wtorek, 6 września 2016


Znam Go od 20 dni, a kiedy przedwczoraj w uroczy nieśmiały sposób, pełen wątpliwości i nadziei, zapytał o status naszego związku, w przebłysku kolejnej fascynacji czasem pędzącym na złamanie karku, a jednocześnie głęboką, intensywną treścią i ogromem doświadczeń, jaką da się skondensować i ukryć w najkrótszej z chwil, zorientowałam się, że kocham Go tak mocno i dojrzale, jakbyśmy znali się całe wieki. Jakby był częścią mnie już od Wielkiego Wybuchu. To pierwsza osoba, przy której czas nie zwalnia, ale przyspiesza w zastraszającym tempie. To pierwsza osoba, przy której nie chcę uciekać do swojego najwygodniejszego i najbardziej ulubionego świata, w którym króluje samotność i transcendencja. To pierwsza osoba, z którą chcę się scalić w jedność, choćbym miało to oznaczać poświęcenie części siebie.

Oczywiście nie powiedziałam Mu tego. Wspięłam się na oratorskie wyżyny zdaniem: „no chyba jesteśmy w związku”. Przynajmniej było to stwierdzenie, a nie pytanie.


***
Życie jest cudowną nieprzewidywalną niespodzianką, które stale rewiduje moje – wydawać by się mogło – dogmatyczne poglądy na świat. Tym razem, po 29 latach życia w sceptycznej obojętności, w końcu zrozumiałam, że jednak możliwe jest dopełnienie drugą osobą, które nie oznacza straty czy ograniczenia wolności, ale wnosi nową jakość. Daje pełnię i absolut. Co więcej – wydaje mi się, że przy Nim jestem lepszym człowiekiem. W jakiś niepojęty sposób udaje Mu się wywabić mnie ze skorupy zbudowanej z pełnej ironii obojętności do ludzkiego świata, z emocjonalno – psychicznego dystansu, z wyniosłego i jawnie demonstrowanego niezaangażowania w pewien rodzaj haniebnie bliskich, niesmacznie intymnych, zarezerwowanych tylko dla plebsu ze względu na przesadną emfazę – międzyludzkich relacji, i wystawić na widok publiczny hiperwrażliwość, troskę i oddanie, jakie boję się ujawniać zewnętrznemu światu.

T jednak nie działa tylko na moją psychikę i osobowość. On tańczy z moimi zmysłami. Prześladuje mnie Jego zapach i wabiące spojrzenie. Urzeka dotyk, a bez reszty pochłania i oszałamia moment tuż przed pocałunkiem, kiedy udaje mi się opanować i Jego, i siebie, bo w geście masochistycznego odurzenia, wynikającego z zachwytu nad powolnym poznawaniem – gram na zwłokę, nie chcąc, żeby wszystkie karty zostały odkryte, a każda góra zdobyta zbyt wcześnie. Odwlekam moment, kiedy do naszych drzwi zapuka codzienność i rutyna, próbując wyprzeć magię.

Odwlekam ten moment na później. Na miesiąc. Na rok. Na 100 lat. Na zawsze.

Wolę żyć w otoczce błogiej nieświadomości i stanu poddania.


***

I już nie próbuję analizować, czemu nie potrafię przestać się uśmiechać, kiedy jest blisko…? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz