Wszystko zaczęło się od racjonalnego postanowienia
rocznej przeprowadzki, która spłynęła na mnie jak orzeźwiające natchnienie mimo
pewnej dozy wewnętrznego oporu. Nie wiedząc na co się porywam, uznałam
niepewność za swój atut, bo mimo wszystko w obliczu zmian wolę karmić się
zaufaniem, nastrojem oczekiwania na prezent od losu i radosnym entuzjazmem niż
zatruwać lękiem i obawami o niepewną przyszłość. Wtedy jeszcze nie wiedziałam,
że moje plany związane z Poznaniem legną w gruzach, bo nic nie wyjdzie z kursu,
jaki obrałam za główny cel przeprowadzki właśnie pod ten adres. A mogłam jednak
wybrać góry, o czym w pewnym momencie zaczęłam nieśmiało marzyć… Pragmatyzm
wygrał, a ja poniekąd przegrałam, choć trzeba przyznać, że mój pierwszy kontakt
z miastem pozostawił niezatarte wrażenie, bo pierwszą noc w Poznaniu spędziłam
w parku. Było… no cóż – owocnie i intensywnie w doznania. Na szczęście choć byłam
pierwszy raz w obcym mieście, w dodatku na drugim końcu Polski, to wszystko
traktowałam jak przygodę, która weryfikuje mój hart ducha i odwagę, a
wyposażona na drogę dodatkowo we wrodzoną naiwność - bardziej spodziewałam się
zobaczyć wśród drzew wróżkę czy jednorożca niż zbira, który będzie chciał mi
poderżnąć gardło. W sumie dobrze, że miałam takie podejście, bo: a) kiedy
okazało się, że miałam zbyt optymistyczne założenia odnośnie bezproblemowego
znalezienia noclegu, zamiast przerazić się na śmierć alternatywą nocy w parku,
poczułam spokój, że już przynajmniej nie muszę szukać innego miejsca, ani
błąkać się po mieście, które po zmierzchu przypomina widmo; b) przecież
jakością myśli przyciągamy do siebie określone zdarzenia, a ja byłam
niewzruszenie pewna, że nic złego mi się nie stanie. Co więcej, to właśnie wyludnione
ulice przerażały mnie bardziej niż opuszczony park, choć nie przypuszczałam, że
zostanę skonfrontowana akurat z tą szczególną prawdą o sobie, skoro miałam wówczas
wyjechać z domu tylko na 2 dni i w dodatku tylko i wyłącznie po to, aby
uczestniczyć w rozmowie kwalifikacyjnej, na którą zostałam zaproszona. Na pewno
ten „survival” á la codzienność bezdomnego utwierdził mnie w przekonaniu, że już
na zawsze częścią mnie zostanie niereformowalna dzikość, bo miasto za bardzo
mnie męczy, a skutecznym remedium na to znużenie jest dla mnie kontakt z
naturą, który jest szansą na to, aby dostroić się do świata na metafizycznym
poziomie, niezafałszowanym przez pryzmat tzw. cywilizacji. Zresztą wszystko
dzieje się przecież po coś i tak też było w moim przypadku, bo okazuje się, że
najbardziej zaskakujące i niesamowite zdarzenia w życiu są tak naprawdę
najlepszym świadectwem na to, że nic nie dzieje się bez przyczyny i bez wyższej
ingerencji. Tak też i ja nie znalazłam się w tym parku przypadkowo. Byłam we
właściwym miejscu i o właściwym czasie, żeby poznać człowieka, który rozpocznie
nowy etap w moim życiu i będzie chciał je totalnie zrewolucjonizować… Wyreżyserowane
przypadki jednak istnieją i nie jest to stylistyczny oksymoron, a raczej niespodziewane,
cudowne etapy wyznaczające nowe rozdziały na naszej osobistej linii czasu,
które bywają niezobowiązującą przyjemnością, pouczającą metamorfozą, a nieraz
są okupowane bólem i stratą związaną ze stanem wewnętrznej śmierci. Wszystko
jest zaplanowane, a każdy człowiek, którego spotykamy coś ze sobą wnosi,
czasami coś inicjuje, a czasami coś kończy. Jak będzie w moim przypadku? Czas
pokaże, ale choć pozytywne myślenie staje się moim nawykiem, to przeczucie mówi,
że ciągnie się za mną trudna karma, jeśli chodzi o moje związki z innymi ludźmi,
bo sarkastycznie muszę przyznać, że najwyraźniej lubię uczyć się na błędach, a
więc ci, którzy wywracali moje życie do góry nogami, to byli jednocześnie moi najwięksi
nauczyciele – lustra, w których odbijało się wszystko to, co mnie złości,
irytuje i czego sama w sobie nie lubię. Wniosek? Jedyne, co mogę teraz zrobić,
to zgodzić się na wszystkie warunki, nie krzywdzić innych, szanować siebie,
mieć jasne intencje i wierzyć, że może w końcu nauczę się pokory, akceptacji,
cierpliwości i bezwarunkowej miłości do świata, która jest dla mnie ideałem
uczucia, jakim można rozświetlać tę planetę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz