Podcinałam sobie żyły z premedytacją po to,
żeby Go nakarmić. Oszukiwałam samą siebie, że nie ma w tym nic złego, że tylko
przechodząc przez bagno można wspinać się na wyżyny, a im trudniej, tym większe
wyzwanie i pewność, że droga jest słuszna, a gra warta świeczki. Nasz wspólny
wampiryzm odbierał mi siły i uwięził w poczuciu winy i wyrzutach sumienia. To
mnie zabijało. Przekonałam się, że D chciał, żebym była jego poddaną, a nie
oddaną. Nie ma większej zbrodni. To bardziej boli niż ciosy, które mi wymierzył
i zdrada, której się dopuścił, chociaż przez kobiety, z którymi sypiał dla
rozrywki stał się dla mnie obrzydliwy i nie umiałam tego w sobie przełamać. Nie
potrafiłam Go dotknąć, odkąd razem zamieszkaliśmy. Teraz to już bez znaczenia.
D już nie istnieje w moim życiu. Zdradził mnie, okłamał, kilka razy uderzył w
przypływie alkoholowego szału, groził, że mnie zabije, nie pozwolił spać, a
następnego dnia dziwił się, że chcę odejść. Nie ma dla mnie większej hipokryzji
niż kontynuowanie takiego „związku”. Kiedyś obiecałam, że z Nim zostanę, ale
nie za cenę rezygnacji z własnego szczęścia. Nie uznaję takiej ofiary i nie
poświęcę się dla człowieka, którego mroczna strona mnie upadla, mimo że dobra –
wywyższa. Podobno to nasi wrogowie są naszymi najlepszymi nauczycielami. Przy D
uczyłam się szacunku dla ludzkiej słabości i poskramiania destrukcyjnej
emocjonalności, ale suma summarum sama jestem kowalem swojego losu, więc
uznaję, że Jego rola w moim życiu już się wypełniła. Teraz chcę się odciąć od
człowieka, który mnie skrzywdził po to, żeby wyciszyć się i żyć tak, jak
dawniej, wierząc i udowadniając sobie samej, że nie jestem takim złym
człowiekiem, jakim D nazywał mnie w przypływie nienawiści, oskarżając, że
jestem taka sama jak jego wyrodna matka, która się nad Nim znęcała. Jeżeli
czegoś jeszcze nie potrafię się pozbyć, żeby zamknąć ten rozdział w swoim
życiu, to są to wyrzuty sumienia, że opuszczam człowieka słabego, bo z problemami psychicznymi i wątpliwości czy czasem nie z premedytacją eskalowałam słownie Jego agresję, co byłoby zamierzonym działaniem, które miałoby mnie ostatecznie
skłonić do odejścia z dobrym usprawiedliwieniem…? Z drugiej strony nie planowałam i nie chciałam tego, żeby
mnie bił, straszył śmiercią i czy to nie głupota zostać z damskim bokserem
wierząc, że jeszcze się zmieni, skoro teraz tak bardzo żałuje? Nie
przypuszczałam, że D jest zdolny do tego, żeby podnieść na mnie rękę… On ma w
sobie spory potencjał i dużo światła, ale ma też równie silny mrok, którego się
boję. Nie wejdę z Nim do tej ciemności. To nie moja bajka. Poza tym już wiem,
że nie potrafię kochać nikogo miłością z setkami motylami w brzuchu, a moje
uczucie i fascynacja raczej płynie falą w kierunku bezpłciowego człowieczeństwa
niż indywidualnej jednostki. Albo to ja jestem nienormalna, albo cały świat
wokół mnie.
Ostatni raz weszłam w związek z drugim
człowiekiem z taką nonszalancją i beztroską oraz z tak ryzykowną egocentryczną
pewnością, że osoba obok mnie zmieni się pod moje dyktando, a ja mam w sobie na
tyle siły, świadomości i współczucia, żeby rozświetlić mrok, który ta osoba nosi
w sobie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz