny dzień?”. Zbroimy się jak do bitwy, a może warto odpuścić? Zimą natura od nas tego wymaga, więc może warto pójść za jej głosem i stworzyć samemu sobie jak najwięcej okazji do relaksu, który niepotrzebnie uważamy za towar luksusowy i elitarny? Warto znaleźć na to choć chwilę czasu, nawet w obliczu napiętego codziennego grafiku i co najważniejsze: odpoczywać bez wyrzutów sumienia i gonitwy myśli w głowie. Postarać się niczego nie planować i nie zastanawiać się, rozluźnić ciało i umysł. Po prostu głęboko oddychać i żyć.





 

A jeśli pojawi się rysa na spokojnej tafli, która nie pozwala nam zrelaksować się w pełni, to może warto z dystansu, czyli z pozycji obserwatora zajrzeć w głąb swoich destrukcyjnych emocji, jakie o tej porze roku często wypływają na powierzchnię (np. złość, smutek, opór, nerwowość, niepokój, stres), zaakceptować je i zmienić swoje skostniałe schematy myślowe, a tym samym poskromić swoją emocjonalną huśtawkę, nieprzewidywalną jak pogodę. Jak to zrobić? Wystarczy rozgrzeszyć samego siebie ze wszystkich nieodciągnięć, otulić się koktajlem pozytywnych, wibrujących emocji. Zaprzyjaźnić się z samym sobą, czyli wybaczyć sobie i zaakceptować swoje słabości. Uwierzyć, że przyszłość jest jasna i bezpieczna. Optymistycznym myśleniem przyciągnąć do siebie wszystko to, co dobre, bo pozytywny umysł to potęga. Jak często zdarza się, że nasze negatywne myśli sabotują nasze życie? Warto się od nich uwolnić poprzez zastąpienie ich takimi, które napełnią nasze życie pozytywną energią. I robić to z uporem maniaka nawet jeśli nasz umysł stwierdzi, że to głupie, dziecinne i bez sensu. Lepsze to niż życie w otchłani czarnej rozpaczy, depresji, sceptycyzmu, irytacji, złości, poczucia pustki oraz patrzenie na świat przez pryzmat swoich emocjonalnych ran z przeszłości, które zatruwają nasze życie jak trucizna. „Change your thoughts and you change your world” – jak mówił Norman Vincent Peale. Nasza podświadomość działa w końcu w nawykowy sposób, a więc wierzy i wciela w życie to, co wielokrotnie sobie powtarzamy. Chyba lepiej, aby były to myśli nacechowane pozytywnym nastawieniem do wszystkiego, co nas otacza?




  

Co jeszcze pomaga docenić zimę i w jakim kierunku możemy próbować zmienić swoje myśli? Oczywiście poprzez zmianę perspektywy i umiejętność odpuszczania. To drugi stopień wtajemniczenia, bo zrelaksowanie się i wyciszenie nie jest dla nas tak trudne do osiągnięcia jak właśnie zmiana perspektywy. A tymczasem nie mamy przecież wpływu na niektóre zmiany takie jak pogoda, więc nie ma sensu z nimi walczyć. Zamiast tego lepiej zaakceptować zastany status quo i pozbyć się oczekiwań, które wprowadzają opór przed zmianą. Wiadomo, że każdy z nas woli piękną słoneczną pogodę za oknem, ale pomyślcie sami: z reguły jesteśmy zaprogramowani, aby uważać, że pochmurny, deszczowy dzień jest brzydki, ale przecież to nie musi być prawda. To jest po prostu mokry dzień i to my decydujemy czy ten mokry dzień będzie nacechowany negatywnie i czy będzie nam się podobał, czy też nie. A więc dlaczego mamy być nieszczęśliwi podczas pochmurnej, deszczowej aury za oknem? Co więcej, wcale nie musimy nastawiać się na to, aby jakoś przetrwać ten dzień, zupełnie jakby robił nam na przekór. Możemy za to cieszyć się nim i wyjść mu naprzeciw. Kluczem otwierającym drzwi wewnętrznego oporu jest użycie własnej wyobraźni i zachowanie elastyczności myślenia, bo martwienie się jest niewłaściwym użyciem wyobraźni, a żeby widzieć jasno, wystarczy zmienić perspektywę. Jeśli nie umiecie przyjąć z radością mokrego dnia, dostrzec i szczerze uwierzyć w jego zalety, to możecie chociaż zaakceptować ten dzień poprzez uświadomienie sobie, że życie to nieustanna hiperbola i po deszczowym dniu ZAWSZE wychodzi Słońce i to właśnie dzięki deszczowi słoneczny dzień wydaje się jeszcze piękniejszy. J 


P.S.1. Jako „deszcz” możecie wstawić wszystko to, czego nie lubicie i przeciw czemu się buntujecie, czyli wszystko to, co uważacie w swoim słowniku za tzw. „przeciwności losu”.

P.S.2. Przy okazji wpisu o niewolnikach słońca i pokonaniu sezonowej depresji, który publikuję właśnie dzisiaj, czyli w Sylwestra – chciałam złożyć Wam życzenia. W Nowym Roku życzę Wam dużo światła, ale nie tego na zewnątrz, tylko tego wewnętrznego. Niech nigdy nie gaśnie.  J

środa, 10 grudnia 2014

W zgodzie z własną naturą

Najważniejsze w życiu jest zachowanie swojego rytmu i właściwego tempa. Każdy z nas powinien tańczyć w takt swojej ulubionej melodii, bo harmonia wewnętrzna to nic innego, jak jedność pomiędzy słowami, myślami i czynami, pojednanie serca i umysłu. Co się dzieje, kiedy do melodii wkrada się fałszywa nuta? Powstaje kakofonia, a my wypadamy z rytmu, tracimy skrzydła. Aby do tego nie dopuścić trzeba przede wszystkim poznać siebie, ale nie tylko powierzchownie. Prawdziwe poznanie to wejście do jaskini lwa, bo tylko zanurzając się w głąb najciemniejszych zakamarków, pełnych metaforycznych potworów z szafy, jesteśmy w stanie po pierwsze zrozumieć, pokochać i zaakceptować siebie samych, po drugie – zacząć żyć w zgodzie z samym sobą, a ostatecznie – z innymi. Każdą zmianę zaczynamy od siebie, bo tylko na to mamy wpływ. Próba zmiany otoczenia jest jak walka z wiatrakami. 




Tylko jak w dzisiejszym świcie zaprzyjaźnić się z samym sobą, jeśli życie pędzi po równi pochyłej, a my wraz z nim? Na co dzień nie mamy przecież czasu na to, aby skupić się na sobie – zwrócić do swojego wnętrza i zaufać intuicji. Jesteśmy raczej więźniami zegarków i poganiaczami czasu. Lekceważymy naturalny rytm biologiczny swojego wewnętrznego zegara. Dekorujemy swoją imitację przestrzeni za metalowymi konstrukcjami miast. Nasz mechaniczny świat jest oceanem bodźców, w którym można utonąć, opium dla mas, w którym można się albo udusić, albo postradać zmysły. Ta woda wciąga nas w szaleńczy, obsesyjny pęd za bogactwem, karierą, urodą, sukcesem i wieczną młodością. Próbujemy odkryć kod nieśmiertelności, znaleźć źródełko wiecznej młodości. Zatracamy samych siebie. Oszukujemy samych siebie. Definiujemy siebie wg opinii innych, bo lubimy się przeglądać w cudzych oczach. Jesteśmy gatunkiem, który ewoluuje i sami określamy ten kierunek – w erze plastiku bliżej nam do cyborga niż istoty z krwi i kości. Z pomocą inżynierii genetycznej próbujemy wskrzesić Frankensteina. Czasami mam wrażenie, że miasto to tylko przestrzeń dla niespokojnego umysłu. Wciąż powołujemy do życia nowe formy i konstrukcje. A w czym ma się zakochać nasze serce? Czy może już się poddało i bije zgodnie z rytmem oczekiwań innych? Jaka jest Wasza ulubiona melodia? Aby ją odkryć, najpierw trzeba pozbyć się dźwięków należących do innych. Warstwa po warstwie doszukać się głębi. Może się wtedy okazać, że naszą naturalną wewnętrzną muzyką jest po prostu cisza.