Przyznaję – jestem
za słaba, żeby przestać o nim myśleć, kiedy w pracy ciągle na niego wpadam i nie umiem skończyć z permanentnym reanimowaniem nadziei na wspólną przyszłość.
Wiem, że anonimowa
walentynka była od niego.
I jest zupełnie jak w filmie – kiedy w
końcu zdobyłam pewność, że E coś do mnie czuje, kiedy wydawać by się mogło, że
za chwilę czeka nas happy end, kiedy trwam w błogim stanie uskrzydlenia i
upojenia miłością, karmiona wiarą, że jednak coś z tego będzie, kiedy moja
nadzieja jest tuż, tuż przemiany w aksjomat – następuje zwrot akcji, a los
niespodziewanie odwraca karty. Piątkowy wypad na piwo po pracy był dość
traumatycznym przeżyciem, bo E przyznał, że M stracił dla mnie głowę, po czym zupełnie
swobodnie stwierdził, że też się we mnie zakochał. Moja reakcja?
Znowu prawie się rozpłakałam ze współczucia
zamiast z radości, bo uzmysłowiłam sobie, jak trudny trójkąt tworzymy. To
równanie, którego nie sposób rozwiązać pomyślnie dla każdej ze stron, bo po
podstawieniu różnych danych i tak każda ze stron coś traci. Oni są jak moi
kosmiczni, bracia, moja duchowa rodzina, moje spirytualne rodzeństwo. Nasza
znajomość jest dla mnie ołtarzem, sakramentem, który chcę pielęgnować i
chronić, a który boję się sprofanować. I choć M kocha mnie, ja nie kocham M, z
kolei chociaż pomiędzy uczuciem E i moją można postawić znak równości, to E
jest w stałym kilkuletnim związku i już wiem, że nie ma w sobie tyle siły i
odwagi, aby ją dla mnie zostawić bez względu na to, jak źle działoby się między
nimi. Dopiero teraz zaczynam dostrzegać, jak byłam naiwna i egoistyczna sądząc,
że będzie inaczej. W ogóle nie myślałam o niej, kiedy zbliżałam się do niego, w
ogóle nie myślałam o nich, ani o tym, że nie odcinając się od tego faceta
skazuję go na wyrwanie z korzeniami z aktualnego uporządkowanego życia, jakie sam
wybrał. Ta miłość najwyraźniej musi pozostać niewypowiedziana, o czym
przekonałam się wczoraj…
Umówiłam się z nim na spacer wcześnie rano,
niemalże o świcie biorąc pod uwagę późną porę, o której wróciłam do domu
poprzedniego dnia. Miał być z psem nad jeziorem. Miał na mnie czekać. I
mieliśmy porozmawiać, nic więcej. Wstałam niewyspana, w kiepskim stanie
fizycznym po piątkowym wieczorze i po ciężkim, wyczerpującym tygodniu w pracy, ale
przecież choćby świat się walił i palił, ja i tak zostawiłabym wszystko i pobiegłabym
do niego, bo w końcu miał stawić się w umówionym miejscu. Sam to zaproponował. Zbierałam
w sobie siły, aby tego poranka zakończyć, bądź rozwinąć naszą miłosną znajomość,
zależnie od jego odpowiedzi, a potrzebowałam odpowiedzi zero – jedynkowych,
potrzebowałam jego „tak”, albo jego „nie”, bo wabiona pozaziemskim
przyciąganiem tracę mnóstwo energii, kiedy sprawy między nami są tak
niejednoznaczne, a ja zachowuję się jak mentalny satelita z myślami nieustannie
trzymającymi się jego orbity. Potrzebowałam szczerze z nim porozmawiać bez
świadków (a to luksus, na który już od początku znajomości nie możemy sobie
pozwolić) i w całkowitej trzeźwości umysłu i zmysłów. Chciałam, żeby w końcu poczuł
się przy mnie na tyle komfortowo, żeby zdjąć kolorową ekstrawertyczną maskę, za
którą się chroni i pokazać swoją prawdziwą twarz. Chciałam go poznać, chciałam
mu się przyjrzeć, chciałam go zrozumieć, chciałam mu pomóc. Nie podał mi
swojego numeru telefonu, więc to spotkanie było dla mnie metaforą. Albo będzie
czekał pomimo wszystkich ziemskich przeszkód, albo nie i wtedy w końcu dam
sobie spokój.
Nie było go. Minęliśmy się chociaż oboje na
siebie czekaliśmy. I przy naszych różnych trybach życia i przy jego osobowości nieprędko
nadarzy się okazja, aby znowu się spotkać. Już nie jestem królową dramatu tak
jak dawniej, dlatego poczułam, że to jedna z tych sytuacji, kiedy mimo
ludzkiego złamanego serca i załzawionych oczu muszę wznieść się wyżej do
formuły definiującej rzeczywistość, wg której jeśli czasem czegoś tak gorąco
pragniesz, jakby od tego zależało twoje życie, ale mimo tego i tak tego nie
dostajesz, to nie jest to wcale koniec świata, a łut szczęścia. My ludzie – niepokorni,
zaślepieni własnymi żądzami, nadziejami i oczekiwaniami – dostrzegamy tylko
fragment całości. Nasze postrzeganie jest peryferyjne. Dlatego pomimo bólu i
pustki, jaką odczuwam, nauczona doświadczeniem wzmocnionym intuicją, nie
potrafię przestać wierzyć, że wszystko, co los mi zsyła jest dla mojego dobra i
w każdym momencie życia, także w tej konkretnej sytuacji, kiedy nie tylko nie mogę
mieć przy sobie tego, którego kocham, ale nawet nie dostaję okazji, aby z nim
spokojnie porozmawiać, świat ma dobre intencje, a jego największą i najświętszą
intencją jest moje szczęście. Muszę tylko zgodzić się na przyjście fali
cierpienia i żalu. Muszę władać swoim światem w koronie wykonanej z drutu
kolczastego. Muszę wtopić się swoim smutkiem w każdą kroplę, z jaką krwawi moje
serce. Muszę rozpaść się na kawałki i znaleźć w sobie odwagę, aby spojrzeć w
każdy połamany element, odnaleźć w nim część siebie i wyciągnąć lekcję, aby już
nie upadać w ten sam sposób nigdy więcej. Muszę przeczekać umieranie.
A potem muszę się odrodzić i podziękować za
wszystko, co się działo, bo jakikolwiek słodko – gorzki filtr przesłania aktualnie
moją rzeczywistość i tak nie przestaję oddychać ideą, że życie jest darem.