PARK ORUŃSKI
Podczas ostatniej wizyty w Gdańsku zdałam
sobie sprawę, że zaczęłam traktować to miasto po macoszemu. Zupełnie jakbym
powoli zapominała, że kiedykolwiek w nim mieszkałam. Nie czuję się jak typowa
turystka, kiedy zachwycona jakimś obiektem uwieczniam je na zdjęciu. Nie czuję
się też jak eks – tubylec, kiedy z zamkniętymi oczami potrafię przejść z punktu
A do punktu B. Podchodzę do Gdańska z dużym dystansem, choć z tym miastem wiąże
się bardzo dużo dobrych wspomnień, a wiele momentów było naprawdę magicznych i
niezapomnianych. Chcę pamiętać tylko takie. Pomimo że wyznaję teorię mówiącą o
tym, że danego miejsca nie można poznać, poruszając się wyłącznie po utartych
turystycznie szlakach, to jednak muszę przyznać, że gdańska Starówka chyba
najmocniej utkwiła mi w pamięci. Jest zjawiskowa. Dzisiaj jednak chciałabym Was
zaprosić do innego miejsca, które jako pierwsze mnie oczarowało i powaliło na
kolana swoim klimatem. Jest nim bajkowy park Oruński nad kanałem Raduni,
położony wśród wzgórz morenowych. Park jest ogromny i obejmuje aż 11 ha, a jego
długa i burzliwa historia sięga 400 lat. Dla mnie jest to prawdziwy Zaczarowany
Ogród, który jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych miejsc w Gdańsku. Cały
czas pamiętam nocne maratony, jakie sobie w nim urządzałam. Te chwile były dla
mnie bezcenne, bo czasami po utknięciu w kolejnej pokręconej sytuacji życiowej,
jedyne czego potrzebowałam na dobry sen, to było fizyczne zmęczenie z
jednoczesnym błogim wyciszeniem umysłu, które dokonywało się w otoczeniu upajającej
przyrody i jej rytmicznych odgłosów. To było najlepsze lekarstwo na wszystkie komplikacje
w życiu osobistym, jakie wtedy były dla mnie normą. Kochałam park Oruński. W
gąszczu krzewów i plątaninie liści zostawiłam mnóstwo swoich myśli. Kiedy
wracałam do domu, każda przeszkoda wydawała się łatwiejsza do przejścia, a ja
nabierałam optymizmu i nowej energii do działania. Terapeutyczna moc dzikiej
natury plus intensywny i długotrwały wysiłek fizyczny to potężny zastrzyk
endorfin, który działa cuda.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz