środa, 30 grudnia 2015


Trans jest muzyką dla marzycieli – powiedziała mi J. D daje on poczucie nieskrępowanej wolności i wszechmocy. W jakiś sposób dźwięki są w stanie oderwać nas od rzeczywistości i ponieść do innego świata. Każdy dostaje w nim to, czego potrzebuje. Ale chociaż muzyka jest piękną modlitwą, która daje ukojenie nadwyrężonym zmysłom, to ma też swoje drugie oblicze, bo wszystko co odciąga nas od rzeczywistości jest nienaturalną formą, która zniewala. Dlatego choć muzyka jest kluczem prowadzącym do innego świata, to potykalibyśmy się bez uziemienia. Przecież Ikar zginął, bo leciał zbyt blisko Słońca.


Przekonałam się, że najlepiej oczyszcza nie to, co anielskie, ale to, co skalane i brudne, czyli to, co dogłębnie ziemskie, bo ten świat jest tak urządzony, że tylko przechodząc przez piekło możemy dostać się do nieba. I jest jakaś przewrotna, surowa sprawiedliwość w tym, że do nieba nie da się polecieć na skrzydłach bez stawiania stóp na ziemi. Tam trzeba wspinać się po drabinie mocno osadzonej w ziemskiej rzeczywistości. W końcu nasza wielkość wcale nie polega na tym, żeby nigdy nie upaść, ale aby umieć podnieść się po każdym upadku. 

wtorek, 22 grudnia 2015

Skończyliśmy pracę nad ranem, było bardzo zimno. D nie pojechał do siebie, wysiadł za mną z autobusu. Powiedział, że nie mogę spotkać się na kawie z K. chociaż dzień wcześniej mu to nie przeszkadzało. Oskarżył mnie, że chcę Go zdradzić. Zarzucił mi kłamstwo. Wywnioskował tak na podstawie swoich urojonych przypuszczeń, które pomylił z prawdą. Jak na ironię to właśnie On ma za sobą przeszłość niestrudzonego imprezowicza, który co noc spał z inną dziewczyną albo nawet z kilkoma. Szedł za mną przez całą drogę do mieszkania tylko po to, żeby mnie oskarżać i raz po raz powtarzać, że to ja chciałam się rozstać. Nic takiego nie powiedziałam, to D nie chciał mnie słuchać. Kłóciliśmy się na pustej ulicy. Miałam dość, ale On nie pozwolił mi odejść. Kiedy byłam zbyt zirytowana tym, że mnie nie słucha, próbowałam zostawić Go i wrócić do domu, ale On chwytał mnie wtedy za rękę i przyciągał do siebie. Wolał przedłużać agonię. Powiedział, że już mi nie zaufa, ale nie zerwał wprost – zaproponował otwarty związek, co było jeszcze gorsze, bo chwilę potem dodał, że mnie szanuje. Był niesprawiedliwy i bezczelny. Zgwałciłam sama siebie, kiedy dałam mu przeczytać swoje sms – y z K tylko po to, żeby Go uspokoić. Nie zadziałało. Czepiał się detali, a ja zaliczyłam powtórkę z przeszłości. Nie wychodzą mi związki, choć tym razem wzięłam pełną odpowiedzialność za swoje decyzje i działania. Przynajmniej zaczęłam szanować siebie na tyle, żeby nie widzieć w tym wyłącznie swojej winy. On ma inaczej, bo uznał, że był w porządku w stosunku do mnie. Stwierdził, że to ja zniszczyłam nasz związek, a On tego nie chciał. Wiedziałam, że ma depresję i problemy, którymi mógłby obdzielić kilku ludzi, ale nie przypuszczałam, że będzie tak ciężko. Miałam wrażenie, jakbym dłużej będąc z Nim traciła powoli szacunek do samej siebie i coraz bardziej obwiniała siebie, że nie jestem taka, jaką On chciałby mnie widzieć. Nie tak powinien wyglądać związek… Naiwnie wolałam bawić się w idyllicznego Prometeusza zamiast wziąć pod uwagę jak twarde, okrutne i niewdzięczne potrafi być życie. Tego zimnego poranka proza życia dodatkowo zamroziła mój umysł rozkochany w ideale, choć patrząc na siebie uczciwie nie mogę też nie przyznać, że nie podobały mi się komplementy K. Tyle że nie mógł być to flirt, bo K jest dla mnie aseksualny i nigdy nie zdradziłabym z nim D. Właśnie dlatego uznałam go za bezpieczny teren, który mogę poznać i zyskać w ten sposób dobrego kolegę. Nie przypuszczałam, że D postawi twarde warunki w postaci swojej wypaczonej wersji „oko za oko, ząb za ząb” i próby trzymania mnie na smyczy stworzonej z braku zaufania. To prawda, że nie wiem czy by nam wyszło, bo nie wierzę, że na tym świecie można o czymkolwiek powiedzieć „na zawsze”, nieważne jak bardzo bym tego chciała, ale chciałam się postarać i dać Mu to, o czym marzy. Wiem, że nie jestem idealna. Lubię samotność, lubię się izolować i stwarzać dystans, a do tego bywam nieprzystępna. Nie zawsze potrafię się dzielić, jestem niecierpliwa i nie w każdej sytuacji potrafię być wsparciem. Poza tym kocham wolność, ale dla niego postanowiłam nauczyć się kochać ją nie za wszelką cenę. Nie chciałam kończyć tej znajomości tak szybko i w ten sposób. Dostrzegałam ogromną wartość tego związku. Teraz już wiem, że nie jestem w stanie uratować całego świata, ale mogę przynajmniej starać się uratować swój własny, w którym nikogo nie ma poza mną samą. Może to zwykły egoizm, może strach przed zranieniem, a może najlepszy i najbardziej uczciwy sposób na życie, w którym nie przywiązujesz się do niczego i do nikogo i w ten sposób łatwiej jest Ci odejść?

piątek, 18 grudnia 2015

Może to dziwne, ale wierzę, że porządek w domu równa się uporządkowane życie, a bałagan jest czynnikiem stymulującym rozwój chronicznych chorób w naszym organizmie. Nie zmienia to faktu, że dopiero tuż przed przeprowadzką zorientowałam się, jak wiele zbędnych rzeczy skolekcjonowałam przez ostatnie 2 lata. Nie zauważyłam nawet, że jest ich tak wiele! W ramach zadośćuczynienia postanowiłam stać się minimalistką, bo nieprzywiązywanie się do rzeczy daje przynajmniej poczucie wolności. Powinnam wziąć przykład z Indian, którzy dobrze wiedzieli, że wszystko na tym świecie jest pożyczone, bo przychodzimy i odchodzimy z niego w ten sam sposób – nie posiadając niczego. Jedynym, co ja chcę ze sobą przenosić zmieniając lokalizacje, jest bagaż doświadczeń. Uświadomiło mi to wszystko także niezamierzone i nieoczekiwane wykasowanie z mojego laptopa wszystkich cennych dla mnie danych. Okazało się, że nie mam problemu ze zbytnim przywiązywaniem się do przeszłości, ale nie ufam w swoje siły w 100 % - ach, bo niepotrzebnie zapobiegawczo neutralizuję naturalny strach przed przyszłością za pomocą rozpinania asekuracyjnej pomocniczej liny, która miałaby mnie ochronić przed potencjalnym niebezpieczeństwem. Nie rzucam się z pełnym zaufaniem do otwartej wody bez kamizelki ratunkowej. Na laptopie katalogowałam swoje przemyślenia i wydarzenia z perspektywy upływającego czasu. To było kalendarium mojej przeszłości, z której wyciągałam wnioski. To mnie określało i budowało obraz wartości, w które wierzę, które wyznaję i których nikt nie mógł tak łatwo obalić, poddając w wątpliwość, bo wracając do nich nieustannie przypominały mi kim jestem i kim chcę być. Najwidoczniej byłam za bardzo zamknięta na etapie gromadzenia danych i w końcu nadszedł czas, aby zacząć wprowadzać swoje wartości w życie bez strachu przed odrzuceniem, krytyką czy wstydem. W końcu nadszedł czas, żeby zderzyć się z prawdą o sobie samej, bo na obecnym etapie swojego życia wcale nie uważam, że jestem w porządku w stosunku do innych, choć trudno mi to przyznać. Otaczam się pięknymi wzniosłymi słowami, które są przecież martwe i puste, dopóki nie zostaną wprowadzone w czyn, a ja chcę zmieniać się na lepsze, więc najwyższy czas spojrzeć na siebie i zmieniać to, co mi się nie podoba konfrontując się z nieprzewidywalną rzeczywistością. Nadszedł czas, aby przestać uzależniać się od wiecznej retoryki w postaci pytania: „kim jestem?”, ale zacząć szukać odpowiedzi na nie poprzez działanie i wyciągać własne wnioski. Pora zacząć mierzyć się z losem, bo życie dostarcza mi teraz nadmiaru takich okazji. Wokół mnie są ludzie, którzy domagają się jakiejś formy pomocy. To sprawdzian dla mnie jak budować zdrowe relacje, w których nie ma nienaturalnego przywiązania do drugiej osoby i w których nie zawsze jest wygodnie, ale jest za to obecna bezwarunkowa tolerancja, wsparcie i poświęcony czas, którego nie uznam za zmarnowany.

środa, 9 grudnia 2015

Ghost Rider

D wniknął do mojego świata jak niepozorna trucizna i skaził go swoją niespokojną, nieukojoną, depresyjną duszą, co przyczynia się do tego, że sama coraz częściej ucieleśniam teraz roztargnienie i chaos, ale mimo to świadomie i z premedytacją godzę się na przeciągnie liny w kolejnym skomplikowanym związku, które i tak będą wracać do mnie jak bumerang, bo najwyraźniej nie odrobiłam jeszcze wszystkich lekcji. To przeklęte błogosławieństwo, bo mimo trudności i barier braku porozumienia, takie związki kształcą przecież najbardziej, a D jest nie tylko moim przyjacielem i partnerem, ale też nauczycielem i lustrem, w którym przyglądam się temu, czego w sobie nie akceptuję i co odrzucam. Może właśnie dlatego tak bardzo chcę Mu pomóc i tak bardzo chcę żeby był szczęśliwy, a pomagając Mu i będąc z Nim uczę się przy okazji pokory, cierpliwości, oddania i empatii dla innych i dla samej siebie. Szkoda tylko, że pora roku działa na mnie tak zaciemniająco i znowu zaczynam szukać po omacku dróg wyjścia, potykając się o przeszkody strachu i poczucia zniewolenia. Jesień to „upadek” (ang. „fall”), a ja żyję w otoczeniu nawiedzających mnie zjaw i duchów oraz wśród cieni, które idą za mną krok w krok i domagają się zrozumienia, pocieszenia i wysłuchania. Po co właściwie tu jestem? Czego chcę i co ostatecznie chcę osiągnąć? Dobrze to wiem, ale boję się usłyszeć głośno odpowiedź, bo to przywołuje moje demony, które udało mi się zamknąć w szafie. Na pewno doskonale zdaję sobie sprawę, że nie zrozumiałam jeszcze lekcji o sobie, bo D poznałam dokładnie tego samego dnia i miesiąca, kiedy poznałam mojego eks, tyle że trzy lata później… Już wiem, że historia lubi się powtarzać, a ten związek będzie z jednej strony czyśćcem i sądem, bo w grę wchodzą nasze niedoskonałe, typowo ludzkie uczucia, a z drugiej przeskokiem kwantowym na nowy poziom odczuwania i odbioru rzeczywistości. Na pewno nie chcę, aby ktokolwiek i kiedykolwiek poczuł się zraniony, niedoceniany i niezrozumiany, ale jeśli tak będzie, to wiem, że ja sobie poradzę, ale On za dużo w życiu przeszedł, żeby dokładać Mu zmartwień i mam nadzieję, że chociaż uwielbiam samotność, to mam już w sobie więcej odwagi, aby stawać się lepszym człowiekiem, czyli potrafię udźwignąć ciężar zobowiązań, kompromisów oraz konsekwencje związku, a także uświadomić D jego wartość i znaczenie, które nie zmienią się bez względu na to czy będziemy razem, czy nie. Najgorsze jest to, że im bardziej mi na Nim zależy, tym bardziej jestem niespokojna, tak jakby uczucie do Niego zabierało coś cennego z mojego życia – wolność i zostawiało w zamian lęk związany ze stratą i poświęceniem siebie na próżno, jeżeli nie wyszłoby nam wspólne życie. Może faktycznie jestem egoistką? Może tak właśnie jest, ale czy na pewno jestem nieuczciwa? Czy częściowo nie rozgrzesza mnie silne pragnienie serca, żeby D umiał żyć dla siebie, bo to zdejmie ze mnie odpowiedzialność za Jego los i pozwoli mi spokojnie zaczerpnąć powietrza w tej relacji bez obaw, że mój oddech zabiera Mu tlen i odbiera życie. Boję się popełnić błąd, ale konfrontacja pojęć osobista wolność – wzajemne sprzężenie to pole minowe, szczególnie w naszym przypadku. Czuję się bardzo niekomfortowo z myślą, że D złożył mi siebie w ofierze, traktując jak swój kompas wyznaczający sens życia, który jest jedynym kołem ratunkowym chroniącym Go przed skokiem w bezkresną pustkę, z której może już nie wrócić. To szantaż, którego On nie widzi. Ja z kolei godzę się na Jego reguły gry, bo nie poradzę sobie jeśli D kolejny raz będzie chciał popełnić samobójstwo, tym razem przeze mnie. Czasami ten strach mnie paraliżuje, tak samo jak niepewność, bo póki co nie mam pojęcia, ile ten związek mi jeszcze da, ile zabierze i co najważniejsze – jak długo potrwa, ale wiem, że siedzę w nim po uszy i nie mogę się wycofać, a jeśli nam się nie uda zanim D przejdzie metamorfozę, to wyrzuty sumienia złamią mi skrzydła i doprowadzą do samobiczowania psychicznego, które zmniejszy moje poczucie wartości do punktu poniżej zera i wpędzi do piekła. Nie chcę znowu rozpaść się na kawałki i płacić zbyt wysokiej ceny za swoją słabość, arogancję i porywanie się z motyką na słońce, bo tym razem to już nie jest zabawa w dom, która skończy się kilkoma niewinnymi siniakami i połamanymi zabawkami. Tym razem konsekwencje mogą być ogromne, a On jest zbyt dobrym i mądrym człowiekiem, aby kończyć to życie przed czasem, bo wiele jeszcze może dać światu. Wiele też może jeszcze otrzymać. To przygnębiające, że D nie widzi swojej wartości i nie dostrzega jak jest cenny. Nie powinno tak być, że ludzie dewaluują swoje znaczenie. Z drugiej strony nie powinnam być dla Niego aż tak ważna. Żaden człowiek nie powinien być dla drugiego wyrocznią i mojrą, bo to gwałcenie własnego człowieczeństwa i prawa wolnej woli, ale pomimo wszystkich skaz, jakie widzę w naszej relacji - nie umiem zostawić D dopóki się nie odbuduje i może w tym czasie pokonam przy okazji własne lęki przed zaangażowaniem i utratą wolności? Suma summarum chcę z Nim być do końca. Jeszcze nie wiem jak mam się zachować, bo chcę Mu pomóc, ale On nie powinien przyjmować mojej wizji świata, tylko odkryć swoją własną. Mogę Go inspirować, ale nie chcę, żeby stawiał mnie na piedestale, pomniejszając swoją wartość. Powinnam teraz odnaleźć w sobie niewyczerpane pokłady cierpliwości, wyrozumiałości, wrażliwości, ciepła, wsparcia i oddania, bo chcę z Nim być jak najdłużej, bezgranicznie Mu zaufać i stworzyć razem coś wartościowego, ale nie zniosę symbiozy, która uzależni nas od siebie nawzajem poprzez nałożenie kajdan rutynowego przywiązania, przyzwyczajenia, prawa własności i wyrzutów sumienia. I kto wie – może kiedyś w pokojowy sposób uda mi się wyplątać z pajęczej nici emocjonalnego uzależnienia, w którą D mnie zwabił? Może nikt już nie zginie i wszystko ułoży się szczęśliwie jak w bajce? Może uzdrowimy siebie nawzajem? Jedno jest absolutnie pewne – widzieć światło w ciemności – to mój cel na najbliższe posępne tygodnie, bo lepiej jest zapalić świeczkę niż przeklinać ciemność. Tak więc unoszę się na oceanie własnych lęków, bo z chwilą, kiedy przestanę wierzyć, że potrafię chodzić po wodzie – spadnę w ciemność. 

niedziela, 6 grudnia 2015

Mądrość a inteligencja

Kiedy mieszkałam w domu rodzinnym, pokochałam to, co proste. 

Przekonałam się, że paradoksalnie to właśnie takie życie daje najwięcej satysfakcji i poczucie pełni. Tym samym jednocześnie zmieniło się moje podejście do ludzi. Wiedza akademicka nie jest już w stanie wywołać mojego podziwu. Arogancja osób wykształconych, którzy uważają się za lepszych od innych, razi mnie teraz w oczy i wywołuje sprzeciw. Wolę prostą ludową mądrość niż wyćwiczoną inteligencję. Ta pierwsza zachwyca mnie i fascynuje, bo jest w niej o wiele więcej ciepła, o wiele więcej uroku, o wiele więcej radości i o wiele więcej prawdy.  

Umysł ocenia rzeczywistość ze strachu, serce otwiera się na nią z miłości.