wtorek, 7 stycznia 2014

All roads lead to Rome (15)

POWRÓT




Do Norwegii wróciliśmy samolotem z Katowic. Przylecieliśmy do Bergen. Z lotniska dostaliśmy się do centrum, skąd odjeżdżały autobusy do Haugesund. W każdym razie tak zakładaliśmy, bo już na miejscu okazało się, że żaden z autobusów nie jedzie do domu. Wsiedliśmy w taki, którego trasa mniej więcej pokrywała się z naszą. W efekcie wylądowaliśmy pośrodku niczego, 60 km od domu. Było ciemno i nigdzie nie było widać żadnych oznak cywilizacji. Byłam zmęczona i głodna. I. nie narzekał, ale wiem, że był zgaszony po wypadku, chociaż starał się tego nie okazywać. Większość ludzi wraca z wakacji z opalenizną, a my wróciliśmy przemarznięci, zmęczeni i obolali.

Żeby nie tracić czasu, zaczęliśmy iść w kierunku domu. B. miał po nas przyjechać i zabrać nas gdzieś po drodze. Niestety zabłądził… Czas mijał, a my szliśmy dzielnie poboczem drogi. Musieliśmy być zjawiskiem w tym miejscu, gdzie nikt nie przechodzi, w dodatku o takiej nocnej porze. Zagubieni wędrowcy, zmierzający w nieokreślonym kierunku. Z plecakiem turystycznym, śpiworem i whisky. Kierowcy byli wyraźnie zaintrygowani naszym widokiem. W pewnym momencie miałam kryzys wywołany irytacją, że B. może w ogóle nas nie znaleźć. Była w końcu już 1 – sza w nocy. Znieczuliłam się whisky, podczas krótkiego odpoczynku przy znaku drogowym. Uspokoiło mnie to. Był On. I był Jack Daniel’s, a w tym momencie nie potrzebowałam już nikogo więcej. Zmęczenie przestało być tak uciążliwe. Wtedy B. znalazł nas w końcu. Byłam już lekko wstawiona, więc prawie od razu zasnęłam na tylnym siedzeniu samochodu. Czułam bezgraniczne zaufanie, spokój i bezpieczeństwo. Nie słyszałam nawet, o czym rozmawiali. To nie było w tej chwili ważne. Wróciliśmy do domu. Czułam lekką nostalgię, ale jednocześnie ufność, że każdy koniec jest nowym początkiem. 



RETURN

We came back to Norway by plane from Katowice. We arrived in Bergen. From the airport, we got to the center, where the buses departed to Haugesund. We were sure about that, but already in place, it turned out that none of the buses go to home. We took the one which track was more or less coincide with ours. As a result, we fetched up in the middle of nowhere, about 60 km away from home. It was dark and no sign of civilization. I was tired and hungry. I. didn’t complain but I know that He was extinguished after the accident, He just tried not to show this. Most of the people are coming back from holiday with a tan, we came back freezing, tired and achy.

We didn’t want to waste time so we started walking toward the home. B. had come for us and take us somewhere along the way. Unfortunately, he lost his way... Time passed by and we walked bravely roadside. We had to be a phenomenon in this place, where no one walks, especially in the night. Lost hikers who tended towards an unspecified direction. With backpack, sleeping bag and whiskey. The drivers were very intrigued by our view. At one moment, I had the crisis caused by irritation that B. can’t find us for so long time. It was 1 o’clock in the morning after all. While a short stop at the road sign, I “anesthetized” myself with the aid of whiskey. Alcohol reassured me. He was with me. And Jack Daniel 's was too. At this point, I didn’t need no one else. Fatigue ceased to be so onerous. Then B. finally found us. I was just a little inserted so I almost immediately fell asleep in the back seat of the car. I felt boundless confidence, peace and security. I didn’t even hear what they are talking about. It was not important at the moment. We returned home. I felt a little bit nostalgic but I also trust that every end is a new beginning.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz