niedziela, 31 grudnia 2017



Koniec roku to czas porządków, podsumowań i przeróżnych zakończeń. Tym razem jest to czas, w którym rozpływam się w szczęściu i wdzięczności, co pozwala mi zrozumieć, że:


W świecie, w którym mogę mieć absolutnie wszystko,
nieważne jest czy ściągnę gwiazdkę z nieba, czy złapię złotą rybkę.
I tak nie będę czuła, że mam wszystko.
Dopóki nie nauczę się jak zbierać polne kwiaty, jak zachwycać się kamieniem na drodze, jak wnikać w piękno kropli deszczu i jak naprawiać to, co jest zepsute.


W świecie, w którym mogę kolekcjonować tysiące twarzy,
z którymi będę dzielić się swoim światem
i tak pozostanę samotna.
Nie odczuję akceptacji i miłości
i nie będę w stanie dawać akceptacji i miłości.
Dopóki nie stworzę bliskiej relacji z jedną szczególną osobą,
która jest zawsze ze mną.
Dopóki nie zaprzyjaźnię się z
odbiciem w lustrze.


W świecie, w którym mogę zajść tak daleko,
jak tylko zapragnę,
mogę przejść na drugą stronę tęczy
albo mogę wylądować na Marsie.
Mogę też znać wszystkie skróty,
ale i tak nie zajdę za daleko.
Dopóki nie nauczę się, że czasem warto jest zatrzymać się,
aby podnieść tych, którym zdarza się upaść,
a czas pozornie stracony w ten sposób
liczy się podwójnie.


W świecie, w którym garść monet w kieszeni
dodaje pewności siebie i daje poczucie władzy
mogę koncentrować swoją uwagę na przyciąganiu do siebie metalu,
mogę też metaforycznie skupiać się na pojęciu wymiany,
jaka zachodzi dzięki metalowi,
ale i tak siłą, która naprawdę się liczy,
siłą, która kruszy ściany
pozostanie 
uśmiech.


W świecie, w którym mogę być absolutnie wszystkim,
czym tylko zapragnę,
mogę uwierzyć, że jestem bohaterką z komiksu, królewną z bajki
albo mogę pretendować do miana władcy kosmosu,
ale im wyżej będę się wspinać,
tym mniej będę spełniona.
Dopóki nie zadecyduję, że w świecie,
w którym mogę być absolutnie wszystkim –

będę dobra.

sobota, 23 grudnia 2017


Stop! Już wystarczy! Moja słabość do starszych facetów odezwała się jak uśpiony wulkan. Zwabiłam go po to, by znowu mieć tę cudowną istotę na wyciągnięcie ręki, właściwie tylko dla siebie. W tej materii osiągnęłam to, czego chciałam – doświadczyłam człowieczeństwa zdejmując warstwa po warstwie kolejne warstwy E, zupełnie tak jakbym zdejmowała z niego ubranie. To był spirytualny striptiz, taniec zmysłów: intymny, bezwstydny i zachłanny. Bezkarnie nasyciłam się jego widokiem, zanurzyłam w głębię oczu, zajrzałam w najbardziej ukryte zakamarki duszy, wysłałam tyle uśmiechów, werbalnych i niemych zachwytów, ile tylko było w stanie zmieścić się w moim ciele. Byłam cała jego. Nie namawiałam go do zwierzeń, ale już przywykłam, że inni opowiadają mi o sobie absolutnie wszystko. Jestem jak ksiądz w konfesjonale albo jak barman w pubie. Przesiąkam ludzkimi intymnymi historiami, jakbym była mentalną prostytutką, która nie wybrzydza i przyjmuje absolutnie każde cudze DNA w postaci myśli. Uwielbiam go i wciąż mam mało, ale już wystarczy. Wycofuję się, bo tracę mnóstwo energii jako masochistka, która dąży do tego, aby dzielić z nim czas i przestrzeń chociaż dobrze wiem, że czas i przestrzeń dzieli już z nim ktoś inny. Dlatego nie wejdę w niego głębiej. Z szacunku dla niej, z szacunku dla E i z szacunku dla samej siebie. Moje fascynacje zawsze były jak lot Ikara i lepiej kiedy przestanę podążać w kierunku kolejnej z nich w poczuciu niedosytu niż kiedy będę uparcie ciągnąć jak ćma po to, żeby zderzyć się z nią, a następnie rozchorować z przejedzenia. Nie sprofanuję świętości związku. Nie zachwaszczę E zwątpieniem, ani nie zasieję w nim nadziei. Nie tylko nie posunę się o krok za daleko, ale zwołam też wszystkie siły, aby zadziałały wbrew grawitacji, wbrew sile przyciągania, która koncentruje moje działania na tym mężczyźnie. Moja potrzeba zaspokojenia pozostanie tylko pożądaniem w sferze myśli, małym płomykiem, którego nie będę podsycać w nadziei, że będę wystarczająco silna, aby go zdmuchnąć, kiedy już osłabnie. 

środa, 20 grudnia 2017

Kolejna fala zmian, jaka przeszła przez moje życie przekonała mnie, że coraz lepiej radzę sobie jako surfer, mimo że nie umiem pływać. Może właśnie nieświadomość dyletanta niezdającego sobie sprawy z powagi sytuacji pozwala mi trzymać się powierzchni zamiast pójść na dno? A może chodzi o coś innego i to garść odwagi zmieszanej proporcjonalnie z pokorą, ubogacona o ważny składnik w postaci zaufania, spojona całym morzem wiary i zachwytu – oto przepis na żeglowanie współczesnego homo viator poszukującego swojej Itaki. Jako nowa – stara ja, na nowym – startym lądzie utwierdzam się w przekonaniu, że tak długo jak pielęgnuję w sobie niezachwianą wiarę w słuszność drogi, którą podążam i zasadność moich codziennych wyborów, tak długo nie tyle nie zderzam się z murem cudzych spojrzeń pełnych znaków zapytania, co raczej ten mur nie jest dla mnie na tyle materialny, że jest w stanie mnie zatrzymać. Tak długo jak wybieram wiarę, że umiem przechodzić przez ściany i tak długo jak zachowuję suwerenne spojrzenie na sprawy oraz niezachwiany własny kodeks wartości – tak długo cudza opinia, malkontenctwo czy szyderstwo nie jest w stanie zachwiać czy złamać obrazu rzeczywistości, który pielęgnuję jak zaczarowany ogród. Tak długo jak nie pozwalam sobie wmówić, że subtelny, ale jednocześnie słoneczny obraz świata wokół, który kreuję z oddaniem, czułością i troską jest fatamorganą – tak długo nie jest w stanie dosięgnąć mnie zimne i bezlitosne ostrze wszechobecnej krytyki. Może zachowuję się jak Alicja, która zabłądziła w psychodelicznej krainie czarów i próbuje uciekać od szarej – według wielu – codzienności. A może wolę jasnowidzieć magię codziennych prostych chwil, postrzegając je przez pryzmat służby, wdzięczności i wyższych ideałów zamiast skupiać się na pojęciu poddaństwa, braku, biedy, ofiary i niesprawiedliwości, jakimi przesiąknięte jest spojrzenie lokalnej społeczności. Pełniejszy wymiar odwagi to ten, w którym to ty wytyczasz własny szlak, zachowując świeże spojrzenie zamiast podążać za tłumem i zlewać się z nim poprzez adopcję bezpiecznych i powszechnie mile widzianych myśli – schematów. Taki rodzaj odwagi, gdzie to ty jesteś wojownikiem wymykającym się spod władzy cudzych przekonań, daje wolność. Tak pojętej wolności uczę się każdego dnia. 

środa, 6 grudnia 2017

Wydaje nam się, że życie jest linią prostą, a więc dążymy do tego, aby iść cały czas naprzód, bo przecież tylko tak żyje się właściwie, czyli bez żalu, bez strat i bez powtórek, ale za to dynamicznie i ze wzrokiem utkwionym w wyłaniającym się horyzoncie niepoznanych jeszcze nadziei i niedookreślonych pragnień. Każdy krok wstecz oznacza regres i jest przypisywany jednostkom słabym i nieukształtowanym. A co jeśli życie wcale nie jest linią prostą? A może jest spiralą, gdzie każda sytuacja powracająca do nas jak bumerang to nie zeszłoroczny śnieg, niepotrzebny nadbagaż, zaklęte koło, powtarzający się schemat i monotonia, a raczej okazja do zrozumienia, że każde zdarzenie zawiera w sobie taką ilość prawdy, jaką jesteśmy w stanie w danej chwili odkryć i na jaką jesteśmy w danej chwili gotowi. Może cykle i powroty są nieuniknione, bo potrzebujemy lustra, w którym przyjrzymy się swojej przeszłości, odtworzymy własne ślady utrwalone na piasku i otworzymy się na poznanie nowych sensów i nowych definicji. Może każda sytuacja jest wielopoziomowa i składa się z różnych warstw, które odkrywamy wraz z rosnącym doświadczeniem. Z indywidualnego punktu widzenia każda jednostka to tylko punkt na peryferiach, ale im bogatsza wewnętrznie się staje, tym większe zyskuje pojęcie o całości i tym bliżej prawdy się znajduje. Człowiek, który idzie i powraca, a mimo to wspina się coraz wyżej, wychodzi na zewnątrz i koncentruje się w środku – wie więcej o otaczającym go świecie. Wie więcej o innych. Wie więcej o sobie samym.

piątek, 28 lipca 2017

Nie możesz uniknąć tego, że ptaki trosk i zmartwień fruwają nad twoją głową, ale możesz nie pozwolić im zbudować gniazd w twoich włosach (przysłowie chińskie)


Myślę, że przemianę w poważnego, dorosłego osobnika Homo sapiens sapiens najłatwiej rozpoznać po tęsknocie. Tęsknota jest produktem ubocznym życiowych wyborów. To substancja emocjonalna, która uwalnia się i zaczyna krążyć w naszym organizmie wraz z realizacją każdego rewolucyjnego planu, w którym wartością najbardziej pewną jest zmiana. To tęsknota za tym, co minęło, przywiązanie do tego, co zostawiliśmy za sobą, nostalgia połączona z wyidealizowanym obrazem przeszłości, poczucie straty – zawisają nam smętnie i złowieszczo nad głową, zsyłając wątpliwości, niepewność i żal za tym, co było, a do czego nie możemy wrócić. W pewnym momencie naszego życia zaczynamy przecież budować, otaczać się, ukorzeniać w swojej rzeczywistości. To cechy dorosłego, który ewolucyjnie preferuje osiadły tryb życia, bo tylko taki daje mu bezpieczeństwo i wrażenie panowania nad rzeczywistością. Taki dorosły nie jest sojusznikiem zmian i boi się ich. Nie interesuje go to, co stoi za zakrętem, skoro swój wzrok skupia już tylko na stałej wartości, na tym, co zawsze w takim samym przewidywalnym kształcie widzi przed sobą, na tym, co z takim mozołem stara się zbudować wokół siebie i czemu poświęca swój czas i uwagę. Taki dorosły, kiedy już podejmie jakąś decyzję, która jest w stanie chociażby lekko zachwiać stałą rzeczywistość – ma tendencję do przemyśleń typu: czy decyzja, którą podjąłem jest słuszna? Czy na pewno właśnie tego chcę? Co by było, gdyby…? Wątpliwości plus nieustanne oglądanie się za siebie marnotrawią cały potencjał, jaki kryje w sobie każda zmiana, kiedy wbudowujemy w siebie przekonanie, że każda zmiana jest zmianą na gorsze i nie damy sobie z nią rady. Tymczasem wiecie, jaka jest prawda? Prawda jest taka, że za każdą decyzją kryje się strata i za każdym zakrętem czai się niewiadoma. To nieoswojony przez nas fakt, którego nie da się pominąć. Ale za każdą decyzją czeka również radość, rozwój i spełnienie, jeśli wybór staje się źródłem siły, a nie wątpliwości. Jeżeli marzysz o tym, aby zmienić swoje życie na lepsze, ale boisz się zmian: boisz się rzucić pracę, zmienić miejsce zamieszkania czy w jakikolwiek sposób przemeblować swoje życie, bo masz obawy, że Ci się nie uda, kiedy stoisz na progu zmiany, ale prześladują Cię emocje niepewności i żalu – skup się na jakości swoich myśli, bo to one tworzą twoją siłę i jakość twojego życia. Każda myśl to cegiełka, która buduje rzeczywistość. I to zupełnie naturalne, że dopada Cię obawa o przyszłość, ale dopiero, kiedy te emocje zadomowią się w Tobie na tyle, że staną się filtrem, przez który wypływają twoje zniekształcone destrukcyjnie myśli o porażce, to zamiast kreować zaczynasz niszczyć, podkopywać swoją wiarę w siebie i powodzenie Twojego śmiałego planu. Sam uśmiercasz idee, które miały Cię ożywić. Już rozumiesz? Mogę przecież doświadczyć porażki w jakiejś dziedzinie życia, np. mogę rozstać się z partnerem. I to zupełnie normalne, że czuję brak, pustkę, dysharmonię, gorycz czy smutek, ale dopiero kiedy mój udręczony umysł zaczyna produkować destrukcyjne myśli typu: „to wszystko moja wina”, „mogłam się domyśleć, że nic z tego nie będzie”, „jestem beznadziejna i to ja jestem problemem”, „na pewno już nikogo nie znajdę” – wtedy zaczyna się problem, bo myśl, w którą uwierzę staje się moją prawdą i odzwierciedlam ją na zewnątrz. W tej samej sytuacji, tuż po rozstaniu, jedna osoba może zamknąć się w sobie, a jej wewnętrzny krytyk może siać w niej spustoszenie przekonując, że jest niewystarczająco dobra i chociaż nikt inny tak nie myśli, to ona jest absolutnie przekonana, że tak właśnie jest. Inna osoba może otrząsnąć się z rozstania i zamknąć ten rozdział swojego życia, nie tracąc ani wiary w siebie, ani wiary w innych ludzi, odważnie przeć naprzód w przekonaniu o swojej wartości. Zależnie od tego jaki scenariusz wybierzesz – w taki sposób kreujesz swoją rzeczywistość. Możesz być ofiarą danej sytuacji, która pogrąży Cię w przekonaniu o własnej niemocy, a możesz być zwycięzcą, który pomimo trudności idzie dalej z podniesioną głową. To jest Twój autonomiczny wybór. Absolutnie ZAWSZE możesz wybrać sposób, w jaki manifestujesz swoją reakcję, bez względu na to, jakim typem charakteru jesteś.


***


Wszystko co nas spotyka: każda sytuacja, każde okoliczności pozostają naszym wyborem pod kątem reakcji na zaistniałą rzeczywistość, dlatego kiedy podejmujesz życiową decyzję albo kiedy życie podejmuje ją za Ciebie, kiedy czujesz się winny, przytłoczony czy niepewny, dopuść do siebie emocje, ale skup się na swoim myśleniu. Niech emocje przechodzą przez pryzmat twojego umysłu – pozwól im na to i nie próbuj ich wypierać czy blokować, ale jednocześnie postaraj się, aby to co z niego wychodzi było wiązką jasnego światła, która przetransformuje zmianę na zmianę na lepsze. Bo tylko na taką zasługujesz. 

piątek, 5 maja 2017


Kolejny raz umarłam, roztrzaskałam się na miliony kawałków i znowu stoi przede mną wyzwanie: muszę pozbierać się do kupy. Muszę odnaleźć wszystkie porzucone części, takie jak poczucie własnej wartości, wiara we własne siły i szacunek do siebie. Muszę odnaleźć zmysł wzroku, który wskaże mi kierunek i nada sens codzienności. Już przestałam liczyć śmierci, jakimi karmi mnie życie, ale do nekropolii pogrzebanych złudzeń dołączyło przeczucie, że nie poznam nikogo, w czyich oczach zobaczę dom. Chcę szybko zapomnieć o T, ale szybkie zapomnienie ma swoją cenę: najpierw muszę utopić się we wspomnieniach i odciąć każdą niewidzialną linę, jaka mnie z Nim wiąże. Im mocniej kochasz, tym bardziej odcinanie lin przywiązania przypomina odcinanie swojego własnego ciała, kawałek po kawałku. Jestem jednak zdeterminowana, bo nic innego mi nie pozostało – zacieram wszystkie ślady T: wyrzucam pamiątki, kasuję numer telefonu i wszystkie powiązane zdjęcia, usuwam ze znajomych na Facebook’u. Tylko kiedy nikt nie widzi pozwalam sobie na odrobinę słabości: wykrwawiam się wtedy, zatapiam w bólu po cebulki włosów, wypłakuję oceany. A później z szalonym zacięciem piromanki powracam do palenia mostu, a wraz z nim płoną moje wspomnienia, oczekiwania i plany. Razem z nim pali się moja przyszłość.


J dziwiło dlaczego wyjeżdżam sama w góry i śpię w lesie pod namiotem podczas ulewy, czemu jadę nad morze i wspinam się po klifach z 39 – stopniową gorączką. Hartuję się – to fakt. Ale nie zawsze. Czasami po prostu usiłuję sobie z czymś poradzić. Kiedy czuję ból, fizyczne zmęczenie i kiedy zbliżam się do granic wytrzymałości – wtedy nie słyszę swoich myśli, wtedy odpoczywa mój umysł. A czasem kiedy boli serce, dokonuję przeniesienia części bólu na ciało. Chociaż skutki nie są całkiem takie, jakich oczekuję, bo choćby moje buty przesiąkały krwią po wyniszczającym marszu, serce zawsze krwawi mocniej i tylko jego cierpienia jestem w pełni świadoma, tylko ta rana mi przeszkadza. To rana, o której nigdy nie mówię, rana, o której nikt się nigdy nie dowie i nie pozna, jaka jest głęboka.



I oto jestem – zdezorientowana, pokiereszowana, niewiedząca czego chcę i do czego dążę, próbująca zrozumieć, usiłująca zapomnieć. Ocali mnie przerażająco cudowna własność czasu – moment, w którym piasek w klepsydrze w końcu zasypie większość obrazów, a ja zacznę wierzyć w nowe. Zostawię sobie tylko tę szczyptę nostalgii, która jak pieprz piecze język. Zachowam moment, kiedy T powiedział, że płatki śniegu rozbijające się o szybę jadącego auta są jak gwiazdy przelatujące przed statkiem kosmicznym w Gwiezdnych Wojnach. To ze mną zostanie. To wrażenie, kiedy spada pierwszy śnieg, a ja w pierwszym bezwarunkowym odruchu myślę o Nim. Myślę wtedy o jego gwiazdach i o wspólnym niebie, którego nie udało nam się stworzyć i które pozostało jedynie ideą w naszych głowach.

niedziela, 2 kwietnia 2017




„Minęli się jak obcy, bez gestu i słowa (…)
może w popłochu
albo roztargnieniu
albo niepamiętaniu,
że przez krótki czas
kochali się na zawsze.”


(Wisława Szymborska)


My, ludzie XXI wieku traktujemy związki jak produkty jednorazowego użytku, bo łatwiej jest nam wyrzucić coś do kosza niż próbować to naprawić. W romantycznych podrywach serca poszukujemy miłości idealnej, tego przeznaczonego nam wybranka, który będzie gwiazdką z nieba, drugą połówką jabłka, czyli wytworem jeden do jednego skrojonym na naszą miarę. A kiedy pojawia się problem wymagający kompromisów i empatii albo przygasa początkowa fascynacja i pożądanie – wycofujemy się i uciekamy w poczuciu zranienia lub rozczarowania, bo jako pokolenie indywidualistów bliżej nam do góry lodowej niż do drugiego człowieka. Mamy niewykształcone współodczuwanie. A przecież tak szaleńczo pragniemy być kochani… Niestety pragniemy być kochani przez wytwory naszej wyobraźni, produkty naszego umysłu, nasze własne duplikaty, a nie przez żywego człowieka, dlatego nie potrafimy różnić się i akceptować różnic między nami i nie dostrzegamy tym samym, że właśnie na tym polega tworzenie pełni – na uzupełnianiu się poprzez różnice, jakie są między nami, a odmienne spojrzenie na tę samą sprawę jest naszą największą siłą. Najtrudniejszą sztuką jest budowanie mostów porozumienia w oparciu o te różnice zamiast palenia za sobą tych, które już zdążyliśmy zbudować. Największą sztuką jest aktywne słuchanie. Może niektórzy z nas zrozumieją zanim będzie za późno, że ten jeden, jedyny nie istnieje. To my sami, drogą wyboru nadajemy drugiej osobie status bycia tym jednym, jedynym. To nasz wybór czyni daną osobę wyjątkową już w momencie podjęcia decyzji o wejściu w związek. Tak szybko jednak rezygnujemy z tego co mamy, goniąc ślepo za platońską ideą, która nie istnieje w tym świecie. Nie dostrzegamy, że każdy nasz związek ma potencjał, aby być naszym upragnionym i wyśnionym, o ile damy z siebie trochę wysiłku i będziemy go pielęgnować. A pielęgnowanie wymaga czasu, jest inwestycją i wymaga wyrozumiałości. I tylko poprzez zaangażowanie i oddanie tworzymy prawdziwą wartość i jakość. Oddając czas drugiej osobie, oddajemy jej to, co najcenniejsze. Na tym polega odpowiedzialność i dojrzałość. I tylko w ten sposób można budować więź i bliskość.



Pantofelek
Dzieci są milsze od dorosłych
zwierzęta są milsze od dzieci
mówisz że rozumując w ten sposób
muszę dojść do twierdzenia
że najmilszy jest mi pierwotniak pantofelek
no to co
milszy mi jest pantofelek
od ciebie ty skurwysynie.


(Andrzej Bursa)

niedziela, 26 marca 2017


„Słowa staniały. Rozmnożyły się, ale straciły na wartości. Są wszędzie. Jest ich za dużo. Mrowią się, kłębią, dręczą jak chmary natarczywych much. Ogłuszają. Tęsknimy więc za ciszą. Za milczeniem. Za wędrówką przez pola. Przez łąki. Przez las, który szumi, ale nie ględzi, nie plecie, nie tokuje.”


(Ryszard Kapuściński)




Nie można rozmawiać z kimś, kto nie słucha. Nie da się obudzić kogoś, kto tylko udaje, że śpi. Właśnie kona część mnie i nie potrafię zrobić nic, aby powstrzymać ocean bólu, w którym tonę.  




Drobne Ogłoszenia

UCZĘ milczenia 
we wszystkich językach 
metodą wpatrywania się 
w gwieździste niebo, 
w żuchwy sinantropusa, 
w skok pasikonika, 
w paznokcie noworodka, 
w plankton, 
w płatek śniegu.


(Wisława Szymborska)

sobota, 18 marca 2017


Celem odnalezienia zagubionego świadectwa pracy, zostałam zmuszona do bardziej niż pobieżnych porządków już na przedwiośniu, które doprowadziły do zaskakującego odkrycia – odgrzebały przeszłość sprzed 17 lat i przywróciły pamięć. Pretekstem stały się pamiętniki, które prowadziłam jako dziewczynka, tuż po wejściu w wiek „nastu” lat. Płacz i śmiech towarzyszyły mi podczas wertowania stron, które zapisywałam z takim rozczulającym wdziękiem i dbałością o estetykę, na jaką może sobie pozwolić tylko niewinne i czyste dziecko, przebywające w swoim własnym niewinnym i czystym świecie.  



10 VI 2001 r.
Moi bracia naoglądali się filmu „MacGyver” i teraz noszą ze sobą podręczny zestaw MacGyvera, znajduje się w nim m.in. sznurek, śrubokręt, drut i coś tam jeszcze oraz cukier w temperówce mający dwa zastosowania:
1)      w razie gdy złapią ich agenci obcych wywiadów ma posłużyć za cyjanek
2)      gdyby zaproszono ich na przyjęcie mieliby już cukier do herbaty.
Ostatnio dużo oglądali też „Power Rangers”, dlatego często wchodzą do szafy, która służy im za Zorda.



15.IX.2001 r.
Nie mogę już, chodząc do biblioteki, dekorować moich wpisów do zeszytu odwiedzin w czytelni kwiatkami, bo zabroniła mi bibliotekarka po wizycie kontrolerów. Na szczęście ona myśli, że ja naprawdę pisząc, stawiam takie wielkie na trzy kratki zawijasy.




30 V 2000 r.
Piesek
Jakieś 2 miesiące temu tatuś i mamusia zapytali czy nie chcielibyśmy jeszcze jednego pieska. Naturalnie zgodziliśmy się. Psiaka mieliśmy wziąć od wujka N. Czekałam na niego z utęsknieniem. Jest śliczny, nieposłuszny i strasznie przez nas rozpieszczony.
Nazwaliśmy go Rocky.



Wpis z 30 maja 2000 r. jest ostatnim z mojego pierwszego pamiętnika. Wpis ten jest dla mnie tym cenniejszy, bo mój pies już nie żyje. Był z nami do 2014 r. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że czas mija, ale czasami zdarza się coś takiego, co nam to uświadamia w całej swej brutalnie nieuchronnej pełni, dlatego rozpłakałam się jak dziecko, kiedy dotarło do mnie, że doświadczam na własnej skórze jak czas nie tylko mija, ale też zmienia perspektywę, zaciera ślady, osłabia więzi i zabiera ze sobą to wszystko, co kiedykolwiek pokochało moje serce.


***


Ale może ten pył, jaki stanowimy w kosmosie, może ta sekunda naszego istnienia, ta chwila na osi czasu w nieosiągalnej dla nas skali wieczności, może ta chwila – chociaż ulotna i krucha – mimo wszystko jest absolutnie bezcenna, bo kochając to wszystko, czym los nas obdarował i co postawił na naszej drodze, a co jest równie ulotne i kruche jak my – to wszystko staje się nasze, ulubione, wybrane, ukochane, ważne i nie ma znaczenia,  że jest nasze, ulubione, wybrane, ukochane, ważne tylko przez tę krótką chwilę. Żyjemy dla tego, za co gotowi bylibyśmy umrzeć. Żyjemy dla miłości, a miłość stanowi własną kategorię i nie poddaje się niewoli upływającego czasu.  

wtorek, 7 marca 2017



Weekend w domu na Mazurach. Zdążyłam już zapomnieć, że tutaj niebo łączy się z ziemią. Znowu jestem zakochana po uszy, a kiedy odwiedzam wszystkie swoje opuszczone zakamarki i kiedy karmię oczy widokiem tych samych krajobrazów, które kiedyś miałam zachłannie na co dzień, czuję się tak jakbym zostawiła tę okolicę tylko na chwilę tak, jakby to było wczoraj, tak jakbym nie widziała jej tylko przez tę króciutką sekundę, kiedy zamykam powieki i mrużę oczy. Pracowitość i służba moich rodziców, jazgotliwa radość moich psów, smukłość leśnych brzóz, rozkoszna wygoda mojego łóżka, wilgotny zapach mojej ziemi i niepowtarzalny smak domowego jedzenia –  wszystko wróciło albo po prostu nic nie odeszło – jestem wykarmiona solą tej ziemi i to ona buduje mnie od podeszwy stóp po końce moich włosów. Może nie jest to świat idealny, ale tutaj w szczególny sposób doświadczam odczucia, że niebo jest wszędzie tam, gdzie patrzę. 

sobota, 4 marca 2017



I powiedział kiedyś, że nie boi się samotności, ale przeraża go samotność we dwoje. Nie zrozumiałam go wtedy, ale zapamiętałam jego słowa. Teraz przypomniałam je sobie i zrozumiałam, co I miał wtedy na myśli. Aktualnie przerabiam dokładnie to samo. Should I stay or should I go?

wtorek, 28 lutego 2017

Słowo o przeznaczeniu



Wierzę w to, że pewne spotkania są w naszym życiu zaplanowane, a przejście z punktu A do punktu B oznacza poddanie się temu przeznaczeniu, gdzie z kolejnego zakrętu niespodziewanie wyłania się osoba, która posiada potencjał, aby w jakiś sposób wstrząsnąć naszym życiem i wprowadzić je na nowe tory. Na pewno czujecie to w odniesieniu do konkretnych osób: tych, w których się zakochujecie i tych, z którymi zawieracie przyjaźnie lub też stowarzyszacie się w jakiś sposób. A co jeśli naszym przeznaczeniem są też te osoby, które komplikują nam życie, rzucają kłody pod nogi, unieszczęśliwiają nas, te osoby, przez które płaczemy, te, których się boimy lub te, które nas denerwują i irytują? Może one również są nam przeznaczone, a spotkanie z nimi też nosi w sobie potencjał odnowy? Może trzeba dojrzeć, aby to uchwycić, aby zrozumieć, że jeżeli boli i jest niewygodnie to znaczy to tyle, że coś nowego chce się narodzić i należy to przyjąć, otworzyć się na niedogodności zamiast wzmacniać swój opór. Nawet podczas ćwiczeń fizycznych nakładamy coraz większe obciążenie na dany mięsień po to, aby go wzmocnić – nie istnieje rozwój bez wysiłku. Trudną relację można zatem potraktować jak bodziec do zmiany w formie mobilizującej przeszkody, chociaż nie możemy też wpadać w paranoję, prawda? – jeżeli relacja jest toksyczna i destrukcyjna, wciąż mamy wolną wolę i możemy ją zakończyć, bo czasem przeznaczenie po prostu uczy nas jak wyjść z syndromu ofiary i zdobyć się na asertywność. I nawet kiedy bywa ciężko, a życie wcale nie głaszcze nas po głowie, to przecież w przyrodzie wszystko zmierza w jednym kierunku – istotą zmienności życia jest ewolucja, a ewolucja to postęp.



Każde prawdziwe spotkanie stanowi zawsze „przypadek”. Pociąg się spóźnił i nie spotkałem tego, kogo chciałem spotkać, chociaż niczego nie zaniedbałem. A kiedy indziej, chociaż zaniedbałem to i owo, a może i właśnie dlatego, spotykam. Omawiany rodzaj przypadku ma jednak pewien szczególny charakter, ponieważ gdy już się zdarzy i gdy już moje spotkanie dojdzie do skutku, doznaję natychmiast uczucia, które można by wyrazić słowami: „przecież nie mogło być inaczej”, „musieliśmy” przecież na siebie trafić, byliśmy dla siebie przeznaczeni – aż po takie metafizyczne uczucia, jakie wyraża Arystofanes w „Uczcie” Platona, gdy mówi o ziemskim rozbiciu jedności człowieka na dwie płci, które przeto muszą poszukiwać nawzajem swojej drugiej połowy, aby tę jedność osiągnąć. I w tym tkwi element „łaski”, wypełnia się coś, czego nie można wymagać, czego nie można obliczyć ani wymusić, a co przecież zawiera w sobie swój sens. To jest człowiekowi niezbędne do życia, jednocześnie jednak na to człowiek nie ma wpływu.
(Romano Guardini)



Wierzę w to, że pewne spotkania są w naszym życiu zaplanowane, a przejście z punktu A do punktu B oznacza poddanie się temu przeznaczeniu, gdzie z kolejnego zakrętu niespodziewanie wyłania się osoba, która posiada potencjał, aby w jakiś sposób wstrząsnąć naszym życiem i wprowadzić je na nowe tory. Jedyne, co musimy zrobić, to podjąć inicjatywę, bo wykonanie kroku automatycznie oznacza naszą zgodę na powitanie tego, co ukrywa się za zakrętem, a czego nie możemy przewidzieć. Możemy wybrać drogę, którą chcemy pójść, bo przeznaczenie jest pewną przestrzenią, w której mogą się wydarzyć te wszystkie zdarzenia i spotkania, które zostały dla nas POTENCJALNIE zaplanowane jako PRAWDOPODOBNY scenariusz. Może w danym momencie istnieje dla każdego z nas wiele różnych, możliwych, dostępnych przestrzeni? I chociaż czasami faktycznie nie musimy robić absolutnie nic, nie podejmować żadnej inicjatywy, tylko po prostu być tam gdzie zawsze, to z doświadczenia wiem, że najbardziej niezapomnianych przeżyć i najbardziej rozwijających spotkań możemy doświadczyć wówczas, gdy sami wychodzimy naprzeciw swojemu przeznaczeniu, gdy przekraczamy swoją granicę komfortu i działamy inaczej niż zwykle.



Przeznaczenie zazwyczaj czeka tuż za rogiem. Jakby było kieszonkowcem, dziwką albo sprzedawcą losów na loterie; to jego najczęstsze wcielenia. Do drzwi naszego domu nigdy nie zapuka. Trzeba za nim ruszyć.

(Carlos Ruiz Zafón)

piątek, 17 lutego 2017

Chodziliśmy nie szukając się, ale wiedząc, że chodzimy po to, żeby się znaleźć


Działając autonomicznie w większości sfer dążę do uporządkowanego, kontrolowanego, sterylnego życia, co osiągam tylko dzięki samotności, tymczasem pojawia się problem, bo zaangażowanie w relacje i tworzenie wysokojakościowych związków to bardzo energochłonny proces, narzucający konieczność zarządzania czasem i dzielenia się nim z innymi po to, żeby budować wspólne wymiary. Co wybrać jako priorytet i jak pogodzić dążenie „ku ludziom” z potrzebą samotności? Nie mam wątpliwości – choć brzmi to okrutnie egocentrycznie – że moje życie byłoby dużo prostsze i spokojniejsze bez T i psa zagarniających przestrzeń. W każdej chwili mogłabym oddawać się luksusowi odwiedzin swojego wewnętrznego świata w poszukiwaniu natchnienia i inspiracji bez konieczności aktywnego słuchania i wypowiadania łatwych, jednowymiarowych słów po to, żeby zabawić rozmową. W każdej chwili mogłabym


zobaczyć i zmierzyć świat własną miarą, zaczerpniętą z własnych wartości.


Byłabym tak niezależna, jak tylko bym chciała i nie miałabym wyrzutów sumienia, że nie poświęcam wystarczającej uwagi temu, co mam dookoła siebie. Życie samotne jest życiem wygodnym. Jednocześnie jest też życiem uboższym, jak chodzenie po linii najmniejszego oporu, bo związki uczłowieczają. Dlatego decydując się na bliską relację, decydujemy się na kompromisy, kiedy zdarzenia wymuszają korektę naszych wyuczonych zachowań, które dawniej zapewniały jednostkową wygodę, ale które przestały być adekwatne do aktualnej sytuacji. Jeżeli o mnie chodzi, to nie mam problemów z tym, żeby być kryzysową narzeczoną i dozować sobie partnera, nawet jeżeli chodzi o T, bo chociaż tęsknię za Nim, to potrafię też docenić tak trywialne codzienne czynności jak urok snu bez faceta obok. Mogę wtedy bezkarnie zawłaszczyć każdy skrawek łóżka, mogę się wiercić, zagrzebać w pościeli, chrapać, a nawet mówić przez sen – wszystko jest wybaczone, a każdy ruch dozwolony. Tak naprawdę wiele rzeczy mogę robić bez Niego, bez poczucia braku. Właściwie wszystko. Ale kiedy jest obok mnie w nocy, tuli się w łóżku i mocno oplata swoim ciałem – nie zawsze jest wygodnie, ale bywa odkrywczo, kiedy odnoszę wrażenie, że to ciało w jakiś sposób przez mnie pozyskane stało się symbiotyczną częścią mnie: Jego dłoń jest teraz moją dłonią, Jego skóra – moją skórą, Jego twarz – moją twarzą tak, jakby T został wyryty w moim DNA, tak, jakbym słyszała Go w swoim tętnie. A kiedy Go nie ma, zdarza mi się niepodziewanie ogniskować uwagę na zapamiętanych wrażeniach zmysłowych, które mi o Nim przypominają: powraca subtelność Jego zapachu, miękkość skóry, siła dotyku czy słodycz i namiętność pocałunku. Nawet kiedy nie ma Go obok, jest stale obecny. Nieustannie krąży w moich myślach, a wspólne mieszkanie chociaż rodzi nieporozumienia, konflikty i rozczarowania, tylko dowodzi, że


miłość nie jest skarbem, który się posiadło, lecz obustronnym zobowiązaniem.


Tylko czy jestem gotowa na podejmowanie zobowiązań, skoro stale wyolbrzymiam rysy na szkle do granic rozsądku i dobrego smaku, bo z T nie spijamy słów ze swoich ust, na siłę próbujemy przeforsować własne zdanie, a słowa są w naszym przypadku często źródłem nieporozumień: krążą wokół nas, irytują, prowokują i wyprowadzają z równowagi. Te słowa tworzą bariery nie do przekroczenia i góry nie do zdobycia. A ponieważ nie ukrywam tego, że osobowościowo jestem produktem współczesnych czasów – indywidualistką, dla której sensem istnienia jest niezależność i samorozwój, to nieraz pojawiają się wątpliwości związane z moją potrzebą i zasadnością bycia w związku…


Czy skupienie na rozwoju zamiast poświęcenie czasu na budowę podstawowej komórki społecznej, jaką jest rodzina to cywilizacyjny postęp, czy regres? Czy trzeba kultywować tradycję i zakurzony relikt przeszłości – poświęcenie, służbę drugiemu człowiekowi, czy może warto korzystać z nowopowstałej przestrzeni kierowania uwagi na siebie, nawiązania relacji z samym sobą? W końcu nie jesteśmy w stanie zrozumieć innych, bo każdy z nas jako jednostka pozostaje


niewypowiedziana,


więc może naszym głównym celem jest poznanie samych siebie? Zresztą czy to ponadczasowy dogmat, że jako istota ludzka możemy spełniać się tylko w drugim człowieku? Nie jestem tego pewna, ale jestem w stanie przyznać, że:


spotkanie człowieka z człowiekiem niesie ze sobą taką siłę perswazji, że zdolne jest zmienić radykalnie stosunek człowieka do otaczającego go świata, ukształtować na nowo sposób bycia człowieka w tym świecie, zakwestionować uznawaną dotychczas hierarchię wartości.



Inni ludzie poszerzają nasze perspektywy i dzięki nim dojrzewamy. W takim razie jak zachować niezależność, a jednocześnie współzależeć z innymi? Jak rozpoznać, które mosty przekraczać, a które palić? Jak pogodzić sprzeczne wartości: pragnienie wspólnoty i potrzebę odosobnienia? Jak się porozumieć, jeśli nasze umysły komunikują się za pomocą różnych funkcji poznawczych? Czy ekstrawertyk jest w stanie zrozumieć introwertyka? Czy osoba doświadczająca świata za pomocą emocji i intuicji jest w stanie dogadać się z racjonalistą posługującym się percepcją? Jak żyć z innymi nie zapominając o sobie? I czy jest to w ogóle możliwe??? 

środa, 1 lutego 2017



Życie zawsze było dla mnie sztuką dokonywania wyborów. Aktualnie, przy okazji melancholii związanej z kolejną rocznicą, dochodzę do wniosku, że życie to raczej sztuka rozwiązywania problemów. Tak jak mówił Karl Popper – wszystko co żyje, poszukuje lepszego świata, a najbliżej odkrycia są ci, którzy najaktywniej mierzą się z problemami, ci, którzy nie boją się trudów związanych z poszukiwaniem.



***



Problemy są stale obecne i tego nie zmienię, ale mam wpływ na swój odbiór sytuacji. Mogę żywcem zagrzebać się w problemach albo mogę próbować uprościć sobie życie i zyskać w ten sposób więcej spokoju nawet wtedy, kiedy wydaje mi się, że tracę grunt pod stopami. Im mniej mam, tym mniej mam do stracenia, im bardziej selekcjonuję wartości, tym bardziej jestem oddana tym, które pozostają.