czwartek, 26 listopada 2015










Kolejna przeprowadzka wiąże się z tym, że kolejny raz usiłuję zreorganizować swoje życie. Nie jest łatwo, bo jestem w Poznaniu już ponad miesiąc, ale nie udało mi się jeszcze wygospodarować wystarczającej ilości czasu dla siebie. Ciągle gdzieś gonię i mam wrażenie, że drogi, którymi się poruszam wykolejają mnie i odciągają od zaplanowanego celu. Pochłonęła mnie materialna strona życia, która wiąże się z zapewnieniem sobie warunków bytowych. Nie mam czasu biegać i nie mam czasu pomyśleć. Czasami w chwilach słabości zastanawiam się, co ja tu właściwie robię? I oczywiście nie znajduję satysfakcjonującej odpowiedzi, która mogłaby mnie uspokoić. Jestem tu po to, żeby doświadczać i wyciągać lekcje – tylko tyle wiem. A gdzie mnie to zaprowadzi? Jak zwykle nie mam pojęcia, ale to jest OK, bo życie nauczyło mnie nie przywiązywać się zbytnio do swoich planów i oczekiwań. Może kiedyś zrozumiem, po co to wszystko i przestanę notorycznie popełniać te same błędy. Może kiedyś dostanę to, czego chcę albo zrozumiem, że jeśli czegoś nie mam, to jest to fart i dar od losu, tyle że teraz tego nie dostrzegam. Życie to naprawdę pudełko czekoladek i najlepiej jest celebrować każde wrażenie smakowe, jakie daje, nie tylko te ulubione, czyż nie? Póki co moje współistnienie z miastem nie jest tak do końca złe, choć nigdy nie będzie to relacja idealna i harmonijna. Na pewno życie ma teraz swoją cenę, którą trzeba zapłacić i chociaż miło jest smakować czy doświadczać miejskiej, czyli wygodnej rzeczywistości, to jednak niewiele się zmieniło – najlepiej, bo najpełniej odpoczywam na łonie natury, odseparowana od hałasów ulicy i bliskiej obecności innych homo sapiens. To daje mi wytchnienie i jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – drzewa są moimi najlepszymi przyjaciółmi, bo to z nimi najlepiej się rozumiem, czując energetyczną bliskość, która daje ukojenie i podczas kryzysu ogarniających mnie wątpliwości przypomina mi, że świat jednak jest piękny, a w życiu chodzi o coś więcej niż pieniądze i kariera. Nie po to istniejemy. Na tym polega moja osobista magia codzienności – świat może być wartościowy mimo bieżących problemów, o ile to my sami nadamy mu wartość, piękno i znaczenie poprzez odpowiednie ukierunkowanie swoich myśli. Każdy może użyć czarodziejskiej różdżki swojego umysłu po to, aby zmieniać swoją codzienność. Dla mnie najlepsze i najbardziej stabilne jest to, co zawsze było i to, czego częścią się czuję, czyli to, co pierwotne: ziemia, która pozwala mi się zakorzenić, drzewa, które są dla mnie wzorem siły i wytrwałości, szum wiatru przynoszący zmiany, zwierzęta, które pokazują, że jednym z celów życia jest nieskrępowana naturalność oraz ptaki, które rozbudzają we mnie tęsknotę za podążaniem za marzeniami i wolnością. To mi w jakiś sposób przypomina, że dom jest wszędzie tam, gdzie jestem, bo nie jest to wcale konkretne miejsce na ziemi, tylko suma  odczuć i wrażeń, jakie w sobie wyzwalam. Najwyraźniej okiełznałam swój racjonalny umysł i zdetronizowałam go jako nieomylnego Salomona, a dopuściłam do głosu swoje wewnętrzne dziecko, dzięki czemu teraz jest mi łatwiej i swobodniej żyć. Wiem, że umarłabym mentalnie gdybym wierzyła tylko w to, co widzę i słyszę, bez marginesu bezpieczeństwa w postaci zaufania do pozamaterialnej wielowymiarowej rzeczywistości. W końcu miasto jako sztuczny twór pełen zakazów i nakazów uczy mnie niewielu wartościowych rzeczy, ale jestem tu, a więc muszę nauczyć się sztuki przetrwania w tym swoistym więzieniu, co nieodłącznie wiąże się z koniecznością podporządkowania ustalonym normom i regułom życia społecznego. Muszę być konformistką, choć czasem cierpi na tym moje poczucie wewnętrznej jedności. A może po prostu uczę się zasad, aby wiedzieć jak łamać je we właściwy sposób oraz prawdziwej wolności, która wypływa z wewnątrz? Natura ukierunkowuje mnie i pozwala odpocząć w tym złożonym procesie, a także pokazuje mi siłę prawdy i uczy życia w harmonii z samą sobą, co przekłada się na moje relacje z innymi. Uwielbiam obcować z tą niezakłamaną siłą i towarzyszącymi jej duchami. Dzięki niej widzę życie wszędzie i wszystko ma dla mnie głęboko medytacyjny wymiar, bo cała ziemia odczuwa rzeczywistość na swój unikalny sposób. Co więcej, każda rzecz ma swoje drugie oblicze, a patrzeć można też pozazmysłowo, a iluzja rzeczywistości polega na tym, że nie dostrzegamy innego świata poza miejskimi murami. Tymczasem wystarczy zmienić perspektywę, aby odkryć, że niewiele potrzeba do szczęścia i to my sami jesteśmy za nie odpowiedzialni, bo szczęście to nie jest materia, choć z drugiej strony szczęściem może być wszystko, co nas otacza, bo jest to odczucie mentalne, które nosi się w sobie, opromieniając i upiększając nim swoją rzeczywistość.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz