Niedawno zmarła bliska mi osoba i znowu
poczułam jak smakuje strata. Nabrałam pewności, że jesteśmy utkani z uczuć, a
nie z materii, bo żelazna obręcz na sercu przez kilka dni nie pozwalała
swobodnie oddychać, a chaos myśli w głowie kłębił się jak stado wron. Później kolejny
raz mogłam zdziwić się dziwną zmysłowością ciała w trumnie, które było zimne,
ale delikatne, a wyraz twarzy słodki i przepełniony spokojem. Ciało niby rzeczywiste
i namacalne, ale dziwnie nieobecne i niepasujące do oddychającego,
rozemocjonowanego świata. Zawieszone w próżni jak klepsydra, w której już
przesypał się piasek. Już nie mam wątpliwości, że ciało to tylko kostium. Bardziej
niż ono wzruszały mnie szczegóły i ulotne wspomnienia. Takie jak kapelusz położony
obok. Mój dziadek bardzo lubił go nosić. Był w nim elegancki w staromodny i
subtelny sposób. Sposób, jaki cechuje ludzi silnych i doświadczonych przez
czasy wojny. Zastanawiałam się, kiedy dziadek nosił go po raz ostatni. Już
nawet nie pamiętam… I nie pamiętam też dźwięku jego głosu. Przez ten ciąg myśli
po raz pierwszy poczułam bezwzględność straty, ból i niemoc, jakie jej
towarzyszą.
Kolejne zaskoczenie – kościół podczas mszy
pogrzebowej tonął w bieli. Po niedzielnej uroczystości Pierwszej Komunii Świętej
zostały w nim bukiety kwiatów. Biel to symbol niewinności, wierności i
czystości. Wierzę, że był to dowód na to, że ofiara mojego dziadka, jaką złożył
z samego siebie przez wieloletnie cierpienie i okrutne piętno choroby
nowotworowej – oczyściła go i zaprowadziła w miejsce, gdzie teraz jest już
szczęśliwy i spokojny. Nie mam wątpliwości, że na to zasłużył, bo pod
zewnętrzną powłoką braku uległości, kryło się w nim gorące, kochające i pokorne
serce. Dopiero w kościele dotarło do mnie, że nigdy nie skarżył się na swoją
chorobę, chociaż tak wiele mu zabrała. Zabrała mu głos. Dzięki dziadkowi przekonałam
się jak wiele jest w stanie znieść człowiek. Jak dużo udźwignąć i jak wielki
ciężar wziąć na swoje barki. Nawet pomimo fizycznego bólu i cierpienia, nie
chce umrzeć i odejść z miejsca, które kocha. Nie poddaje się i walczy. Utwierdziłam
się w pewności, że istotą naszego życia jest doświadczenie jak żyć, jak
cierpieć i jak umierać.
***
Kiedy stykamy się ze śmiercią, mamy ochotę
mocniej celebrować życie. Do codziennych myśli wkrada się jakaś nostalgia z
nieodłącznym pytaniem bez odpowiedzi: co jest po drugiej stronie? Mimo wszechobecnej
brutalności, agresji i cierpienia, nie przestaję wierzyć, że jest to najlepszy
świat z możliwych, a wszystko, co kocham i tracę, kiedyś do mnie wróci. W
przeciwnym razie to życie byłoby zupełnie pozbawione sensu. Na szczęście jest w
nim za dużo manifestacji duchowości, żeby kiedykolwiek zacząć wątpić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz