piątek, 5 maja 2017


Kolejny raz umarłam, roztrzaskałam się na miliony kawałków i znowu stoi przede mną wyzwanie: muszę pozbierać się do kupy. Muszę odnaleźć wszystkie porzucone części, takie jak poczucie własnej wartości, wiara we własne siły i szacunek do siebie. Muszę odnaleźć zmysł wzroku, który wskaże mi kierunek i nada sens codzienności. Już przestałam liczyć śmierci, jakimi karmi mnie życie, ale do nekropolii pogrzebanych złudzeń dołączyło przeczucie, że nie poznam nikogo, w czyich oczach zobaczę dom. Chcę szybko zapomnieć o T, ale szybkie zapomnienie ma swoją cenę: najpierw muszę utopić się we wspomnieniach i odciąć każdą niewidzialną linę, jaka mnie z Nim wiąże. Im mocniej kochasz, tym bardziej odcinanie lin przywiązania przypomina odcinanie swojego własnego ciała, kawałek po kawałku. Jestem jednak zdeterminowana, bo nic innego mi nie pozostało – zacieram wszystkie ślady T: wyrzucam pamiątki, kasuję numer telefonu i wszystkie powiązane zdjęcia, usuwam ze znajomych na Facebook’u. Tylko kiedy nikt nie widzi pozwalam sobie na odrobinę słabości: wykrwawiam się wtedy, zatapiam w bólu po cebulki włosów, wypłakuję oceany. A później z szalonym zacięciem piromanki powracam do palenia mostu, a wraz z nim płoną moje wspomnienia, oczekiwania i plany. Razem z nim pali się moja przyszłość.


J dziwiło dlaczego wyjeżdżam sama w góry i śpię w lesie pod namiotem podczas ulewy, czemu jadę nad morze i wspinam się po klifach z 39 – stopniową gorączką. Hartuję się – to fakt. Ale nie zawsze. Czasami po prostu usiłuję sobie z czymś poradzić. Kiedy czuję ból, fizyczne zmęczenie i kiedy zbliżam się do granic wytrzymałości – wtedy nie słyszę swoich myśli, wtedy odpoczywa mój umysł. A czasem kiedy boli serce, dokonuję przeniesienia części bólu na ciało. Chociaż skutki nie są całkiem takie, jakich oczekuję, bo choćby moje buty przesiąkały krwią po wyniszczającym marszu, serce zawsze krwawi mocniej i tylko jego cierpienia jestem w pełni świadoma, tylko ta rana mi przeszkadza. To rana, o której nigdy nie mówię, rana, o której nikt się nigdy nie dowie i nie pozna, jaka jest głęboka.



I oto jestem – zdezorientowana, pokiereszowana, niewiedząca czego chcę i do czego dążę, próbująca zrozumieć, usiłująca zapomnieć. Ocali mnie przerażająco cudowna własność czasu – moment, w którym piasek w klepsydrze w końcu zasypie większość obrazów, a ja zacznę wierzyć w nowe. Zostawię sobie tylko tę szczyptę nostalgii, która jak pieprz piecze język. Zachowam moment, kiedy T powiedział, że płatki śniegu rozbijające się o szybę jadącego auta są jak gwiazdy przelatujące przed statkiem kosmicznym w Gwiezdnych Wojnach. To ze mną zostanie. To wrażenie, kiedy spada pierwszy śnieg, a ja w pierwszym bezwarunkowym odruchu myślę o Nim. Myślę wtedy o jego gwiazdach i o wspólnym niebie, którego nie udało nam się stworzyć i które pozostało jedynie ideą w naszych głowach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz