piątek, 13 grudnia 2013

All roads lead to Rome (9)

RZYMSKIE WAKACJE  (1)


  •     Zagrożenie na drodze.




Wjechaliśmy do Rzymu na motorze – główny cel naszej podróży został osiągnięty. Veni, vidi, vici! Nie przypuszczaliśmy jednak, że odtąd będziemy musieli się starać, aby przetrwać w Wiecznym Mieście. Zachowanie na drodze i manewry włoskich kierowców, to było istne szaleństwo. Bezczelność i pośpiech. Cywilizowany świat z prawami dżungli na drodze. Zatłoczone parkingi. Mnóstwo samochodów i mnóstwo skuterów wokół. Okazuje się, że skutery są bardzo popularnym środkiem transportu w rzymskiej metropolii. Jeżdżą nimi zarówno mężczyźni, jak i kobiety, często bardzo elegancko ubrani. Skuter niewątpliwie pomaga ominąć korki i zdążyć na czas do pracy. Trzeba przyznać, że było bardzo tłoczno i miałam wrażenie, że nie obowiązują już żadne przepisy ruchu drogowego i wszystkie chwyty są dozwolone. Normą było, że ktoś przejechał na czerwonym świetle. Klakson natomiast był niezbędnym akcesorium każdego kierowcy, bo każdy jakby brał udział w jakimś wyścigu i otrzymywał nagrodę za największą liczbą wyprzedzonych kierowców. Byłam przerażona. Czułam realne zagrożenie, że zginiemy. Na szczęście zatrzymaliśmy się dość szybko w hotelu, gdzie mogłam trochę ochłonąć. W pokoju wypiliśmy szampana, odpoczęliśmy chwilę, a wieczorem zaopatrzyliśmy się w recepcji w mapę miasta i pojechaliśmy na poszukiwania Koloseum – Amfiteatru Flawiuszów. To miał być romantyczny spacer wśród wymarłych ruin starożytności. Niestety okazało się inaczej. Koloseum w nocy było pięknie oświetlone. To chyba częste miejsce spotkań grup młodzieży. No i kiedy próbowaliśmy robić zdjęcia dopadł nas kolejny miejscowy handlarz sprzedający kwiaty i licytujący stawkę. Nienawidzę nachalności, więc to niespodziewane spotkanie zepsuło mi humor na resztę wieczoru. Dodatkowo nie czułam atmosfery tego miejsca, bo z pobliża zaczęły dobiegać irytujące dźwięki klubowej muzyki. Po okrążeniu Koloseum, wróciliśmy do motoru z zamiarem powrotu w to miejsce następnego dnia. Niestety okazało się, że zabłądziliśmy i nie byliśmy w stanie trafić do naszego hotelu. Byłam przemarznięta, wciąż przerażona chaosem, który panował na drodze. Marzyłam o gorącym prysznicu i wygodnym łóżku. Sytuacja zaczynała się pogarszać, ciągle jeździliśmy bez celu. W końcu I. znalazł jakąś taksówkę stojącą na postoju i zapytał kierowcę o kierunek. Pan taksówkarz chyba nie był skłonny, żeby bezinteresownie udzielić nam pomocy. Skończyło się na tym, że musiałam wsiąść z nim do taksówki i wrócić do hotelu, a I. miał jechać za nami i już na miejscu zapłacić za kurs. Okazało się, że hotel wcale nie był tak daleko… No cóż, cały zaistniały ciąg nieprzyjemnych zdarzeń tego wieczoru, miał jedną dobrą stronę – następnego dnia mogło być już tylko lepiej…





ROMAN HOLIDAY  (1)

• Danger on the road.



We drove to Rome on a motorcycle - the main target of our trip was achieved. Veni, vidi, vici! However, we didn’t think that from now on, we will have to try to survive in the Eternal City. Behavior and maneuvers of Italian drivers, it was a real madness. Insolence and haste. The civilized world with the laws of the jungle on the road. Crowded parking. Lots of cars and lots of scooters all around. It turns out that scooters are very popular means of transport in the Roman metropolis. Both men and women, using them. A scooter certainly helps avoid traffic jams. I must admit that streets were overcrowded and I had the impression that there are already no traffic rules and no holds barred. It was a normal situation that someone ran a red light. The horn was indispensable accessory of every driver because it seems like everyone took part in some race. I was terrified. I felt a real danger that we could die on the road. Fortunately, we stopped quickly next to the hotel, where I could calm down a little. In the room we drank champagne, rested a while and then we left room to search for the Colosseum - Flavian Amphitheatre. It was supposed to be a romantic walk among the extinct ruins of ancient. Unfortunately it wasn’t. Colosseum at night was illuminated beautifully. I think it's frequent place of meeting for youth. And when we were trying to take pictures, the next local dealer hit us and try to sell flowers. I hate pushy people, so this unexpected meeting ruined my mood for the rest of the evening. In addition, I didn’t feel the atmosphere of the place because of annoying sound of club music in the vicinity. After rounding Colosseum, we went back to the motor with the intention of returning to this place the next day. Unfortunately, it turned out that we lost track and we were not able to get to our hotel. I was chilled and still terrified of the chaos on the road. I dreamed of a hot shower and an comfortable bed. The situation began to deteriorate. In the end, I. found a taxi and He asked the driver for directions. Taxi driver didn’t want to give us help selflessly. Finally, I had to go back to the hotel in the taxi and I. had to follow us and pay for the course in the end. It turned out that the hotel was not so far away... Well, the whole series of unpleasant events which occurred that evening, had a good side - the next day could be only better...










wtorek, 10 grudnia 2013

All roads lead to Rome (8)

PIZA – Z WIZYTĄ NA PLACU CUDÓW




Dotarliśmy do zatłoczonej Pizy. Jakiś czas błądziliśmy ulicami miasta w poszukiwaniu Krzywej Wieży. W końcu udało nam się zaparkować w pobliżu. Przywitała nas piękna słoneczna pogoda i w końcu mogłam zrzucić z siebie ciężki motocyklowy strój i zamienić sportowe buty na moje śliczne kobaltowe botki. Od razu poczułam się bardziej kobieco. Poszliśmy na spacer. Pogoda była idealna. Manewrowaliśmy wśród roześmianych turystów, zgromadzonych licznie na słynnym, wpisanym na listę UNESCO Placu Katedralnym (Piazza del Duomo), znanym bardziej pod magiczną nazwą Placu Cudów (Piazza dei Miracoli), na którym znajdują się 4 cenne marmurowe zabytki: Katedra pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP (Santa Maria Assunta Duomo), wolnostojąca dzwonnica (Campanile), alias kultowa Krzywa Wieża (Torre Pendente), Baptysterium pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela (największe włoskie baptysterium) oraz cmentarz (Camposanto), dla wielu najpiękniejszy cmentarz świata. Wszyscy oczywiście skupieni byli przede wszystkim na niezwykłej Krzywej Wieży i robili zdjęcia na jej tle (zwłaszcza popularne było ujęcie z próbą podtrzymania i powstrzymania przechylonej wieży przed upadkiem), a ci najcierpliwsi i najwytrwalsi czekali w dłuuugiej kolejce po to, aby wejść do wnętrza dzwonnicy. Dużo turystów opalało się na trawiastej części Placu, korzystając z promieni słonecznych, wyjątkowo szczodrze i przyjemnie spływających z nieba tego dnia.




W Pizie po raz kolejny przekonałam się jak sacrum miesza się z profanum. Plac Katedralny jest placem, na którym znajdują się sakralne budynki. Piękne, bezcenne, architektoniczne symbole przeszłości są miejscem pielgrzymowania miliona turystów z każdej strony świata. W takich miejscach kwitnie handel i jest obecny na każdym kroku pod postacią licznych stoisk z pamiątkami dla turystów i kolekcjonerów, a wszechobecni czarnoskórzy panowie wtapiają się w tłum i zachwalają wszem i wobec swój towar: zegarki, okulary słoneczne (względnie parasolki, jako że panowie są sprytnie i bardzo przedsiębiorczo przygotowani na każdą pogodową ewentualność).




Po opuszczeniu Placu, wstąpiliśmy na kawę do okolicznego Mc Donald’a. Symbol globalizacji jest w stanie przerażająco szybko i skutecznie opanować każdy obcy grunt. My także zgrzeszyliśmy i konformistycznie daliśmy się porwać temu konsumpcjonistycznemu nurtowi i stylowi życia.



PISA – A VISIT TO THE SQUARE OF MIRACLES

We arrived to the crowded Pisa. We was wandering some time and searching for the Leaning Tower. In the end, we were able to park in nearby. City greeted us with beautiful sunny weather and I could finally throw away the heavy motorcycle clothes and shoes to replace them by my beautiful cobalt boots. I immediately felt more feminine. We went for a walk. The weather was perfect. We saw a lot of laughing tourists gathered in the famous UNESCO-listed Cathedral Square (Piazza del Duomo), well known under the magic name of the Square of Miracles (Piazza dei Miracoli). In this square there are four precious marble monuments: the Duomo – cathedral (Santa Maria Assunta Duomo), free-standing bell tower (the Campanile), aka the iconic Leaning Tower (Torre Pendente), Baptistery of St. John (the largest Italian baptistery) and graveyard (Camposanto), the most beautiful cemetery in the world. Of course everyone was mainly focused on the extraordinary Leaning Tower and took pictures (especially popular was shot in pose which is an attempt to prevent the tilting tower before the fall) and those who was the most patient and persistent, wait in line for entering the bell tower. Many tourists sunbathed on the grassy side of the square because sunlight was extremely generous and nicely flowing down from the sky that day.




In Pisa, I found out once again how the sacred and profane are mixed. The Cathedral Square is a square with sacred buildings. It is the place with beautiful, priceless architectural symbols of the past so million tourists pilgrimage here from every part of the world. In such places, trade is present at every step –  in the form of numerous stalls with souvenirs for tourists and collectors. Omnipresent blacks guys blend into the crowd and sold watches and sunglasses (or umbrellas, because the men are clever and very entreprising so they were prepared for any weather eventuality).




After leaving the square, we bought coffee in the surrounding Mc Donald. Symbol of globalization is able to quickly and effectively masters every foreign land. We also sinned and moved with the flow of this kind of lifestyle.












niedziela, 8 grudnia 2013

All roads lead to Rome (7)

ZA WŁOSKĄ GRANICĄ – BOSKA TOSKANIA I NOCLEG W BORGO A MOZZANO

  •  „za 5 godzin będziemy w Pizie” – męskie pojęcie „skrótu"
  • Toskania J




Po przekroczeniu włoskiej granicy, czułam się początkowo wyobcowana. Kawa serwowana na stacjach benzynowych była pyszna, ale serwowane dawki, mimo że podane w eleganckich filiżankach, były dużo mniejsze. Nawet podwójne espresso nie było w stanie mnie zaspokoić. Czułam się jak wędrowiec, który przybył z innego świata. Wciąż byłam przemarznięta po przekroczeniu gór, chociaż klimat bardzo się zmienił. Niebo było bezchmurne, powiewał ciepły wiatr, powietrze stało się ciepłe i ociężałe od mieszających się w nim zapachów. Przekroczenie południowej granicy zaprowadziło nas do zupełnie innego świata.

Mimo to przygraniczne Bolzano okazało się wyłącznie punktem noclegowym na naszej mapie. Miasto nie urzekło nas specjalnie. Nie jestem fanką nowoczesnej urbanizacji. Nie robią na mnie wrażenia szklane wieżowce. Takie miasto w zestawieniu z ekspresyjnym włoskim temperamentem, jest obciążone niezdrowo przyspieszonym oddechem. Wyjechaliśmy więc bez żalu, licząc na atrakcje Pizy, która była naszym miejscem docelowym tego dnia. I. zdecydował, że możemy pozwolić sobie na to, aby zboczyć z autostrady, co automatycznie wydłużyło czas naszej jazdy, ale zagwarantowało niezapomniane widoki po drodze. Po sprawdzeniu odległości na GPS – ie, stwierdził, że jeżeli zboczymy z autostrady w okolicach Modeny, to droga do Pizy zajmie nam około 5 godzin. To nie było dla nas żadne wyzwanie. Toskania jest warta poświęcenia jej więcej czasu. Początkowo próbowaliśmy znaleźć właściwą drogę wśród upraw oliwek i winorośli. To nie było łatwe zadanie. Po drodze zatrzymaliśmy się w jednym z okolicznych miasteczek po to, aby zjeść obiad. Tam miałam „przyjemność” zjeść najgorszą pizzę w życiu. Okazuje się, że klasyczna włoska pizza to zwykłe ciasto, posmarowane odrobiną sosu pomidorowego i posypane odrobiną sera na wierzchu. Paskudztwo bez finezji, bez smaku i bez wyrazu.

Toskania rekompensowała jednak wszystkie trudy, niewygody i rozczarowania. To piękna, zielona, rozległa przestrzennie kraina. Im dalej jechaliśmy, tym bardziej dzikie i niedostępne tereny mijaliśmy po drodze. Było mnóstwo zakrętów, za którymi nie spodziewałam się żadnej cywilizacji. I w rzeczywistości faktycznie jej nie było. Rajska droga donikąd. Raz tylko wyprzedził nas sznur trzech ferrari – co było nieoczekiwanym synonimem luksusu pośród wszechobecnej aury swojskości. Bardzo rzadko, ale jednak czasami zdarzało się, że przejeżdżaliśmy przez niewielkie miejscowości, zdawać by się mogło, totalnie odcięte od świata, gdzie czas się zatrzymał. Życie płynęło tam swoim własnym, wolnym rytmem. Wyczuwało się spokój, prostotę, duchowość i religijność unoszącą się w powietrzu i obecną na każdym kroku i w każdym geście mieszkańców. Malutkie miasteczka o lekko zakurzonym uroku vintage. Niezapomniane spotkanie z nienachalną, nienarzucającą się magią, o której trudno zapomnieć.



Właściwie tylko jedno zjawisko niepokoiło mnie podczas podróży przez Toskanię. Były to stacje benzynowe, od których byliśmy ściśle uzależnieni. To był całkowity old school. I. przypomniały one czasy PRL – u. Niestety, tryb życia mieszkańców Toskanii, podobnie jak tryb życia wszystkich Włochów, rządzi się swoimi prawami. Po 15 – stej nie można było zatankować na żadnej z tych stacji, bo nie było pracowników, a samoobsługa nie wchodziła w grę. Po tej godzinie Włochy z punktu widzenia klienta i konsumenta są pogrążone w całkowitym letargu.

***



Mimo iż Toskania jest piękna, jakoś nie mogliśmy się z niej wydostać i w końcu trafić do Pizy. Zaczynałam czuć lekką desperację. Zaczynało się ściemniać, zrobiło się chłodno, byłam głodna i zmęczona i marzyłam o tym, żeby w końcu zsiąść z motoru. Jechaliśmy zdecydowanie dłużej niż planowane 5 godzin, a Pizy wciąż nie było widać zza horyzontu. Dodatkowo okazało się w trakcie jazdy, że aby dostać się tam musieliśmy się cofnąć i wrócić w alpejskie okolice. Widziałam góry z zaśnieżonymi wierzchołkami i dreszcz przebiegł mi po plecach, kiedy pomyślałam, że znowu poczuję górski klimat aż do szpiku kości. Nawet bez względu na to, że włoskie Alpy robiły na mnie mniejsze wrażenie niż austriackie i wydawały się bardziej „oswojone”. Celem tej wycieczki w założeniu, było pochłanianie Słońca w każdej dawce. Byliśmy głodni ciepła i światła, bo w Norwegii taka energia nie istnieje. Dlatego też pomimo zachwycających widoków dookoła, przerażała mnie sama myśl, że będziemy musieli dłużej jechać. Na szczęście zatrzymaliśmy się jakieś 60 km od Pizy, w prowincji Lukka, w uroczej miejscowości Borgo a Mozanno. Przenocowaliśmy w hotelu prowadzonym przez rezolutną, przebojową i przedsiębiorczą starszą panią, która nie znała angielskiego, ale w ogóle nie widziała w tym problemu, rozmawiając i tłumacząc wszystko energicznie po włosku.



Borgo a Mozzano jest jedną z wielu czarujących perełek Toskanii, leżącą na historycznym, najdłuższym, europejskim szlaku pielgrzymkowym, znanym pod nazwą via Francigena. Jej niewątpliwą atrakcją jest przepiękny magiczny most Św. Magdaleny (Ponte della Maddalena), zwany również Mostem Diabła (Ponte del Diavolo). Następnego dnia rano, poświęciliśmy trochę czasu na sesję zdjęciową w tym miejscu. Jestem absolutnie oczarowana tą okolicą. Wyspani, z nowym pokładem energii i optymizmu, opuściliśmy Borgo a Mozanno i pojechaliśmy w stronę Pizy, mając świeżo w pamięci piękno okolicy za nami, ale jednocześnie nie oglądając się już za siebie, ciekawi nowych odkryć, z którymi jeszcze zmierzymy się na naszej drodze.





ITALIAN BORDER - DIVINE TUSCANY AND ACCOMMODATION IN BORGO A MOZZANO

• " since five hours we will be in Pisa" - men's notion of short cut
• Tuscany J



I felt alienated after crossing the Italian border. Coffee which is served at petrol stations was delicious but serving dose was much smaller than to the north. Even a double espresso was not able to satisfy me. I felt like a traveler who had come from another world. I was still chilled after crossing the mountains but the climate has changed and became much warmer. The sky was cloudless, warm wind blew, the air became hot and heavy because of mix of smells. It seems that exceeding the southern border led us to another world.

However, the border Bolzano was only accommodation spot on our map. The city didn’t captivate us specifically. I'm not a fan of modern urbanization. The glass skyscrapers doesn’t make an impression on me. This kind of big city in combination with expressive Italian temper, is loaded with unhealthy fast breathing. So we left without regret, hoping for see places of interest in Pisa, which was our destination for the day. I. decided that we can afford to deviate from the highway, which automatically extended the time of our ride, but guaranteed us unforgettable views on the road. After checking the distance on the GPS, I. stated that if we turn off the highway in the vicinity of Modena, we will get to Pisa for about five hours. It was no challenge for us. Tuscany is worth of devoting more time there. Initially, we tried to find the right path among olive and vine – groving. It wasn’t an easy goal. On the way, we stopped at one of the surrounding towns in order to eat lunch. I had the "pleasure" to eat the worst pizza in my life. It turns out that classic Italian pizza is a simple cake, spread with a little tomato sauce and topped with a little amount of cheese. Something with no finesse and no taste.

However, Tuscany can compensate all the hardships, discomforts and disappointments. It's a beautiful, green, extensive land. The further we drove, the more wild and inaccessible areas we passed along the way. There were a lot of turns, I didn’t expect any civilization behind them. Paradise road to nowhere. Once, we saw three Ferrari on the road, which was unexpected synonymous with luxury amid pervasive aura of familiarity. Very rarely we passed through small towns, totally cut off from the world, where time has stopped and life has slow rhythm there. We could feel peace, simplicity, spirituality and religiosity floating in the air and visible at every step and every gesture of citizens. The tiny town with a bit dusty vintage charm. An unforgettable meeting with unimposing, unobtrusive magic, which is hard to forget.



Actually, only one phenomenon bothered me while traveling through Tuscany. I mean petrol stations. We were strictly dependent of them. It was a total old school, reminded the communist time. Unfortunately, the mode of life of the inhabitants of Tuscany, as well as the mode of life of all Italians, has its own rules. After 3 in the afternoon, we couldn’t fill up on any of these stations because there was no staff and self-service was out of the question. After this time, Italy from the perspective of the customer and the consumer is deep in a total lethargy.

***


Although Tuscany is beautiful, somehow we couldn’t get out of this place and finally get to Pisa. I felt a little desperation. It began to getting dark and cold. I was hungry, tired and I dreamed of to finally get off the motorbike. We drove much longer than planned five hours and we still couldn’t see Pisa over the horizon. In addition, we found out while driving than in order to get to Pisa, we had to go back in the alpine region. I was watching the top of the snowy peaks and I started to shiver like a leaf when I realized that I'd feel mountain climate once again and I chilled to the bone once again. Even regardless of the fact that the Italian Alps making less impression than the Austrian Alps which seemed more "tame". The purpose of this trip is to absorb the sun in each dose. We are hungry for heat and light because this energy doesn’t exist in Norway. Therefore, a thought that we must still ride really scared me. Despite the stunning views all around. Fortunately, we stopped 60 km from Pisa, in the province of Lucca, in the charming town Borgo a Mozanno. We spent the night in a hotel run by the resolute old lady.



Borgo a Mozzano is one of the many charming places of Tuscany. Town is situated in the historical, pilgrimage route, known as the Via Francigena. The undoubted highlight is the beautiful and magical Bridge of Mary Magdalene (Ponte della Maddalena), also called the Bridge of the Devil (Ponte del Diavolo). The next morning, we spent some time taking photos in this place. I am absolutely enchanted this area. We left the Borgo a Mozanno with a new energy and optimism and also with a fresh memory of the beauty behind us, but at the same time without looking behind, interesting new discoveries which we will face soon on our way.















piątek, 6 grudnia 2013

All roads lead to Rome (6)

POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI – ROMANTISCHE STRASSE W BAWARII: 
ZAMEK NEUSCHWANSTEIN





Podczas planowania podróży I. zastanawiał się czy będziemy jechać przez szwajcarskie, czy austriackie Alpy. Szwajcarskie są bardziej popularne, ale aby się o tym przekonać, musielibyśmy wydłużyć naszą trasę. Już na miejscu zadecydowaliśmy, że wolimy przejechać jak najszybciej przez alpejski etap, dlatego wybraliśmy Austrię. Przejazd motocyklem w górskich warunkach, już jest i tak nie lada wyczynem. Byliśmy zmarznięci, więc skrócenie tak malowniczej, ale jednocześnie trudnej trasy, było w tym wypadku bardzo zasadne. Mijaliśmy zachwycające górskie okolice. Nad horyzontem górowały majestatyczne epickie Alpy. I. zdziwił się, że są tak ogromne. Nie potrafiliśmy dostrzec ich wierzchołków zza zasłony otulającej je mgły. Powietrze było krystalicznie czyste, orzeźwiające, a woda w okolicznych jeziorkach – lazurowa. Podczas górskiej przeprawy obserwowaliśmy mnóstwo motocyklistów na drodze. To bardzo popularny szlak dla tego rodzaju środków transportu.




XIX – wieczny Zamek Neuschwanstein był jednym z głównych celów naszej podróży. Wzniesiony na skale, zlokalizowany na granicy niemiecko – austriackiej, jest jedną z głównych atrakcji Bawarii, przyciągającą rzesze turystów. Jest ku temu kilka powodów. Malownicza okolica, zachwycająca architektura i tajemnicza historia w tle – te atrybuty bronią się same, ale są dodatkowo umiejętnie podkreślone i podsycone marketingowo. Połączenie sacrum i profanum. Sami mogliśmy się przekonać, jak popularne jest to miejsce. Mimo, delikatnie mówiąc, nieciekawej deszczowej pogody, dookoła zgromadzony był wielonarodowościowy tłum turystów. Wszyscy cierpliwie czekali, aby wraz z przewodnikiem wejść do wnętrza zamku i poznać jego tajemnice.



Zamek Neuschwanstein, czyli Nowy Łabędzi Kamień, stał się pierwowzorem zamku Śpiącej Królewny z filmu Walta Disneya. Nic dziwnego. Jest absolutnie bajeczny i inspirujący. Wybudowany w pobliżu malowniczych Alp, wspaniale komponuje się z krajobrazem. Zamek jest zrealizowaną wizją króla Ludwika II Wittelsbach, zwanego Szalonym Królem lub Bajkowym Królem. Wizja ta prawie doprowadziła władcę do bankructwa – zamek onieśmiela bogactwem, przepychem i dbałością o detale. Miejsce to miało być azylem króla – wrażliwego marzyciela, niedostosowanego do rzeczywistości i intryg władzy. Król był od dzieciństwa zafascynowany światem mitów i legend o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu oraz o poszukiwaniu Świętego Graala. Znalazło to swe odbicie w projekcie zamku, który w efekcie był budowany przez 17 lat i tak naprawdę nigdy nie został skończony.




Życie króla Ludwika to tragiczna historia. Pojawiają się w niej wątki świadczące o homoseksualizmie władcy, co wówczas było kontrowersyjnym tematem tabu. Ponadto król pod koniec życia był posądzany o paranoję i zmarł w niejasnych okolicznościach. Został znaleziony martwy wraz ze swoim lekarzem psychiatrą nad brzegiem Jeziora Starnberskiego.

Łabędź jest motywem przewodnim architektonicznej wizji króla, szczególnie eksponowanym we wnętrzu zamku. Po pierwsze zamek Hohenschwangau, w którym dorastał Ludwik, leżący nieopodal wybudowanego później zamku Neuschwanstein, należał w przeszłości do rycerzy z rodu Schwangau. Ród ten miał łabędzia (Schwan) w swoim herbie. Po drugie Ludwik uwielbiał legendy arturiańskie. W jednej z nich pojawia się postać Lohengrina (Rycerza łabędzia), syna Parsifala, który często jest ukazywany w łodzi ciągniętej przez łabędzie. Historia ta urzekła Ryszarda Wagnera, który stworzył operę pod nazwą Lohengrin. Ludwik był protektorem Wagnera i wielbicielem twórczości tego kompozytora. Hol zamku ze świetnym nagłośnieniem, tzw. Sala Śpiewaków, jest jednocześnie salą dla orkiestry. Zdobią go malowidła – wizerunki przedstawiające znaki zodiaku oraz mityczne stworzenia, takie jak jednorożec, a także na ścianach widnieje historia Parsifala. To było ostatnie pomieszczenie wewnątrz zamku, jakie zwiedziliśmy wraz z przewodnikiem. Zaczęliśmy od pełnej złota i przepychu Sali Tronowej, z przepiękną drewnianą mozaiką na podłodze. Usłyszeliśmy wtedy opowieść o tym, że Ludwik złożył zamówienie na tron z kości słoniowej, który niestety nigdy nie dotarł do zamku. Okazało się, że król był również otwarty na nowinki techniczne. Wydawał rozkazy służbie za pomocą elektronicznego telefonu, w swojej sypialni miał umywalkę z bieżącą wodą, komnaty były ogrzewane powietrzem centralnego ogrzewania, a posiłki dla władcy wydawane przy wykorzystaniu specjalnie przeznaczonej do tego celu windy. Odwiedziliśmy także sypialnię Ludwika, którą zdobią piękne freski, opowiadające romantyczną historię Tristana i Izoldy.




BACK TO THE PAST – THE ROMANTIC ROAD IN BAVARIA: 
NEUSCHWANSTEIN CASTLE





When we were planning our trip, I. wondered if we will go by the Swiss or Austrian part of the Alps. The Swiss part is more popular but we will need to extend our route. We decided that we prefer to cover as soon as possible the Alps, which is why we chose Austria. I think that ride a motorcycle in the mountain conditions is really the claim to fame. We were frozen so took a short cut in this beautiful but also challenging route, was very reasonable in this case. We passed the stunning mountain surroundings. The majestic epic Alps loomed over the horizon. I. was surprised that this mountains are so huge. We couldn’t see their tops of the curtain of fog which enveloping them. The air was crystal clear, refreshing and the water in nearby lakes - azure. We saw a lot of mountain bikers on the road during the crossing. This is a very popular route for this type of transport.




XIX - century Neuschwanstein Castle was one of the main purpose of our trip. It is built on rocks and it is located at the border of Germany and Austria. It is also one of the main attractions in Bavaria. There were several reasons for that: the picturesque surroundings, stunning architecture and mysterious history in the background. We could see how popular this place is. Multinational crowd of tourists gathered around, despite of dull rainy weather. We all waited patiently to go with a guide into the interior of the castle and known its secrets.



Neuschwanstein Castle became the prototype of castle of Sleeping Beauty from Walt Disney's film. No wonder. It is absolutely fabulous and inspiring. Castle was built near the picturesque Alps and fits perfectly with the landscape. The castle is a realized vision of King Ludwig II Wittelsbach, known as Mad King or the Fairytale King. This vision almost led to the bankruptcy of the ruler - the castle intimidating because of wealth, opulence and attention to detail. This place is supposed to be the king’s refuge – Ludwig was the sensitive dreamer and he didn’t accept reality and intrigue of mastery. The king was fascinated by the world of childhood myths and legends of King Arthur and the Knights of the Round Table. This was reflected in the design of the castle which was built for 17 years in effect and has never really been done.



Ludwig’s life is the tragic story. There are threads about ruler homosexuality, which was very controversial at that time. In addition, king was accused of paranoia and died in unclear circumstances. He was found dead on the shore of Starnberski’s Lake, together with his psychiatrist.

Swan is the theme of the architectural vision of the king, especially prominent in the interior of the castle. The first, castle Hohenschwangau where Ludwig grew up, belonged in the past to the Knights of the house of Schwangau. This castle lying close to Neuschwanstein Castle which was built later. The kin had a swan (Schwan) in its coat of arms. Secondly, Ludwig loved Arthurian legends. One of them is about Lohengrin (Swan Knight), son of Parsifal, who is often shown with a boat pulled by swans. The story was captivated Richard Wagner who created the opera called Lohengrin. Ludwig was a patron and admirer of Wagner's works as composer. Hall of the castle with a great sound system, so-called Hall Singers, is also the room for the orchestra. It is decorated with paintings - images showing the signs of the zodiac and mythical creatures: such as the unicorn and the story of Parsifal. It was the last room inside the castle which we visited with guide. First we went to the full splendor of gold Throne Hall with beautiful wooden mosaic on the floor. Then, we heard the story that Ludwig has ordered the throne of ivory, which unfortunately never got to the castle. It turned out that the king was also open to technical innovations. He was giving orders to the service using an electronic phone, he had a sink with running water in bedroom, rooms were heated by air and meals for the king were served using specially elevator. We also visited the bedroom of Ludwig, which is decorated with beautiful frescoes, telling the romantic story of Tristan and Isolde.




















wtorek, 3 grudnia 2013

All roads lead to Rome (5)

POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI – ROMANTISCHE STRASSE W BAWARII: WÜRZBURG


Droga Romantyczna (Romantische Strasse) to nazwa bardzo popularnego szlaku turystycznego, zlokalizowanego w niemieckiej Bawarii, a dokładniej na trasie od Würzburga do Füssen. Szlak ten rozciąga się wśród malowniczych pejzaży i obejmuje urocze bawarskie miejscowości, które warto odwiedzić chociażby ze względu na obecnego w nich średniowiecznego ducha.


Nie żałowaliśmy tego, że zboczyliśmy z autostrady, by odwiedzić Würzburg – pierwsze miasto na Drodze Romantycznej. To było właściwie pierwsze miejsce, które udało nam się odwiedzić zgodnie z planem. Jestem zachwycona Bawarią. To magiczna bajeczna kraina. I nie obchodzi mnie, że Bawarczycy generalnie nie są lubiani przez resztę Niemców, bo podkreślają swoją autonomię, czują się samowystarczalni i są lekko egocentryczni. Bawaria jest cudowna. Kusi historią i pięknymi zabytkami pośród zachwycającej przyrody.



Po wjechaniu do Würzburga, zrobiliśmy mały research przejeżdżając ulicami miasta. Było piękne. Ślicznie wkomponowane w przyrodę. Nad horyzontem górowały 2 zabytki architektury: barokowa Rezydencja Biskupów, wpisana na listę UNESCO oraz średniowieczna twierdza Marienberg. Zostawiliśmy motor i wyruszyliśmy na krótki spacer. Dość szybko trafiliśmy na słynny XV – wieczny, 185 – metrowy most nad Menem (Alte Mainbrücke), charakterystyczny ze względu na 12 – ście monumentalnych (mierzących ok 4,5 m), kamiennych figur, ustawionych po jego obu stronach. Figury pojawiły się na moście dopiero w XVIII w.. Są to postacie zarówno świętych, jak i świeckich osobistości, ściśle związanych z miastem. Poświęciliśmy trochę czasu na spacer po moście i sesję zdjęciową w tym miejscu. Musieliśmy wciąż manewrować wśród nieskończonej fali turystów, do której też należeliśmy. To nie było łatwe zadanie, mimo że szerokość drogi na moście nie jest wcale mała i wynosi ok. 4 metry.



Po spacerze, wróciliśmy po motor i wyruszyliśmy z zamiarem zdobycia, zlokalizowanej na wzgórzu, twierdzy obronnej Marienberg. Od południowej i wschodniej strony zamek otaczają winnice, natomiast od strony północnej – park i ogródki działkowe. Twierdza była kilkukrotnie rozbudowywana na przestrzeni wieków. Pamięta jeszcze czasy celtyckie. Była średniowiecznym zamkiem, renesansowym pałacem, a następnie została barokową twierdzą. Jednym z jego najstarszych fragmentów jest wybudowany w 706 r. Kościół Mariacki. Obecnie twierdza jest udostępniana zwiedzającym i przystosowana ściśle do tego celu. W barokowej Zbrojowni znajduje się teraz muzeum, gdzie wystawiana jest kolekcja sztuki Franków (Mainfränkische Museum). We wschodnim skrzydle można zwiedzić Muzeum Budowli Książęcych (Fürstenbaumuseum) oraz poznać historię miasta, obejrzeć skarbiec i zbiór paramentów arcybiskupów, czyli przedmiotów niezbędnych w liturgii katolickiej. Zmęczony, głodny i spragniony wędrowiec, może odpocząć i wciąż chłonąć atmosferę zamku w południowej część twierdzy, zaadaptowanej do celów gastronomicznych. 




Jeszcze tego samego dnia wyruszyliśmy dalej w drogę, po to, żeby dostać się jak najbliżej Füssen, gdzie w okolicy znajduje się słynny zamek Neuschwanstein. To było marzenie I. Jedyne miejsce, poza docelowym Rzymem, gdzie chciał się zatrzymać na dłużej. Droga prowadząca do tego marzenia była jednak kręta. Trudna i wymagająca, ze względu na warunki pogodowe, które nas zastały. Było zimno i wietrznie. Tego dnia udało nam się przejechać wystarczająco długą trasę, by móc podziwiać Alpy, malowniczo wyłaniające się zza horyzontu. Zaczęło się ściemniać, więc mimo trudów podróży, to była wystarczająca zachęta i motywacja, by następnego dnia ruszyć z nadzieją dalej.






BACK TO THE PAST – THE ROMANTIC ROAD IN BAVARIA: WÜRZBURG

The Romantic Road (Romantische Strasse) is a very popular hiking trail located in Bavaria in Germany, on the way from Würzburg to Füssen. The rout stretches of picturesque landscapes and includes  charming Bavarian towns which are worth to visit because of their medieval spirit.

We didn’t regret that we deviated from the highway to visit Würzburg - the first city on the Romantic Road. It was actually the first place that we were able to visit as we planned. I am delighted Bavaria. This is fabulous magical land. I don’t care that the Bavarians are generally not well-liked by the rest of the Germans because they emphasize their autonomy and they are self-sufficient. Bavaria is wonderful region which entices visitors with history and stunning nature.




When we went to Würzburg, we did a little research passing through the city streets. The city was beautiful. Beautifully integrated with nature. Two monuments of architecture towered above the horizon. I mean baroque Residence of Bishops, listed by UNESCO and the medieval fortress Marienberg. We left the motorbike and went for a short walk. We came pretty soon to the famous XV- century, 185 - meter long Old Main Bridge over River Main (Alte Mainbrücke). Bridge is distinctive because of 12 – monumental (measuring about 4,5 m), stone figures, arranged on its both sides. Figures appeared on the bridge until the XVIII – century. These figures are both sacred and secular personalities closely associated with the city. We spent a bit of time to walk across the bridge and shooting photos here. We had to constantly maneuver in the endless wave of tourists, to which we also belonged. It was not an easy task, even though the width of the road on the bridge is not so small and has approximately 4 meters.




After the walk, we went back to the motorbike and we set out with the intent to find fortress Marienberg on a hill. From the southern and eastern side the castle is surrounded by vineyards and from the north – there is park and allotments. The fortress was expanded several times over the centuries and remembers the times of the Celtic. It was at first medieval castle, then Renaissance palace and finally baroque fortress. One of the oldest part of fortress is Church which was built in 706. Today the fortress is available to visitors and designed strictly for that purpose. In the Baroque armory there is now a museum where is exhibited a collection of Franks’ art (Mainfränkische Museum). In the east part, we can visit the Museum of Structural Princes (Fürstenbaumuseum) and learn about the history of the city. Wanderers who are tired, hungry and thirsty can relax and take in the atmosphere of the castle in the southern part of the fortress, which is adapted by restaurants and taverns.





Later that day, we went on the road, just to get as close to Füssen as possible. In the nearby there is famous Neuschwanstein Castle. It was an I.’s dream. The only place beside Rome, where He would stay longer. However, the road leading to this dream was really tortuous: difficult and challenging due to the weather conditions. It was cold and wind. That day, before it was getting dark, we were able to ride the route long enough to be able to admire the Alps which picturesque emerging from the horizon. Despite of the hardships of our journey, it was a sufficient incentive and motivation to move the next day again with new hope.