Wiosna kojarzy nam się z odnową, bo w tym
czasie przyroda budzi się po zimowym śnie, Słońce raczy nas swoimi promieniami
coraz łaskawiej i hojniej, a my mamy więcej energii i chęci do życia. Wiosną jesteśmy
też bardziej skłonni podejmować wyzwania i łatwiej przychodzi nam inicjowanie
zmian w swoim życiu, dlatego moim zdaniem pojęcie „wiosennych porządków” ma
głębokie, symboliczne znaczenie i na pewno nie ogranicza się tylko do
posprzątania domu na błysk. Jednak nie zmienia to faktu, że chociaż budząca się
przyroda przynosi ze sobą orzeźwiającą witalność, to trzeba przyznać, że
człowiek jest mimo wszystko dość nieszablonowym stworzeniem na tej planecie,
które wyłamuje się z przypisanej konwencji obejmującej instynkt przetrwania. Co
więcej, w odróżnieniu do fauny i flory niektórzy z nas mają zakodowaną zmutowany
gen przewrotności i sarkazmu do Życia przejawiający się predyspozycjami do
autodestrukcji – czasami mozolnej, ledwo zauważalnej i trwającej latami, a
czasami szybkiej jak zjazd po równi pochyłej bez trzymanki. Dlaczego tak się
dzieje i czy powinniśmy uznać, że człowiek jest ze swej natury wadliwy, za co
pokutujemy przez naszych zbuntowanych prapraprzodków Adama i Ewę? Czemu tak
wielu z nas nie widzi sensu życia i szuka go w centach handlowych trenując
zakupoholizm, przed telewizorem z paczką chipsów w ręku, przed ekranem
komputera w wirtualnym świecie albo w oparach znieczulającej iluzji tworzonej
przez alkohol czy inne środki odurzające? Dlaczego żyjemy jakby na przekór
ewolucji, balansując nad przepaścią pomiędzy zdrowym i naturalnym instynktem
przetrwania a otchłanią samozagłady? Jak dla mnie kluczem jest brak harmonii i
nie chodzi tu wcale o kakofonię obecną w naszym codziennym życiu zawodowym i
prywatnym, uwarunkowaną szaleńczym tempem naszego życia w cuglach współczesnych
czasów, ale o chaos w nas samych, bo tam właśnie jest zlokalizowane zatrute
źródło wszystkich naszych problemów, które odbijają się jak cień na naszej
rzeczywistości. Ten brak harmonii wynika z braku integracji, co skutkuje
schizofrenią i brakiem autentyczności, co z kolei rodzi brak spełnienia, pustkę
i wieczną pogoń za satysfakcją, której nie jesteśmy w stanie osiągnąć.
Jak zatem zharmonizować siebie, a tym samym
swoje życie?
Na początku dobrze jest zrozumieć, że człowiek to nie tylko ciało
fizyczne, bo każdego z nas tworzy jeszcze ciało emocjonalne, ciało mentalne
oraz ciało duchowe. Każde z nich mówi innym głosem, każde chce być wysłuchane i
zrozumiane, a kiedy uświadomimy sobie ich obecność oraz scalimy je – będziemy w
stanie stworzyć silną i stabilną całość. Tak przynajmniej ja osobiście wierzę, co
jest w moim przypadku poparte życiowymi doświadczeniami.
W ramach krótkiej charakterystyki głębi,
jaką każdy z nas ma w sobie, wypada wyjaśnić zakres działania naszych 4 „ciał”.
Ciało fizyczne – wraz z receptorami 5 zmysłów,
za pomocą których odbieramy świat i doświadczamy rzeczywistości.
Ciało mentalne (psychiczne) – umysł
jako kreator myśli, lęków, uwarunkowań oraz pojęcia czasu i przestrzeni,
złakniony jak dziecko poczucia przynależności, akceptacji i bezpieczeństwa.
Ciało emocjonalne – powiązane z
umysłem, czyli hiperbola przypływów i odpływów fal wielobarwnych emocji, jakich
doświadczamy i z jakimi lubimy się identyfikować, co nie zawsze jest dla nas
dobre.
Ciało duchowe – wyższa
świadomość istnienia; siedlisko inspiracji, podszeptów serca oraz pozazmysłowego
odbioru świata za pomocą intuicji.
Teraz pytanie do każdego z nas: czy życie
nie byłoby o wiele prostsze i bardziej radosne, jeśli nie karmilibyśmy się
szkodliwymi urojeniami, jakie produkuje nasz niespokojny umysł? Bo czy to
właśnie nie umysł jest najsłabszym ogniwem w tej układance? W końcu w mądrość
ciała trudno wątpić, o czym świadczą odruchy bezwarunkowe, jakie zachodzą bez
naszej kontroli (np. oddychanie, głód, trawienie), a jakie warunkują nasze
życie. Z kolei tzw. podszepty serca próbują nam pomóc wyjść z matni, wskazując właściwą
drogę do autentyczności, z jakiej zbłądziliśmy np. słuchając głosu tłumu czy
swojego pożądliwego ego. To mowa z głębi serca, uczy nas jak być sobą, umysł z
kolei potrafi nieźle pokrzyżować nam szyki, kiedy stwarza mantry typu: „nikt
mnie nie rozumie”, „nikomu na mnie nie zależy” albo uwodzi nas myślami o tym
jak ważne jest to, aby się dostosować, bo cholernie ważne dla przetrwania jest
to, co inni sądzą na nasz temat, podobnie jak określa nas ilość zer na koncie
czy zawodowy prestiż. Nie jest to prawda, ale umysł chce w to wierzyć.
Oczywiście czasami trudno zauważyć
chorobliwą ekspansję naszego umysłu, co dobrze znam z autopsji. Trudno jest też
uwierzyć w to, że człowiek to organizm złożony z kilku „ciał”. Nie jest też łatwo docenić mądrość swojego
ciała skoro często nie podobamy się sami sobie i mamy zastrzeżenia, co do
swojego wyglądu. A co więcej – najbardziej kochamy swoje alergeny, które
są powszechnie uznawane za złe nawyki żywieniowe, a nie owoce czy warzywa, o
których każdy wie, że są bardzo zdrowe. Wiem coś o tym, bo w moim przypadku dietetycznym
grzechem są wszelkie dania mączne jak naleśniki oraz cukry w potężnej dawce w
słodyczach i słodkich wypiekach. Jedno i drugie (mąka i cukier) szkodzi w większych dawkach, więc czemu mam największą ochotę właśnie na to, czego
teoretycznie powinnam unikać jak ognia ze względu na zdrowie? Czy ciało nie wie
co robi?…
...A może to wina umysłu? Jedzenie jest w końcu formą dziwacznej
terapii, która służy zapełnieniu pustki, a choroby
czy niedyspozycje ciała zwracają po prostu naszą uwagę na na zaniedbywane potrzeby i problemy, jakie
domagają się wysłuchania, czyli brak harmonii w nas samych, który prosi o
integrację, czyli wyleczenie. Tak samo jest z każdym szkodliwym nawykiem, który
uwidacznia się tkwieniem latami w nieszczęśliwych schematach m.in. w destrukcyjnych związkach czy też wyrażaniem nienawiści do samego siebie, w złych nawykach
żywieniowych albo w pracy niedającej satysfakcji.
Wniosek: każdy z nas powinien umieć:
a)
docenić swoje ciało, które potrzebuje naszej opieki,
b) zrozumieć i wychować swój dziecinny umysł z syndromem ADHD,
którego przejawem jest natłok myśli i emocjonalny chaos oraz
c) wysłuchać swojego serca, które mówi cicho i spokojnie, ale
porozumiewa się uniwersalnym językiem bezwarunkowej miłości, który koi i leczy.
Dopiero wtedy będziemy harmonijną
jednością, bo przecież każdy z nas to CUD:
Ciało
Umysł
Duch




