sobota, 11 lipca 2015

Bez komentarza

Dzisiaj dowiedziałam się, że zmarł mój promotor pracy magisterskiej i chociaż studia to dla mnie zamierzchły czas, do którego nigdy nie wracam, to jednak tak nieoczekiwane wywołanie duchów przeszłości dość mocno mną wstrząsnęło, mimo że głęboko wierzę w pokrzepiającą w odczuciu wielu reinkarnację. Nie wiem czemu, ale najwyraźniej wydawało mi się, że profesor B. jest niezniszczalny… Takie przynajmniej zawsze sprawiał wrażenie, tylko czy istnieje jakieś trwałe „zawsze”…? A może po prostu im więcej piasku przesypuje się w mojej prywatnej klepsydrze, tym bardziej zwiększa się świadomość na temat Jeźdźców Apokalipsy, którzy zaczynają nabierać coraz bardziej namacalnych kształtów? I nie chodzi wcale o to, że kształt kostuchy jest jakby coraz bliżej mnie, co wywołuje przerażenie, ale o rodzaj odwagi, na jaką zdobywam się, kiedy przyznaję sama przed sobą, że ten poniekąd mroczny kształt naprawdę istnieje! Życie jest krótkie i życie jest ulotne, dlatego tym bardziej powinniśmy czuć się odpowiedzialni za jego jakość. Śmierć profesora była dla mnie jednym z momentów przełomowych w tym dość trudnym dla mnie czasie, kiedy wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że znowu nadszedł czas na kolejne zmiany i podjęcie – w moim odczuciu skrajnej, bo zerojedynkowej – decyzji w sprawie przyszłości, którą to decyzję wymusza na mnie życie i chociaż niedawno intuicyjnie odrzuciłam kuszącą ofertę, to jednak wciąż miałam  wątpliwości czy zrobiłam dobrze nie podpisując cyrografu, zwłaszcza że w pracy zaczęły się dla mnie ciężkie dni odpokutowywania swojego wyboru w oparach krytyki, niezrozumienia i zdziwienia ze strony środowiska. Wiadomość o profesorze była obok mojego niereformowalnego idealizmu jednym z impulsów, dzięki którym znowu uwierzyłam we własną ścieżkę i przypomniałam sobie, że warto ryzykować i żyć w zgodzie z samym sobą, na przekór dążeniom i oczekiwaniom innych ludzi. Wiem, że wiele stracę, ale choć cena jest wysoka, to wiele też zyskam i jedno jest pewne – nie chcę podporządkowywać się realiom świata wyznaczonym przez kult monety, ani pozwolić zakuć się w niewolnicze kajdany narzucone przez szeroko pojęty System, który zabija relację wywyższając transakcję. Nie chcę wchodzić do takiej świątyni. Cały czas uczę się za to jak odróżniać pożądanie od konieczności i przekonuję się, że wcale nie potrzebuję wiele, więc odkładam na bok karierę, ambicję, przesadny intelektualizm oraz wykalkulowany materializm. To nie na tę drabinę chcę się wspinać. Szkoda mi na to życia. Mówią, że nie ma nic za darmo i nie można mieć wszystkiego, a ja wolę przegrać świat, ale wygrać duszę niż odwrotnie, dlatego wierzę, że nawet z pozoru najbardziej chaotyczne, pogmatwane i schizofreniczne poszukiwanie siebie nigdy nie może być stratą czasu. Ważne, aby nie złożyć się w ofierze czemuś, w co nie wierzę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz