poniedziałek, 23 grudnia 2013

Świąteczne życzenia

Magicznych, pachnących i spokojnych
Świąt Bożego Narodzenia oraz

miłości, szczęścia i spełnienia wszystkich marzeń

w Nowym Roku. J

niedziela, 22 grudnia 2013

All roads lead to Rome (12)

WERONA –  PRÓBA WSKRZESZENIA DUCHA ROMANTYZMU W MIEŚCIE ZAKOCHANYCH



Zwiedzenie kilku miast na trasie Norwegia – Włochy, zaowocowało pewnym mechanizmem w naszym kontakcie z każdą nową obcą metropolią, która była przystankiem podczas drogi powrotnej do domu. Po przekroczeniu symbolicznych „bram” miasta, staraliśmy się ogarnąć całokształt, bacznie obserwując i chłonąc atmosferę. Byliśmy świadomi zabytków, obecnych w danym miejscu, które są odwiecznym celem pielgrzymowania turystów. Problem stanowiło jedynie zlokalizowanie tych miejsc w rozległej urbanistycznej przestrzeni. Rozwiązaliśmy to w możliwie najlepszy dla nas sposób, gwarantujący nam pełną swobodę i niezależność – po prostu na miejscu kupowaliśmy mapę turystyczną. Posiłkując się dodatkowo nieocenionym GPS – em, własnymi zmysłami oraz intuicją, byliśmy całkiem nieźle przygotowani. Nie oznaczało to jednak, że całkowicie wyeliminowaliśmy problem błądzenia. To mimo wszystko wciąż był jeden ze standardów naszego zwiedzania, ale miało to swój niezapomniany wdzięk i urok niespodzianki.




Po pierwszym spojrzeniu na Weronę miałam wrażenie, że jest to nowoczesne przemysłowe miasto, dalekie od moich stereotypowych wyobrażeń pełnych romantycznych uniesień związanych z tragiczną historią Romea i Julii, umiejscowioną właśnie na ulicach Werony. Dodatkowo zwiedzaliśmy miasto w strugach padającego deszczu, co nie było zbyt komfortowe. W końcu jednym z najważniejszych celów naszych wakacji było pochłanianie słońca w każdej dawce. Niestety pogoda nas nie rozpieszczała, a Werona również nie wyłamała się ze schematu i przywitała nas deszczową pogodą. Poza tym dość szybko przekonałam się, że romantyzm w dzisiejszych czasach jest często trochę staromodnym i zakurzonym pojęciem. Początkowo trudno było go odnaleźć w Weronie, która wydawać by się mogło powinna z tego słynąć. 












Zwiedzanie rozpoczęliśmy od gotyckiego Zamku Castelvecchio nad rzeką Adygą oraz spaceru po masywnym ceglanym Moście Castelvecchio (Ponte Scaligero). Następnie przechadzaliśmy się w obrębie 3 weneckich placów:

  •      największym z nich – Piazza Brá, gdzie zlokalizowana jest starożytna Arena – trzeci pod względem wielkości rzymski amfiteatr;

  •    najbardziej poetyckim – Piazza dei Signori z pomnikiem Dantego i pięknym wewnętrznym dziedzińcem Palazzo del Comune z XV – wiecznymi schodami;

  •    najbardziej funkcjonalnym i praktycznym – Piazza dell’Erbe (z fontanną Madonna Verona pośrodku), gdzie odbywa się targ warzywny i gdzie są zlokalizowane różne gastronomiczne punkty.











W pobliżu Piazza dei Signori udało nam się dostać do niezwykłego i efektownego Grobowcu Scaligerich (Arche Scaligere) – rodu, który bardzo długo panował w Weronie i odcisnął swe piętno na tym mieście. Grobowiec składa się z 5 sarkofagów członków rodziny della Scala. Nad każdym z nich górują baldachimy ozdobione mnóstwem wieżyczek. Gotycki zabytek odizolowany jest od ulicy żelazną kratą. Trzeba przyznać, że jest absolutnie intrygujący, pobudzający wyobraźnię i absorbujący uwagę.






Tradycyjnie w jednym z okolicznych kiosków kupiliśmy pocztówki na pamiątkę. Przy tej okazji I. ustalił swój „cennik”, jako że to On płacił za wszystko. Każda wybrana przeze mnie kartka „kosztowała” mnie jednego buziaka.




Na koniec wałęsaliśmy się trochę po mostach nad brzegiem Adygi (m.in. Ponte Nuovo) i obserwowaliśmy Weronę z tej dalekiej perspektywy. Z mostu widzieliśmy Kościół Św. Anastazji – największy w mieście.







Nie dotarliśmy do obiektów związanych z mitycznym romansem Romea i Julii, choć jest to wizytówka Werony, magnes na turystów. Starając się nie deprecjonować walorów miasta, w tym także jego zabytków, muszę uczciwie przyznać, że miasto mnie nie zachwyciło i szczerze wątpię czy wizyta w Domu Julii z kultowym balkonem, czy też odwiedziny jej Grobu, bardzo wpłynęłyby na zmianę mojego zdania odnośnie klimatu Werony. Uważam, że niestety jest trochę przereklamowana, ale jest to tylko moja subiektywna ocena. Na pewno warto zajrzeć do Werony, by samemu przekonać się o atrakcjach, jakie oferuje to miasto i przeżyć tu swoją własną historię. Być może równie romantyczną jak historia szekspirowskich kochanków? Oby nie tak tragiczną. J




VERONA – AN ATTEMP TO RESURRECT SPIRIT OF ROMANTICISM IN TOWN  OF LOVERS


After paying visits to several cities from Norway to Italy, we created some mechanism in our contact with each new metropolis, which was a stop on the way back home. After crossing the symbolic "gates" of the city, we were trying to grasp the whole: we were observing closely and absorbing the atmosphere. We were aware of the historical sights, which are the eternal purpose of pilgrimage tourists. The only problem was the location of these places in a large urban area. We solved it in the best possible way which guarantee us freedom and independence – we just bought the tourist map on site. We also used GPS, our own senses and intuition. I think we were pretty well prepared. However, this didn’t mean that we completely eliminated the problem of wandering. After all, it was still one of the standards of our tour but it brought charm of surprises also. 




When I first looked at Verona, I had the impression that it is a modern industrial city, which is far  from my stereotype of romantic love and tragic story of Romeo and Juliet, positioned on the streets of Verona. In addition, we did sightseeing the city in the rain, which was not comfortable. Finally, one of the most important aims of our holiday was to absorb sunlight at any dose. Unfortunately, the weather was not so good for us and also in Verona we were greeted by rainy weather. Besides, I found out pretty quickly that romanticism in modern times is often a little old-fashioned and dusty concept. Initially, it was difficult to find it in Verona, which seem to me should celebrated romanticism.











We started our tour of visit to the gothic Castle Castelvecchio on the Adige River and the massive Castelvecchio Bridge (Ponte Scaligero). Then we strolled within three Venetian squares:

  •    the biggest of them - Piazza Brá, where is located the ancient Arena - the third largest Roman amphitheater;

  •       the most poetic - Piazza dei Signori with the statue of Dante and a beautiful inner courtyard of the Palazzo del Comune, with XV - century stairs;

  •     the most functional and practical - Piazza dell'Erba (with a fountain of Madonna Verona in the middle), where is the vegetable market and where are located various restaurants.







Near the Piazza dei Signori we were able to get to the amazing and spectacular Tomb Scaliger (Arche Scaligere) - the family who is very long reigned in Verona and has left mark on the city. Tomb consists of five sarcophaguses of della Scala family members. Above each of them there are canopies which are decorated with lots of turrets. Gothic monument is insulated from the street by iron railing. I must admit that it is absolutely intriguing, stimulating the imagination and absorbing attention.





Traditionally, in one of the nearby kiosk, we bought postcards as souvenirs. On this occasion, I. arrive at a His own price, because He paid for everything. Each card choose by me "cost" me a kiss.





At the end, we wandered a bit on the bridges on the banks of the Adige River (including the Ponte Nuovo) and watched Verona to the distant perspective. From the bridge we saw the Catholic St. Anastasia’s Church - the largest church in the city.







We didn’t visit places associated with the mythical romance of Romeo and Juliet, although it is a showcase of Verona, a magnet for tourists. Trying not to depreciate the advantages of the city, including its sights, I honestly admit that the city didn’t amaze me. I doubt whether a visit to the home of Juliet with the legendary balcony or a visit to the Juliet’s tomb, will much change my mind about Verona. Unfortunately, I think that Verona is a little overrated but this is only my subjective opinion. Definitely, it is worth to visit Verona by yourself to find out about attractions offered by the city and experience your own story here. Perhaps, as romantic as the story of Shakespeare's lovers? I hope that not so tragic. J






















czwartek, 19 grudnia 2013

All roads lead to Rome (11)

FLORENCJA – W STOLICY TOSKANII  










We Florencji spędziliśmy cały dzień. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że miasto zwiedzaliśmy jakby mniej ambitnie. Dopadła nas potrzeba słodkiego lenistwa. Oboje mieliśmy ochotę na trochę odpoczynku, więc staraliśmy się bardziej chłonąć atmosferę niż gonić z mapą w poszukiwaniu kolejnych zabytków. Czasami udało nam się po prostu gdzieś trafić. Jakimś cudem. Po zatłoczonym hałaśliwym Rzymie, Florencja dawała oddech i wytchnienie. Daliśmy się uwieść. Zwiedzanie miasta odbywało się utartym szlakiem – z nieocenioną pomocą turystycznej mapy miasta i w dużej mierze intuicyjnie. Obowiązywał nieomylny kierunek pod hasłem „za Japończykami”. Azjaci są dla mnie niedoścignionym wzorem turysty, bo są niesamowicie dobrze przygotowani do zwiedzania. Uśmiechnięci, z nieodłącznymi aparatami fotograficznymi, wiedzą gdzie warto być i gdzie być po prostu wypada, by pretendować do miana prawdziwego turysty. Nic im nie umknie, nic nie zaskoczy i nie wybije z rytmu. I w odróżnieniu do nas, jakimś cudem zawsze znają właściwy kierunek. My dużo czasu spędziliśmy w wąskich uliczkach, podziwiając architekturę kamienic i próbując wydostać się z labiryntu.  Jedno jest pewne – Florencja jest rajem dla miłośników sztuki, a jej największe bogactwo  zgromadzone jest wewnątrz muzeów, pałaców i obiektów sakralnych. Miasto to jest w końcu kolebką włoskiego renesansu. Tworzyli tu geniusze tej epoki, tacy jak Michał Anioł, Leonardo da Vinci, Botticelli, Brunelleschi, Masaccio, Donatello czy Rafael Santi. Potrzeba zdecydowanie więcej czasu niż jeden dzień, by zaznajomić się ze wszystkim. My zaledwie „liznęliśmy” wierzchołek góry lodowej.




Już od pierwszego kontaktu z Florencją, zaczęliśmy ją badać i poznawać bardzo spokojnie – na romantycznym spacerze po parku, wzdłuż murów miejskich otaczających aglomerację. Bohaterem tego etapu został bez wątpienia żółw, mieszkający w pobliskiej sadzawce. Trochę nieśmiały, najwyraźniej nigdy nie marzył o tym, aby zostać mistrzem pierwszego planu. W odróżnieniu do przebojowych kaczek. W okolicznej restauracji zjedliśmy wczesny obiad. Zamówiłam Cannelloni ze szpinakiem i serem pleśniowym podane z beszamelowym sosem – danie, na którym nigdy nie zawiodłam się we Włoszech i które zawsze było pyszne (w odróżnieniu do rosyjskiej ruletki w przypadku pizzy). I. jako urodzony ryzykant, postawił kolejny raz na pizzę. Na deser zjedliśmy boskie tiramisu.





Po zaspokojeniu głodu dojechaliśmy na Plac Św. Marka (Piazza San Marco), gdzie zlokalizowany jest dominikański kościół San Marco. W jego wnętrzu znajdują się dzieła Fra Angelico, który był również zakonnikiem.




Zatrzymaliśmy się również przy kościele San Paolino, po to, aby chwilę odpocząć i przy okazji zorientować gdzie w ogóle jesteśmy i jaki kierunek następnie ustalimy.

Następnie wałęsaliśmy się uroczymi uliczkami Florencji i dłuższą chwilę spędziliśmy na placu, gdzie I. adresował karki pocztowe do rodziny i znajomych. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, co to było za miejsce, ale zaintrygowała mnie szczególnie rzeźba, która stała pośrodku. Odebrałam ją jak rodzaj happeningu z tematem – przesłaniem.






Wczesnym wieczorem zaczęliśmy poszukiwania słynnego Ponte Vecchio (Starego Mostu), znanego pod nazwą Mostu Złotników. Po drodze urzekł nas florencki Plac Wolności (Piazza della Liberta). Zatrzymaliśmy się więc na chwilę i zrobiliśmy kilka zdjęć. 




Dość długo szukaliśmy Ponte Vecchio, ale zdecydowanie było warto. Panorama miasta z tego miejsca, to było bezcenne przeżycie. Zaskoczyła mnie ilość kramów handlowych, zgromadzonych na moście. Stworzyły one luksusową dzielnicę jubilerów i złotników. Jak się okazało bardzo popularną dzielnicę wśród turystów. Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć podczas spaceru w tym miejscu, pozachwycaliśmy się widokami z różnych części mostu i ewakuowaliśmy się. Ponownie wsiedliśmy do naszego bezkonkurencyjnego „rydwanu” i pognaliśmy na autostradę. Wyznaczony kierunek: Werona.












FLORENCE - IN THE CAPITAL OF TUSCANY









We spent the whole day in Florence. Although to be fair, we visited the city somehow with less ambition. The need of sweet laziness captured us. We both wanted to take a rest so we tried to more feel the atmosphere of the city than chase with a map looking for monuments and places of interest. Sometimes we just end up somewhere. Somehow. Florence gave us breath and relax after a crowded, noisy Rome. We were seduced by the city. We went sightseeing the city in our beaten track - intuitively and with a little help of tourist map. We had infallible direction under the slogan "following the Japanese". Asians are unsurpassed tourists for me because they are extremely well prepared to explore. They always have cameras and smile on faces. And they always know where to go, without surprises on the way. Nothing can escape their notice. And unlike us, they always somehow know the right direction. We spent a lot of time in the narrow streets, admiring the architecture of the buildings and trying to get out of the maze. One thing is certain - Florence is a haven for lovers of art. The greatest wealth of this city is accumulated inside the museums, palaces and sacred places. The city is the birthplace of the Italian Renaissance after all. Many geniuses of this era, such as Michelangelo, Leonardo da Vinci, Botticelli, Brunelleschi, Masaccio, Donatello and Raphael, were created here. We only smattered the tip of the iceberg because we need much more time than one day to become familiar with everything.  




From the first contact with Florence, we began to explore and get to know the city very slowly. We started with a romantic walk in the park, along walls surrounding the city. The hero of morning became undoubtedly a turtle, who lived in a nearby pond. He was a little shy, apparently never wanted to come to the fore. In contrast to ducks. Then, we ate an early dinner in the local restaurant. I ordered the cannelloni with spinach and cheese, served with béchamel sauce - a dish which I was never disappointed in Italy, which was always delicious (as opposed to the Russian roulette in case of pizza). I. as a born gambler, bet on the pizza again. For dessert we had a divine tiramisu.




After satisfying hunger, we arrived at the St. Mark's Square (Piazza San Marco), where is located the Dominican church of San Marco. Inside, there are works of Fra Angelico, who was also a monk.




We also stopped at the Church of San Paolino, in order to rest for a while and find out where we were in general.

Then, we wandered the charming streets of Florence and spent a long time in the square, where I. addressed postcards to family and friends. To be honest, I have no idea what was the name of this place, but sculpture that stood in the middle intrigued me a lot.




In the early evening, we started searching for the famous Ponte Vecchio (the Old Bridge). Along the way, the Florentine Liberty Square (Piazza della Liberta) captivated us. We stopped for a while here and took a few pictures.





We were looking for the Ponte Vecchio for a long time but it was definitely worth it. Panorama of the city from here, it was a priceless experience. I was surprised by the amount of trade stalls, gathered on the bridge. These stalls created a real luxurious quarter of jewelers and goldsmiths. It is a very popular place among tourists. We took lots of photos during walk, delighted the view of different parts of the bridge and evacuated in the end. Once again, we got to our unrivaled "chariot" and rushed to the highway. Designated direction is Verona.