niedziela, 22 czerwca 2014

Danse macabre

Niedawno zmarła bliska mi osoba i znowu poczułam jak smakuje strata. Nabrałam pewności, że jesteśmy utkani z uczuć, a nie z materii, bo żelazna obręcz na sercu przez kilka dni nie pozwalała swobodnie oddychać, a chaos myśli w głowie kłębił się jak stado wron. Później kolejny raz mogłam zdziwić się dziwną zmysłowością ciała w trumnie, które było zimne, ale delikatne, a wyraz twarzy słodki i przepełniony spokojem. Ciało niby rzeczywiste i namacalne, ale dziwnie nieobecne i niepasujące do oddychającego, rozemocjonowanego świata. Zawieszone w próżni jak klepsydra, w której już przesypał się piasek. Już nie mam wątpliwości, że ciało to tylko kostium. Bardziej niż ono wzruszały mnie szczegóły i ulotne wspomnienia. Takie jak kapelusz położony obok. Mój dziadek bardzo lubił go nosić. Był w nim elegancki w staromodny i subtelny sposób. Sposób, jaki cechuje ludzi silnych i doświadczonych przez czasy wojny. Zastanawiałam się, kiedy dziadek nosił go po raz ostatni. Już nawet nie pamiętam… I nie pamiętam też dźwięku jego głosu. Przez ten ciąg myśli po raz pierwszy poczułam bezwzględność straty, ból i niemoc, jakie jej towarzyszą.

Kolejne zaskoczenie – kościół podczas mszy pogrzebowej tonął w bieli. Po niedzielnej uroczystości Pierwszej Komunii Świętej zostały w nim bukiety kwiatów. Biel to symbol niewinności, wierności i czystości. Wierzę, że był to dowód na to, że ofiara mojego dziadka, jaką złożył z samego siebie przez wieloletnie cierpienie i okrutne piętno choroby nowotworowej – oczyściła go i zaprowadziła w miejsce, gdzie teraz jest już szczęśliwy i spokojny. Nie mam wątpliwości, że na to zasłużył, bo pod zewnętrzną powłoką braku uległości, kryło się w nim gorące, kochające i pokorne serce. Dopiero w kościele dotarło do mnie, że nigdy nie skarżył się na swoją chorobę, chociaż tak wiele mu zabrała. Zabrała mu głos. Dzięki dziadkowi przekonałam się jak wiele jest w stanie znieść człowiek. Jak dużo udźwignąć i jak wielki ciężar wziąć na swoje barki. Nawet pomimo fizycznego bólu i cierpienia, nie chce umrzeć i odejść z miejsca, które kocha. Nie poddaje się i walczy. Utwierdziłam się w pewności, że istotą naszego życia jest doświadczenie jak żyć, jak cierpieć i jak umierać. 

***


Kiedy stykamy się ze śmiercią, mamy ochotę mocniej celebrować życie. Do codziennych myśli wkrada się jakaś nostalgia z nieodłącznym pytaniem bez odpowiedzi: co jest po drugiej stronie? Mimo wszechobecnej brutalności, agresji i cierpienia, nie przestaję wierzyć, że jest to najlepszy świat z możliwych, a wszystko, co kocham i tracę, kiedyś do mnie wróci. W przeciwnym razie to życie byłoby zupełnie pozbawione sensu. Na szczęście jest w nim za dużo manifestacji duchowości, żeby kiedykolwiek zacząć wątpić. 

niedziela, 8 czerwca 2014

Most

Niedługo czeka mnie niezbyt komfortowa rozmowa z cyklu „palenia za sobą wszystkich mostów”, które wciąż łączą mnie z przeszłością. To radykalne rozwiązanie, ale tylko tak można uwolnić się i iść dalej. Niestety w tym konkretnym przypadku przekonałam się, jak jestem słaba, bo chociaż w pierwszym odruchu definitywnie zakończyłam ten rozdział w swoim życiu, to rozczuliła mnie odpowiedź i poległam. Pewne sprawy chyba lepiej rozwiązuje się twarzą w twarz, chociaż boję się spotkania i nie wiem, co może się zdarzyć. Czy spalę ten most, czy może zbuduję nowy? Zrobiłam w życiu wiele głupot, dlatego że nie zrobiłam niczego. Z drugiej strony, nie potrafię się zatracić w drugiej osobie, bo nikt nie zdobył mojego zaufania na tyle, żebym zaprosiła go do swojego świata. Nie ma znaczenia czy jest to mój facet, przyjaciółka czy nawet moja rodzina. Każdy zna jakąś warstwę, ale nikt nie doszedł do sedna sprawy. Prawda jest taka, że szybko męczą mnie codzienne rozmowy o rzeczach mało ważnych, a wtedy odsuwam się. Już wiem, że zawsze jakaś część mnie będzie outsiderem i nie zmienię tego, bo musiałabym chyba zrzucić swoją skórę. Jestem typem samotnika i akceptuję tę rzeczywistość. Może to egoizm. A może po prostu świadomość, że nie chcę wpadać w ruchome piaski relacji, która będzie wyłącznie próbą sił i siatką wzajemnych uzależnień, które ściągają mnie na dno. Za dużo nieudanych związków widziałam w swoim życiu i przeraża mnie bagno interesowności, w jakie bardzo często wpadamy, bo wtedy pojawiają się oczekiwania, nieporozumienia, pretensje, urazy i żale. Nieraz już słyszałam, że jestem jak kot, który chodzi własnymi drogami. Nie radzę sobie, kiedy ktoś próbuje dotrzymać mi kroku, bo zwykle wydaje mu się, że wie o mnie wszystko, a tak naprawdę nie wie nic. Wiem, że uciekając przed całym światem, uciekam czasami nawet przed własnym cieniem, a pewne nieprzerobione sytuacje i tak wracają do mnie, bo taka jest naturalna kolej rzeczy. Życie każdego z nas jest przecież lekcją, a każdy kogo spotykamy – nauczycielem. Dopóki jej nie przerobimy i nie wyciągniemy wniosków podczas odrabiania pracy domowej, ważnej z punktu widzenia naszego rozwoju, Wszechświat będzie robił wszystko, żeby niektóre zdarzenia do nas wracały, do czasu aż w końcu nauczymy się reagować na nie prawidłowo. Dopiero wtedy możemy wreszcie ruszyć dalej. Nie wiem tylko, jaką lekcję mam teraz przed sobą. Czy jest to przeznaczenie, czy może raczej kuszenie? Nie zamierzam jednak stracić wyznaczonego kierunku i to jest dla mnie najważniejsze. 

niedziela, 1 czerwca 2014

Mój sposób na detoks

Wyjdź ze złotej klatki…

Zastanawiam się czy na tak niedoskonałej planecie może istnieć doskonały związek? Jesteśmy przecież uwikłani w sieć brudnych zależności, bo z wielką determinacją tworzymy sobie „nowy wspaniały świat” – agresywną i toksyczną urbanistyczną klatkę, w której niezmiennie obowiązują pierwotne prawa dżungli – walka o przetrwanie, wyrażona złotą uniwersalną regułą o tym, że każdy chce mieć więcej niż realnie posiada. Końca naszych oczekiwań nie widać. Lubimy przecież patrzeć na świat z pozycji władcy. Podbiliśmy go tym wszystkim, co dumnie nazywamy postępem cywilizacyjnym i tak trudno nam odpuścić. Jesteśmy do szpiku kości przesiąknięci materializmem, który nas zniewala. Gdzie w takim układzie kończy się miłość, a zaczyna kontrakt między dwojgiem ludzi, zwłaszcza w erze przewartościowania życia i powszechnego kryzysu tożsamości?



… i rozłóż skrzydła…!


Toczymy swoje prywatne wojny z innymi i sami ze sobą, bo każdy z nas ma w sobie zakorzenioną ucieczkę przed więzieniem rzeczywistości, która czasem dochodzi do głosu. Sami przyznajcie – każdy z nas ma czasem dość sztywnego harmonogramu codziennych obowiązków i wcielania się w swoje społeczne role. Każdy z nas chce być wolny, ale dopiero kiedy odetniemy się od wiążącego nas łańcucha współczesnych wygód i komfortu materialnego, zautomatyzowanego świata – możemy znaleźć odpowiedzi na dręczące nas pytania i po prostu być sobą. Trzeba tylko umieć słuchać głosu swojej intuicji i podszeptów serca. Nie jest to możliwe w hałaśliwym mieście, zagęszczonym do granic możliwości. Spróbujcie więc się zatrzymać i wyjść z błędnego koła swojej codzienności, którą każdego dnia rutynowo kreujecie. Przestańcie się zadręczać tym, co było i przejmować tym, co będzie. Po prostu żyjcie w bieżącej chwili, „tu i teraz”. Zapomnijcie na chwilę o swoim niewolniczym przywiązaniu do zegarka. Przestańcie patrzeć przed siebie, a spójrzcie w niebo. Poczujcie podmuch wiatru we włosach i ciepłe słońce na skórze. Spójrzcie głęboko w samych siebie, bo to tam są wszystkie odpowiedzi – spowolnijcie oddech i uregulujcie swój własny biologiczny zegar. 

Spróbujcie wyjść poza mury betonowej dżungli budynków i ulic, tylko po to, żeby w końcu móc rozłożyć skrzydła.