Wydaje się, że przez całą wieczność on był
jak zaklęcie, jak urok, którego nie byłam w stanie przełamać. W końcu udało mi
się zrzucić go z siebie i nie czuję już obłąkańczej potrzeby bycia z nim i wzbudzania
jego zainteresowania. Wszystko wskazuje na to, że tak już zostanie, bo skoro w
końcu potrafiłam dostrzec świat poza E jako horyzontem, to moje ciało, umysł i
zmysły zapamiętają tę zmianę kierunku postrzegania jako korzyść, której należy
się trzymać, co oznacza większą przestrzeń do życia i wolność poznawania. Nie
cofnę się znowu w piekło oczekiwań. Nie zacznę kolejny raz tego romansu, tej
zabawy w pozorne szczęście, która odbierała mi energię. Nie będę już zabierać
zabawek i walczyć o miejsce na huśtawce. W tym przypadku w końcu trafiłam na
swojego wyczekiwanego Świętego Graala – odnalazłam swój utracony spokój.
Poganiana kolejnym impulsem,
naelektryzowana przez gen włóczykija odbyłam sensualną podróż. Wyjechałam nad
Bałtyk po to, żeby wyciszyć się mantrą fal, ukoić bezkresem królestwa Neptuna.
Brodząc podczas pełni w przybrzeżnej wodzie, w jedynych fragmentach plaży, na
których nie było widać odcisków stóp, próbowałam odnaleźć swój zagubiony rytm. Nie
udało się od razu, ale od tej magicznej chwili z każdym kolejnym krokiem zaczęłam
oddalać się od niego, a zbliżać do samej siebie. Widocznie tak już ma być, że
tylko „zdarzam się” innym i nie ma sensu próba zatrzymania przy sobie
określonych warunków bytowych czy ludzi. Nie ma znaczenia czy moje relacje z
innymi trwają tylko chwilę, czy funkcjonują przez wiele lat. Nie liczy się ani
początek, ani koniec. Tym co ma prawdziwą wartość jest sam proces trwania.




