Kolejny raz umarłam, roztrzaskałam się na
miliony kawałków i znowu stoi przede mną wyzwanie: muszę pozbierać się do kupy.
Muszę odnaleźć wszystkie porzucone części, takie jak poczucie własnej wartości,
wiara we własne siły i szacunek do siebie. Muszę odnaleźć zmysł wzroku, który
wskaże mi kierunek i nada sens codzienności. Już przestałam liczyć śmierci,
jakimi karmi mnie życie, ale do nekropolii pogrzebanych złudzeń dołączyło
przeczucie, że nie poznam nikogo, w czyich oczach zobaczę dom. Chcę szybko
zapomnieć o T, ale szybkie zapomnienie ma swoją cenę: najpierw muszę utopić się
we wspomnieniach i odciąć każdą niewidzialną linę, jaka mnie z Nim wiąże. Im
mocniej kochasz, tym bardziej odcinanie lin przywiązania przypomina odcinanie swojego
własnego ciała, kawałek po kawałku. Jestem jednak zdeterminowana, bo nic innego
mi nie pozostało – zacieram wszystkie ślady T: wyrzucam pamiątki, kasuję numer
telefonu i wszystkie powiązane zdjęcia, usuwam ze znajomych na Facebook’u. Tylko
kiedy nikt nie widzi pozwalam sobie na odrobinę słabości: wykrwawiam się wtedy,
zatapiam w bólu po cebulki włosów, wypłakuję oceany. A później z szalonym
zacięciem piromanki powracam do palenia mostu, a wraz z nim płoną moje
wspomnienia, oczekiwania i plany. Razem z nim pali się moja przyszłość.
J dziwiło dlaczego wyjeżdżam sama w góry i
śpię w lesie pod namiotem podczas ulewy, czemu jadę nad morze i wspinam się po
klifach z 39 – stopniową gorączką. Hartuję się – to fakt. Ale nie zawsze.
Czasami po prostu usiłuję sobie z czymś poradzić. Kiedy czuję ból, fizyczne
zmęczenie i kiedy zbliżam się do granic wytrzymałości – wtedy nie słyszę swoich
myśli, wtedy odpoczywa mój umysł. A czasem kiedy boli serce, dokonuję
przeniesienia części bólu na ciało. Chociaż skutki nie są całkiem takie, jakich
oczekuję, bo choćby moje buty przesiąkały krwią po wyniszczającym marszu, serce
zawsze krwawi mocniej i tylko jego cierpienia jestem w pełni świadoma, tylko ta
rana mi przeszkadza. To rana, o której nigdy nie mówię, rana, o której nikt się
nigdy nie dowie i nie pozna, jaka jest głęboka.
I oto jestem – zdezorientowana,
pokiereszowana, niewiedząca czego chcę i do czego dążę, próbująca zrozumieć, usiłująca
zapomnieć. Ocali mnie przerażająco cudowna własność czasu – moment, w którym
piasek w klepsydrze w końcu zasypie większość obrazów, a ja zacznę wierzyć w
nowe. Zostawię sobie tylko tę szczyptę nostalgii, która jak pieprz piecze język.
Zachowam moment, kiedy T powiedział, że płatki śniegu rozbijające się o szybę
jadącego auta są jak gwiazdy przelatujące przed statkiem kosmicznym w
Gwiezdnych Wojnach. To ze mną zostanie. To wrażenie, kiedy spada pierwszy
śnieg, a ja w pierwszym bezwarunkowym odruchu myślę o Nim. Myślę wtedy o jego
gwiazdach i o wspólnym niebie, którego nie udało nam się stworzyć i które
pozostało jedynie ideą w naszych głowach.