czwartek, 23 stycznia 2014

Winter is here...

MÓJ SPOSÓB NA ZIMĘ I ZALETY PŁYNĄCE Z ZIMOWEGO LETARGU

Nie przepadam za zimą, dlatego żałuję, że nie mogę zapaść w sen zimowy, jak niektóre zwierzęta, po to, żeby ją przeczekać i obudzić się dopiero na wiosnę. Zamiast tego staram się odnaleźć w surowych warunkach pogodowych i zmierzyć z nimi. Przy każdej okazji rozpieszczam i karmię zmysły i ducha– celebruję poranną gorącą kawę, harmonizuję z muzyką, której słucham, spajam z filmowym obrazem, ocieplam relacje, wieczorem otaczam światłem świec i pozytywnymi wibracjami, a w nocy z wielką przyjemnością wtulam w pościel. Szukam możliwości, żeby wczuć się w zimową aurę, zaprzyjaźnić z nią i ciągle nią inspirować. Zauważyłam, że spowalniając rytm życia, wyostrzyłam zmysły i łatwiej zatapiam się w chwili.

Pomimo tego i pomimo wszystkich innych korzyści, na których się teraz skupiam, ze stoickim spokojem czekam na wiosnę.





MY WAY TO SUBMIT  MYSELF TO WINTER

I don’t like winter so I regret that I can’t hibernate, as some animals, just to wait and wake up in spring. Instead, I try to find myself in harsh weather conditions and deal with it. At every opportunity, I spoil and nourish my senses and spirit – I celebrate the morning with hot coffee, harmonize with the music I listen to, unite with the movie picture, grow warmer my relations, surround with candle light and positive vibrations in the evening and snuggle into bed with great pleasure at night. I look for opportunities to empathize with the winter aura, make friends with winter and inspire myself all the time. I noticed that the slow pace of life is sharpen my senses and I easier loose myself in the moment.


Despite this and despite of all the other benefits, which I’m focusing now, I’m waiting for spring stoically.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Białystok

BIAŁYSTOK – PERŁA PODLASIA I KULTUROWY KONGLOMERAT



Kilka lat temu uświadomiłam sobie jedną z najważniejszych dla mnie prawd życiowych, z którą ciągle muszę się zmierzyć jako stworzenie, które nigdzie nie potrafi zakorzenić się na stałe, w myśl zasady „dobrze jest tam, gdzie mnie nie ma”, co wiąże się z permanentnym uciekaniem w nieznane w poszukiwaniu swojego miejsca, gdzie idealnie pasuję oraz czuję się jednocześnie szczęśliwa i spełniona (i jest to poczucie trwałe). Wiem, że moja ucieczka to utopia – nie istnieje magiczna kraina z moich snów, przynajmniej nie w tym życiu. Akceptuję ten fakt, chociaż trudno mi zmienić moje efemeryczne podejście do życia, ze skłonnością do lotów balonem – byle jak najwyżej i jak najdalej. Wiem jednak coś jeszcze ważniejszego. To, że szczęśliwa mogę być wszędzie albo nigdzie, bo tak naprawdę nieważne jest to, GDZIE jestem, ważne Z KIM. Osoby towarzyszące danym zdarzeniom i związane z danym miejscem, kojarzą się z nim i mogą je zaczarować lub też rzucić zły urok. W myśl tego credo – Białystok jest krainą trochę nie z mojej bajki ze względu na moją osobowość, ale dzięki mojej ślicznej anielskiej siostrze, zostanie w mojej pamięci jednym z miejsc magicznych, z których wyniosłam dobre, ciepłe wspomnienia i pozytywne refleksje. 






Czas, w którym odwiedziłam J. w Białymstoku, był czasem zdominowanym przez nieciekawą pogodę – depresyjnie ponurą i mglistą zimę, co wpłynęło bezpośrednio na to, że wizualnie miasto straciło wiele ze swojego niewątpliwego uroku. Z tego, co jednak udało mi się zaobserwować i dowiedzieć, wyciągnęłam wniosek, że kiedy przyroda budzi się do życia, w mieście musi być naprawdę pięknie, ze względu na liczne parki i inne przyrodnicze obiekty zgromadzone dookoła. Liczni rowerzyści świadczą o tym, że jest to dobre miejsce pod względem rekreacyjnym. Ja, podczas mojej zimowej wizyty w Białymstoku, zwróciłam uwagę przede wszystkim na rozległą przestrzeń, dzięki której nie czułam się w podlaskiej metropolii jak w urbanistycznej klatce. Swoistego wdzięku nadawały miejskiej przestrzeni przeróżne sklepiki, punkty usługowe o fantazyjnych, swojskich nazwach, wywołujących niejednokrotnie uśmiech na twarzy. Np. sklepy: Opałek, Kometa czy Tęcza, bary: Golonka, Złotóweczka, restauracja Provincja,  kwiaciarnia Fikus cukiernia Boska Barbara, salon fryzjerski Kudłaty Raj, second hand Koop – Ciuszek, pralnia Panda czy Świeża Koszula. Wyobraźnia właścicieli nie ma granic.





Białystok leży na wschodniej granicy Polski i jest miejscem, gdzie historycznie i kulturowo krzyżuje się wiele narodowości, a co za tym idzie – mentalności: polska, rosyjska, białoruska, litewska, ukraińska, żydowska i tatarska. Przejawia się to w tym, że wszechobecny rustykalny duch utkany jest również z nostalgicznej liryki wschodniej duszy barda, dlatego mimo że to stolica Podlasia, jest to paradoksalnie dobre miejsce na wyciszenie i pozbieranie myśli. Nie czuć w nim ciśnienia i presji wielkiego miasta.





Szybko okazało się, że spacer z centrum jest bardzo dobrą i skuteczną metodą, aby dotrzeć w większość miejsc polecanych w Białymstoku. Ucieszyłam się z tego, bo lubię chodzić – dużo więcej można wtedy zaobserwować i lepiej poczuć klimat danego miasta.






Pierwszym miejscem, do którego zawitałam było miejskie ZOO. Mam wrażenie, że głównym sensem jego istnienia jest podtrzymywanie rodzinnych więzi, ponieważ jest to popularny sposób na spędzenie czasu z dziećmi. Mam swoją teorię w sprawie faktu zamykania dzikich zwierząt w klatkach w zoo. Jestem sceptycznie nastawiona i krótko mówiąc jest to dla mnie część obszernego tomiszcza pt. „pożywka dla mas”. Rozumiem sens haseł pod tytułem: „ochrona zagrożonych gatunków”, „trzymamy tylko najsłabsze okazy, które nie przetrwałyby na wolności”, ale niepokoi mnie sztuczność warunków i dostosowanie ich do podglądania „więźniów” przez ludzi. Jakkolwiek okrutnie to zabrzmi – nie sądzę, że codzienne życie dzikich zwierząt w klimacie Wielkiego Brata jest dla nich lepsze niż być może bezwzględne i nie znoszące słabości, ale za to całkowicie wolne i w pełni naturalne życie na łonie natury. W każdym razie w białostockim zoo zwierzęta całkowicie ignorowały ludzi, co głęboko wierzę jest oznaką tego, że dobrze czują się w swojej wyznaczonej przestrzeni za kratami i obecność ludzi nie przeszkadza im w egzystencji. Lubię się czasami oszukiwać, żeby zagłuszyć sumienie. Widziałam wilki, jelenie, dziki, świnkę wietnamską, kozę, żubry, żbiki (niby były, na co wskazywał rysunek przed klatką, ale najwyraźniej spały zakamuflowane, bo nie zaobserwowałam żadnej obecności), wodne ptactwo. Moim ulubieńcem został bezapelacyjnie niedźwiedź – chodził w kółko spowolnionym krokiem, prawie jak mnich buddyjski, który może całą wieczność ze spokojem wpatrywać się w główkę od szpilki.











Po wizycie w zoo poszłyśmy w stronę Pałacu Branickich, nazywanego nie bez powodu podlaskim Wersalem, który wraz z otaczającym go kompleksem ogrodowym, jest bez wątpienia jedną z najbardziej popularnych wizytówek Białegostoku i jedną z najpiękniejszych. Obecnie zabytek ten został zaadaptowany na potrzeby władz naukowych Uniwersytetu Medycznego, ale historycznie również zmieniał swe przeznaczenie. Jak podają źródła, istniał już w XVI w., kiedy to Białystok był jeszcze wsią podległą rodzinie Wiesiołowskich i pełnił wówczas funkcję obronną. Dopiero za panowania Branickich (Stefana Mikołaja i jego syna Jana Klemensa) zmienił swój charakter, stając się rezydencją magnacką. To wtedy zespół pałacowo – parkowy uzyskał miano Wersalu podlaskiego. Burzliwa historia sprawiła, że obiekt stał się później zdobyczą m.in. cara Aleksandra I, a 4 lata później powstał w nim Instytut Panien Szlachetnie Urodzonych. Zdarzenia te odcisnęły swe piętno na wyglądzie pałacu.



















Turystycznie Białystok jest podzielony na szlaki. Mi udało się trafić na Szlak PRL – u, Szlak Esperanto oraz Szlak Dziedzictwa Żydowskiego. Czasy PRL – u przypomina m.in. rzeźba Praczki w parku Planty. Natomiast na Szlak Esperanto natknęłyśmy się, kiedy udało nam się odszukać kamienicę, gdzie mieszkał Ludwik Zamenhof. Szlak Esperanto upamiętnia bowiem losy tego słynnego obywatela Białegostoku i miejsca, z którymi był związany. W ramach wyprawy śladami twórcy esperanto można odwiedzić także jego pomnik na skwerze Malmeda, Centrum jego imienia, dawne gimnazjum, w którym się uczył oraz dom rodzinny Jakuba Szapiro. Kamienica zrobiła na mnie duże wrażenie, bo wyłoniła się nagle spośród szarych bloków mieszkalnych jak różowa inwazja z zaświatów, a to dzięki niezwykle realistycznym, humorystycznym malowidłom na jednej ze ścian budynku. Dzieła te przedstawiają rząd 3 okien, w których to ukazują się mieszkańcy, jakby żywcem wyjęci ze swoich czasów.







Podobno Białystok zwiedza się dwa razy – w dzień i w nocy. Ma to sens, bo wieczorem oświetlone miasto staje się magiczne i można poznać je na nowo. Co więcej ja tam trafiłam w czasie, kiedy wokół królowały przeróżne dekoracje świąteczne, które oświetlając ulice i place po zmroku, wnosiły w nie sporą dawkę dodatkowego ciepła i czaru. W centrum, na rynku Kościuszki, często zdarzało się nam natknąć przypadkiem na piękne stare kamienice, cudownie wpisujące się w klimat miasta i zjawiskowo wyłaniające się z gry świateł i cieni, w czasie kiedy nocne życie budzi się ze snu. Wieczorem pojawiały się spacerujące rodziny z dziećmi, co było urocze.








Uczciwie muszę jednak przyznać, że niektóre miejsca zaskoczyły mnie z odcieniem dezaprobaty i powątpiewania, jak np. to, co kryło się po przejściu przez malownicze Bulwary Kościałkowskiego. Na końcu alei, jak potwór z piekielnej czeluści, ukazał się moim oczom betonowy pomnik szkaradnej wersji psa o nazwie Pies Kawelin. Włożyłam odważnie dłoń w paszczę stworzenia, mimo nieoczywistego wizualu posągu. Wierzę, że zagwarantuje mi to szczęście jak osławione wrzucenie monety do fontanny.




W Białymstoku zaskoczyła mnie również Aleja Bluesa. Jest to pasaż w centrum miasta, na którym wymalowana jest czarno – biała klawiatura fortepianu, a na niektórych klawiszach wmontowane są tablice upamiętniające ikony polskiego bluesa. Co roku pojawia się nowa tablica z nazwiskiem związanym z tym gatunkiem muzycznym. Dowiedziałam się, że to właśnie w Białymstoku odbył się w 1978 r. pierwszy krajowy festiwal bluesa „Jesień z Bluesem”, który upamiętniał 25. rocznicę śmierci Ryszarda „Skiby” Skibińskiego oraz 30 – lecie działalności białostockiej „Kasy Chorych” – zespołu, którego liderem był właśnie Ryszard „Skiba” Skibiński. Do tej pory byłam nieświadoma, że Białystok jest tak ważnym miastem dla rozwoju i popularyzacji bluesa w Polsce.




Niewątpliwie turystycznie Białystok słynie z wielu ciekawych obiektów sakralnych, zgromadzonych na obszarze miasta. Są to imponujące katolickie i prawosławne świątynie, takie jak: Zespół bazyliki archikatedralnej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, Kościół Św. Rocha czy Sobór Św. Mikołaja.






Szczególnie interesująca jest historia Zespołu bazyliki archikatedralnej, który jest największą świątynią katolicką w mieście. Zabytek ten jest zlokalizowany na rynku Kościuszki. Zespół tworzą 2 budowle: renesansowy Stary Kościół Farny, który jest najstarszym murowanym obiektem w mieście oraz neogotycka katedra. Okazuje się, że katedra jest tylko przybudówką do kościółka, chociaż swoimi wymiarami wielokrotnie go przewyższa. W ten sposób projekt architekta Józefa Piusa Dziekońskiego ominął carskie zezwolenie na budowę jedynie przybudówki do Starej Farny z jednoczesnym zakazem budowy nowego kościoła, który byłby w stanie pomieścić wszystkich wiernych, o co proszono władze carskie.





Następnego dnia ruszyłyśmy także Szlakiem Dziedzictwa Żydowskiego na ul. Żabią, gdzie znajduje się Mauzoleum – Cmentarz Getta, uroczyście odsłonięte w 1971 r. oraz Pomnik Powstańców Getta. Po drodze natknęłyśmy się na murale – bardzo popularne ostatnio w polskich miastach. W drodze powrotnej do centrum odwiedziłyśmy także Pomnik Spalonej Wielkiej Synagogi, który zlokalizowany jest na pasażu pomiędzy ulicą Suraską a Legionową. Wyprawa Szlakiem Dziedzictwa Żydowskiego siłą rzeczy przyniosła ze sobą wiele przygnębiających myśli z fundamentalnymi pytaniami o sens wojny i ideę humanitaryzmu.







Miejscem, które warto odwiedzić w Białymstoku jest kultowy już bar mleczny Podlasiak. Jako zdeklarowana wegetarianka nawet nie spojrzałam na mięsne menu, ale weszłam tu świadomie z J. w nadziei, że uda nam się upolować danie deficytowe jakim są słynne pyszne naleśniki z serem. Niestety nie udało się nam ich dostać, ale nie mniej znane, rozpływające się w ustach serniczki, zatopione w aksamitnej słodkiej śmietance, z dodatkiem aromatycznej brzoskwini – to była zacna nagroda pocieszenia. Poezja smaku, której nie da się zapomnieć oraz skuteczne, słodkie lekarstwo na zimowe smutki. Polecam z pełną odpowiedzialnością.






Białystok jest niezwykły, bo jest osadzony na pograniczu wielu czasów i przestrzeni – historycznych i kulturowych. Nosi czapkę uszankę rodem zza wschodniej granicy, ale płaszcz ma utkany ze złota jako pamiątkę po arystokratycznym patronie. Siedzi w barze mlecznym przywołując czasy peerelu i dzierżąc w dłoni chrześcijańskie kadzidło, którego opary jak duchy nie pozwalają zapomnieć o nieludzkich czasach wojny i jej krwawego egzekucyjnego żniwa. Tańczy w rytm disco polo, nucąc przy tym bluesowe melodie. Białystok upamiętnia, tworzy, łączy przeciwieństwa i wcale nie jest przy tym psychodeliczną karykaturą zbudowaną z wielu niepasujących do siebie elementów. Każdy znajdzie swoje miejsce w wielobarwnym mieście z duszą.  




Dla J.:

Wszystkiego NAJ z okazji urodzin!

Jak wiesz jestem beznadziejną kucharką, ale wiem za to, że przepis wykonany z miłości zawsze musi się udać, dlatego życzę Ci z całego serca:

Duuużo miłości, uśmiechu, życzliwości, dobrego humoru i ciepła na co dzień.
(Bo tego wszystkiego nie da się przedawkować.)

(A jako arcyważną bazę i kotwicę, proponuję mix kilku składników:)

Spełnienia  w każdej dziedzinie i na każdej płaszczyźnie życia.
Niewyczerpanego źródła powołania w zawodzie i morza satysfakcji.
Wartościowych zbliżeń z innymi ludźmi.
Wielu inspiracji i magii na co dzień.
Wytrwałości w realizacji swoich planów.

Oraz:
Wielkich i małych, dalekich i bliskich uskrzydlających marzeń.
(Nieoceniony składnik wpływający na smak życia i wzmacniający apetyt na nie.)

(Ze względu na to, że nadmiar cukru jest szkodliwy życzę Ci również:)
Siły, energii, optymizmu, wiary  i odwagi, po to, żebyś zawsze umiała tańczyć w deszczu.

(W ramach dekoracji, jako przysłowiowa „kropka nad i”:)
Dużo czarodziejskich chwil, pouczających odkryć i pięknych wspomnień.



Mam nadzieję, że nigdy nie zabraknie poczucia sensu i barwy w Twoim życiu, stanu błogości i skrawka Nieba na co dzień. Dla mnie Ty jesteś jedną z najpiękniejszych barw, z jakimi się spotkałam. Jestem z Ciebie bardzo dumna. Lśnij dalej i nadal zachwycaj swoim dobrem, ciepłem, wdziękiem i czarem. <KISS> x milion