sobota, 14 marca 2015

Jak zrozumieć siebie, usłyszeć swój wewnętrzny głos i podjąć dialog z samym sobą?




Miłość i akceptacja samego siebie jest drogą do wolności, bo zdejmuje z nas kajdany cudzych opinii i społecznych uwarunkowań.  Nie oznacza to wcale egocentryzmu, tylko nawiązanie zdrowej relacji z samym sobą, z której wypływa wiara w siebie i poczucie własnej wartości.





KWESTIONARIUSZ PYTAŃ DO PRZEMYŚLENIA






Jeśli odpowiedziałeś szczerze, a twoja odpowiedź na większość z tych pytań to „tak” – gratulacje, zaliczasz się do tych nielicznych szczęściarzy, którzy potrafią żyć w poczuciu radości, lekkości, wolności i swobody, bo kochasz siebie, a więc zawsze jesteś autentyczny. Niestety w realnym życiu nie zawsze mamy odwagę być sobą. Często nie lubimy siebie i gdybyś zobaczył samego siebie w tłumie, to  byłbyś ostatnią osobą, jaką byś się zainteresował. A wg mnie destrukcyjne relacje z innymi ludźmi, to efekt toksycznego związku z samym sobą. Bo czy nie jest tak, że to my jesteśmy dla siebie najgorszym wrogiem, najsurowszym sędzią i najbardziej bezlitosnym katem? Sam pomyśl: często myślisz, że to cały świat wokół jest przeciw tobie, ale czy na pewno jest to prawda? Czy ty w ogóle dajesz sobie szansę, aby było lepiej? Czy naprawdę wierzysz, że zasługujesz na to, co najlepsze? Gdyby faktycznie tak było to nie tkwiłbyś teraz w toksycznej relacji, w poczuciu pustki, niespełnienia, rozczarowania i niedosytu. A my lubimy sami siebie unieszczęśliwiać, bo: a) nie znamy siebie i brak nam wiary w swój potencjał, który pozwoliłaby nam sięgnąć po marzenia; b) jesteśmy uwięzieni w scenariuszu życiowym, jaki napisali dla nas inni, przez co czujemy się uwikłani w dramacie życia; c) uważamy, że w tym życiu trzeba cierpieć, bo ten świat jest tak urządzony; d) wydaje nam się, że tylko kiedy cierpimy inni nas zauważają i zaczynają darzyć większą sympatią. W końcu nikt nie lubi otaczać się szczęśliwymi ludźmi, bo wzbudzają zazdrość.






SKĄD WIESZ, ŻE TKWISZ W SZKODLIWEJ RELACJI Z SAMYM SOBĄ?


Jest tak kiedy:







JAK SOBIE POMÓC? JAK ODKRYĆ SWOJĄ WARTOŚĆ?




LEKARSTWO!

Wybaczenie, akceptacja, zrozumienie, wyrozumiałość i miłość do swojej „gorszej” połowy, z jej słabościami i wadami.
Docenienie swoich mocnych stron.
Spędzanie większej ilości czasu w ciszy tylko z samym sobą.






REFLEKSJA


Mówi się, że każdy człowiek jest inny i nie ma dwóch takich samych osób na świecie. Nawet bliźniacy są inni. My jednak nie zawsze jesteśmy w stanie uwierzyć w swoją wyjątkowość. Nie potrafimy dostrzec unikalności naszego istnienia, a prawda jest taka, że chociaż jesteśmy piaskiem w klepsydrze i kroplą w oceanie, to doświadczamy ulotności życia tu na ziemi właśnie w tej niepowtarzalnej formie, jaka już nigdy się nie powtórzy. Nasze ciało, umysł i duch to unikalny twór, który nie zawsze chce z nami współpracować jako jedność, dużo częściej panuje pomiędzy nimi dysharmonia, chaos, a my wtedy czujemy, że jesteśmy pełni sprzeczności. A dlaczego tak się dzieje? Bo nie akceptujemy, nie kochamy i nie ufamy sobie. Jesteśmy egoistami/altruistami/perfekcjonistami/cierpiętnikami. Każdy z tych przykładów oznacza złą relacją z samym sobą, bo albo myślimy o sobie za dużo albo zapominamy o sobie i nie znaczenia czy wydaje nam się, że kierują nami dobre intencje. W końcu jakże często jakaś forma wolontariatu jest po prostu pożywką dla naszego ego, bo ta pozorna bezinteresowność pozwala nam poczuć się wartościową osobą, która jest potrzebna innym. Karmimy się wdzięcznością innych. Czujemy się dzięki temu lepsi. A jak często chcemy być kimś innym? Podziwiamy kogoś innego, zazdrościmy, rywalizujemy, porównujemy się, współzawodniczymy… i wydaje nam się, że wypadamy gorzej na tle innych. Chcemy być lepsi, czyli już w tym momencie… pomniejszamy swoją wartość, szukając akceptacji i zrozumienia w cudzych oczach. Naszym narkotykiem staje się ciągła potrzeba przekonywania się o swojej wartości na zewnątrz. W ten sposób przestajemy być słońcem w swojej galaktyce. Wolimy odgrywać rolę księżyca, który świeci odbitym światłem, przeglądając się w oczach innych. A może warto uwierzyć, że już teraz jesteśmy wystarczająco dobrzy? Ze wszystkimi naszymi wadami, zaletami, całą złożonością naszej istoty? Wg mnie największy gwałt, jaki możemy sobie zrobić, to właśnie chcieć być kimś innym. Porównywanie się z innymi to zaprzeczanie swojej unikalności, wątpienie w to kim naprawdę jesteśmy, zdrada samego siebie, gubienie swojej tożsamości. Szukamy miłości, inspiracji, wsparcia, akceptacji, pewności w innych ludziach. Szukamy w nich potwierdzenia swojej wartości. A może należy szukać tych rzeczy w sobie? Paradoks tkwi w tym, że to jedyny słuszny kierunek, aby uniezależnić się od innych, a jednocześnie nawiązać zdrowe relacje z otoczeniem. Kluczem do zmiany swojego życia jest nawiązanie dialogu z samym sobą. Podobno kiedy uporządkujemy swoje wnętrze, świat zewnętrzny także dojdzie do ładu. Może warto w to uwierzyć? Co masz do stracenia?







KROK 1 W DRODZE DO ZROZUMIENIA SIEBIE







czwartek, 12 lutego 2015

Korzenie



Człowiek jest jak drzewo.


Potrzebuje korzeni, które dają mu oparcie, stabilizację, bezpieczeństwo i poczucie przynależności. Korzenie to symbol dojrzałości i odpowiedzialności, a te determinują racjonalizm i pragmatyzm. Korzenie to miejsce, do którego przylegamy. Miejsce, które nazywamy domem. Osadzamy się w tym miejscu, w swoim scenariuszu (rodzina, praca, znajomi, czas wolny). Umacniamy siebie. Jest tylko jedno „ale”. Świat jest zmienny i to jego najbardziej pewna cecha. Wszystko płynie. Dziś się śmiejesz, jutro będziesz płakał. Dziś zyskujesz, jutro tracisz. Na świecie musi przecież istnieć równowaga, a uwikłani w naszej ludzkiej dualności, egzystując na świecie biegunowości – nic nie jest pewne na 100%. Żadna wartość, z którą się utożsamiamy: dom, praca, zdrowie, znajomi czy też twarz, jaką pokazujemy światu. Pewne są tylko zmiany. Tymczasem my kurczowo trzymamy się swojego mikrokosmosu, swojego małego świata, swojej prywatnej świątyni, którą zbudowaliśmy, umacnialiśmy i misternie dekorowaliśmy przez wiele lat. Może nawet przez całe życie, traktując ją jak coś trwałego, nienaruszalnego i wiecznego. Kurczowo czepiamy się  tego, co mamy, tego, co znamy, tego, do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić, bo w chaotycznym świecie daje nam to punkt oparcia, drogowskaz, kompas jak odnaleźć się w świecie dookoła nas. Nasz świat daje jednak tylko iluzję kontroli. Nic i nikogo nie posiadamy na własność. Możemy tylko doświadczać, odczuwać. I pozwolić odejść, kiedy przyjdzie właściwa pora. Zdolność odpuszczania wszystkiego, czego się kurczowo trzymamy: wszystkich naszych wyobrażeń, pragnień i oczekiwań oraz nieprzywiązywanie się do żadnego ze swoich scenariuszy życiowych – oznacza koniec cierpienia.




Czy warto utożsamiać swoje korzenie z miejscem, gdzie żyjemy; z ludźmi, w których oczach lubimy się przeglądać; z pracą, jaką wykonujemy?



Wierzę, że nasze prawdziwe korzenie to coś dużo więcej, a porzucając na chwilę gęsty świat materii, odkrywamy, że prawdziwe korzenie są w nas. To nasza psychofizyczność, której nie da się uchwycić namacalnie, ale wystarczy zatrzymać się na chwilę i w ciszy zapuścić korzenie w głąb siebie, zaufać sobie i swojej niezawodnej, choć zagłuszanej na co dzień intuicji, uwierzyć w siebie, aby zawsze mieć stały punkt oparcia, bez względu na okoliczności, gdziekolwiek się nie udamy i cokolwiek nie spotka nas na naszej drodze. Kim jesteśmy, jeśli nie potrafimy zaufać sami sobie? Chorągiewką na wietrze, zamkiem budowanym na piasku, pogrzebanym skarbem, ptakiem, który zapomniał jak latać. Ale pielęgnując korzenie w sobie mamy pewność, że choćby nasz osobisty świat się walił i kruszył od podstaw, nawet bez przyczyny i bez naszej winy, to żadne trzęsienie ziemi nie będzie w stanie na nas trwale wpłynąć, bo po okresie destabilizacji okaże się, że chociaż naszego świata już nie ma, to my wciąż jesteśmy. Co to oznacza? Tylko tyle, że poczucie bezpieczeństwa, oparcie i przynależność to zaufanie do Życia jako takiego, które powinno wypływać z naszego wnętrza i nie może być uzależnione od zewnętrznych czynników. Wiara w siebie, w to, że sobie poradzę, że coś znaczę  i wierność swoim ideałom – to prawdziwe korzenie. Umacniamy je, kiedy przechodzimy transformację poprzez różne życiowe doświadczenia: dobre i złe, które przyjmujemy w pokorze. Dzięki temu dojrzewamy i stajemy się coraz doskonalsi. Korzenie już w nas są – wystarczy tylko je odkryć i zapuszczać coraz głębiej w sobie, ale jednocześnie tak jak drzewo – piąć się w górę, aby dosięgnąć nieba. Czy na tym właśnie nie polega życie?




Gdy czasem macie wrażenie, że Wasz świat się wali, uznajcie to za dobry znak.



Może jest to sugestia, że nie warto odbudowywać wszystkiego od podstaw, posługując się tymi samymi kawałkami puzzli? Może zniszczona układanka jest najlepszą motywacją do zmiany na lepsze jakiejś części swojego życia, której do tej pory niepotrzebnie kurczowo się trzymaliście? Może trzęsienie ziemi w życiu to potrzebna zmiana, którą musicie przejść, żeby dojrzeć? Nie trzeba rozumieć natury tej zmiany, wystarczy zaufać, bo skoro życie toczy się dalej, a Słońce wciąż wschodzi, to ostatecznie wszystko będzie dobrze. To pewne.