Dzisiaj dowiedziałam się, że zmarł mój
promotor pracy magisterskiej i chociaż studia to dla mnie zamierzchły czas, do
którego nigdy nie wracam, to jednak tak nieoczekiwane wywołanie duchów
przeszłości dość mocno mną wstrząsnęło, mimo że głęboko wierzę w pokrzepiającą
w odczuciu wielu reinkarnację. Nie wiem czemu, ale najwyraźniej wydawało mi
się, że profesor B. jest niezniszczalny… Takie przynajmniej zawsze sprawiał
wrażenie, tylko czy istnieje jakieś trwałe „zawsze”…? A może po prostu im
więcej piasku przesypuje się w mojej prywatnej klepsydrze, tym bardziej
zwiększa się świadomość na temat Jeźdźców Apokalipsy, którzy zaczynają nabierać
coraz bardziej namacalnych kształtów? I nie chodzi wcale o to, że kształt
kostuchy jest jakby coraz bliżej mnie, co wywołuje przerażenie, ale o rodzaj
odwagi, na jaką zdobywam się, kiedy przyznaję sama przed sobą, że ten poniekąd mroczny
kształt naprawdę istnieje! Życie jest krótkie i życie jest ulotne, dlatego tym
bardziej powinniśmy czuć się odpowiedzialni za jego jakość. Śmierć profesora
była dla mnie jednym z momentów przełomowych w tym dość trudnym dla mnie
czasie, kiedy wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że znowu nadszedł
czas na kolejne zmiany i podjęcie – w moim odczuciu skrajnej, bo zerojedynkowej
– decyzji w sprawie przyszłości, którą to decyzję wymusza na mnie życie i
chociaż niedawno intuicyjnie odrzuciłam kuszącą ofertę, to jednak wciąż miałam wątpliwości czy zrobiłam dobrze nie podpisując
cyrografu, zwłaszcza że w pracy zaczęły się dla mnie ciężkie dni odpokutowywania
swojego wyboru w oparach krytyki, niezrozumienia i zdziwienia ze strony
środowiska. Wiadomość o profesorze była obok mojego niereformowalnego idealizmu
jednym z impulsów, dzięki którym znowu uwierzyłam we własną ścieżkę i
przypomniałam sobie, że warto ryzykować i żyć w zgodzie z samym sobą, na
przekór dążeniom i oczekiwaniom innych ludzi. Wiem, że wiele stracę, ale choć
cena jest wysoka, to wiele też zyskam i jedno jest pewne – nie chcę
podporządkowywać się realiom świata wyznaczonym przez kult monety, ani pozwolić
zakuć się w niewolnicze kajdany narzucone przez szeroko pojęty System, który
zabija relację wywyższając transakcję. Nie chcę wchodzić do takiej świątyni. Cały
czas uczę się za to jak odróżniać pożądanie od konieczności i przekonuję się,
że wcale nie potrzebuję wiele, więc odkładam na bok karierę, ambicję, przesadny
intelektualizm oraz wykalkulowany materializm. To nie na tę drabinę chcę się
wspinać. Szkoda mi na to życia. Mówią, że nie ma nic za darmo i nie można mieć
wszystkiego, a ja wolę przegrać świat, ale wygrać duszę niż odwrotnie, dlatego
wierzę, że nawet z pozoru najbardziej chaotyczne, pogmatwane i schizofreniczne
poszukiwanie siebie nigdy nie może być stratą czasu. Ważne, aby nie złożyć się
w ofierze czemuś, w co nie wierzę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz