Znam Go od 20 dni, a kiedy przedwczoraj w
uroczy nieśmiały sposób, pełen wątpliwości i nadziei, zapytał o status naszego
związku, w przebłysku kolejnej fascynacji czasem pędzącym na złamanie karku, a
jednocześnie głęboką, intensywną treścią i ogromem doświadczeń, jaką da się skondensować
i ukryć w najkrótszej z chwil, zorientowałam się, że kocham Go tak mocno i
dojrzale, jakbyśmy znali się całe wieki. Jakby był częścią mnie już od
Wielkiego Wybuchu. To pierwsza osoba, przy której czas nie zwalnia, ale
przyspiesza w zastraszającym tempie. To pierwsza osoba, przy której nie chcę
uciekać do swojego najwygodniejszego i najbardziej ulubionego świata, w którym
króluje samotność i transcendencja. To pierwsza osoba, z którą chcę się scalić w
jedność, choćbym miało to oznaczać poświęcenie części siebie.
Oczywiście nie powiedziałam Mu tego. Wspięłam
się na oratorskie wyżyny zdaniem: „no chyba jesteśmy w związku”. Przynajmniej
było to stwierdzenie, a nie pytanie.
***
Życie jest cudowną nieprzewidywalną
niespodzianką, które stale rewiduje moje – wydawać by się mogło – dogmatyczne
poglądy na świat. Tym razem, po 29 latach życia w sceptycznej obojętności, w
końcu zrozumiałam, że jednak możliwe jest dopełnienie drugą osobą, które nie
oznacza straty czy ograniczenia wolności, ale wnosi nową jakość. Daje pełnię i
absolut. Co więcej – wydaje mi się, że przy Nim jestem lepszym człowiekiem. W
jakiś niepojęty sposób udaje Mu się wywabić mnie ze skorupy zbudowanej z pełnej
ironii obojętności do ludzkiego świata, z emocjonalno – psychicznego dystansu, z
wyniosłego i jawnie demonstrowanego niezaangażowania w pewien rodzaj haniebnie bliskich,
niesmacznie intymnych, zarezerwowanych tylko dla plebsu ze względu na przesadną
emfazę – międzyludzkich relacji, i wystawić na widok publiczny hiperwrażliwość,
troskę i oddanie, jakie boję się ujawniać zewnętrznemu światu.
T jednak nie działa tylko na moją psychikę
i osobowość. On tańczy z moimi zmysłami. Prześladuje mnie Jego zapach i wabiące
spojrzenie. Urzeka dotyk, a bez reszty pochłania i oszałamia moment tuż przed pocałunkiem,
kiedy udaje mi się opanować i Jego, i siebie, bo w geście masochistycznego odurzenia,
wynikającego z zachwytu nad powolnym poznawaniem – gram na zwłokę, nie chcąc,
żeby wszystkie karty zostały odkryte, a każda góra zdobyta zbyt wcześnie. Odwlekam
moment, kiedy do naszych drzwi zapuka codzienność i rutyna, próbując wyprzeć
magię.
Odwlekam ten moment na później. Na miesiąc.
Na rok. Na 100 lat. Na zawsze.
Wolę żyć w otoczce błogiej nieświadomości i
stanu poddania.
***
I już nie próbuję analizować, czemu nie
potrafię przestać się uśmiechać, kiedy jest blisko…?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz