czwartek, 19 grudnia 2013

All roads lead to Rome (11)

FLORENCJA – W STOLICY TOSKANII  










We Florencji spędziliśmy cały dzień. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że miasto zwiedzaliśmy jakby mniej ambitnie. Dopadła nas potrzeba słodkiego lenistwa. Oboje mieliśmy ochotę na trochę odpoczynku, więc staraliśmy się bardziej chłonąć atmosferę niż gonić z mapą w poszukiwaniu kolejnych zabytków. Czasami udało nam się po prostu gdzieś trafić. Jakimś cudem. Po zatłoczonym hałaśliwym Rzymie, Florencja dawała oddech i wytchnienie. Daliśmy się uwieść. Zwiedzanie miasta odbywało się utartym szlakiem – z nieocenioną pomocą turystycznej mapy miasta i w dużej mierze intuicyjnie. Obowiązywał nieomylny kierunek pod hasłem „za Japończykami”. Azjaci są dla mnie niedoścignionym wzorem turysty, bo są niesamowicie dobrze przygotowani do zwiedzania. Uśmiechnięci, z nieodłącznymi aparatami fotograficznymi, wiedzą gdzie warto być i gdzie być po prostu wypada, by pretendować do miana prawdziwego turysty. Nic im nie umknie, nic nie zaskoczy i nie wybije z rytmu. I w odróżnieniu do nas, jakimś cudem zawsze znają właściwy kierunek. My dużo czasu spędziliśmy w wąskich uliczkach, podziwiając architekturę kamienic i próbując wydostać się z labiryntu.  Jedno jest pewne – Florencja jest rajem dla miłośników sztuki, a jej największe bogactwo  zgromadzone jest wewnątrz muzeów, pałaców i obiektów sakralnych. Miasto to jest w końcu kolebką włoskiego renesansu. Tworzyli tu geniusze tej epoki, tacy jak Michał Anioł, Leonardo da Vinci, Botticelli, Brunelleschi, Masaccio, Donatello czy Rafael Santi. Potrzeba zdecydowanie więcej czasu niż jeden dzień, by zaznajomić się ze wszystkim. My zaledwie „liznęliśmy” wierzchołek góry lodowej.




Już od pierwszego kontaktu z Florencją, zaczęliśmy ją badać i poznawać bardzo spokojnie – na romantycznym spacerze po parku, wzdłuż murów miejskich otaczających aglomerację. Bohaterem tego etapu został bez wątpienia żółw, mieszkający w pobliskiej sadzawce. Trochę nieśmiały, najwyraźniej nigdy nie marzył o tym, aby zostać mistrzem pierwszego planu. W odróżnieniu do przebojowych kaczek. W okolicznej restauracji zjedliśmy wczesny obiad. Zamówiłam Cannelloni ze szpinakiem i serem pleśniowym podane z beszamelowym sosem – danie, na którym nigdy nie zawiodłam się we Włoszech i które zawsze było pyszne (w odróżnieniu do rosyjskiej ruletki w przypadku pizzy). I. jako urodzony ryzykant, postawił kolejny raz na pizzę. Na deser zjedliśmy boskie tiramisu.





Po zaspokojeniu głodu dojechaliśmy na Plac Św. Marka (Piazza San Marco), gdzie zlokalizowany jest dominikański kościół San Marco. W jego wnętrzu znajdują się dzieła Fra Angelico, który był również zakonnikiem.




Zatrzymaliśmy się również przy kościele San Paolino, po to, aby chwilę odpocząć i przy okazji zorientować gdzie w ogóle jesteśmy i jaki kierunek następnie ustalimy.

Następnie wałęsaliśmy się uroczymi uliczkami Florencji i dłuższą chwilę spędziliśmy na placu, gdzie I. adresował karki pocztowe do rodziny i znajomych. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, co to było za miejsce, ale zaintrygowała mnie szczególnie rzeźba, która stała pośrodku. Odebrałam ją jak rodzaj happeningu z tematem – przesłaniem.






Wczesnym wieczorem zaczęliśmy poszukiwania słynnego Ponte Vecchio (Starego Mostu), znanego pod nazwą Mostu Złotników. Po drodze urzekł nas florencki Plac Wolności (Piazza della Liberta). Zatrzymaliśmy się więc na chwilę i zrobiliśmy kilka zdjęć. 




Dość długo szukaliśmy Ponte Vecchio, ale zdecydowanie było warto. Panorama miasta z tego miejsca, to było bezcenne przeżycie. Zaskoczyła mnie ilość kramów handlowych, zgromadzonych na moście. Stworzyły one luksusową dzielnicę jubilerów i złotników. Jak się okazało bardzo popularną dzielnicę wśród turystów. Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć podczas spaceru w tym miejscu, pozachwycaliśmy się widokami z różnych części mostu i ewakuowaliśmy się. Ponownie wsiedliśmy do naszego bezkonkurencyjnego „rydwanu” i pognaliśmy na autostradę. Wyznaczony kierunek: Werona.












FLORENCE - IN THE CAPITAL OF TUSCANY









We spent the whole day in Florence. Although to be fair, we visited the city somehow with less ambition. The need of sweet laziness captured us. We both wanted to take a rest so we tried to more feel the atmosphere of the city than chase with a map looking for monuments and places of interest. Sometimes we just end up somewhere. Somehow. Florence gave us breath and relax after a crowded, noisy Rome. We were seduced by the city. We went sightseeing the city in our beaten track - intuitively and with a little help of tourist map. We had infallible direction under the slogan "following the Japanese". Asians are unsurpassed tourists for me because they are extremely well prepared to explore. They always have cameras and smile on faces. And they always know where to go, without surprises on the way. Nothing can escape their notice. And unlike us, they always somehow know the right direction. We spent a lot of time in the narrow streets, admiring the architecture of the buildings and trying to get out of the maze. One thing is certain - Florence is a haven for lovers of art. The greatest wealth of this city is accumulated inside the museums, palaces and sacred places. The city is the birthplace of the Italian Renaissance after all. Many geniuses of this era, such as Michelangelo, Leonardo da Vinci, Botticelli, Brunelleschi, Masaccio, Donatello and Raphael, were created here. We only smattered the tip of the iceberg because we need much more time than one day to become familiar with everything.  




From the first contact with Florence, we began to explore and get to know the city very slowly. We started with a romantic walk in the park, along walls surrounding the city. The hero of morning became undoubtedly a turtle, who lived in a nearby pond. He was a little shy, apparently never wanted to come to the fore. In contrast to ducks. Then, we ate an early dinner in the local restaurant. I ordered the cannelloni with spinach and cheese, served with béchamel sauce - a dish which I was never disappointed in Italy, which was always delicious (as opposed to the Russian roulette in case of pizza). I. as a born gambler, bet on the pizza again. For dessert we had a divine tiramisu.




After satisfying hunger, we arrived at the St. Mark's Square (Piazza San Marco), where is located the Dominican church of San Marco. Inside, there are works of Fra Angelico, who was also a monk.




We also stopped at the Church of San Paolino, in order to rest for a while and find out where we were in general.

Then, we wandered the charming streets of Florence and spent a long time in the square, where I. addressed postcards to family and friends. To be honest, I have no idea what was the name of this place, but sculpture that stood in the middle intrigued me a lot.




In the early evening, we started searching for the famous Ponte Vecchio (the Old Bridge). Along the way, the Florentine Liberty Square (Piazza della Liberta) captivated us. We stopped for a while here and took a few pictures.





We were looking for the Ponte Vecchio for a long time but it was definitely worth it. Panorama of the city from here, it was a priceless experience. I was surprised by the amount of trade stalls, gathered on the bridge. These stalls created a real luxurious quarter of jewelers and goldsmiths. It is a very popular place among tourists. We took lots of photos during walk, delighted the view of different parts of the bridge and evacuated in the end. Once again, we got to our unrivaled "chariot" and rushed to the highway. Designated direction is Verona.






















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz