niedziela, 13 marca 2016

Rany i blizny, czyli wspomnienia z Nocy Sylwestrowej

To były tylko 4 dni razem w innym mieście, ale coś się zmieniło. Wróciłam przetransformowana. Zatraciłam część siebie na rzecz kogoś innego. Pokochałam – dałam D prawo do bycia osobą, która potrafi mnie zranić. Udaje Mu się to po mistrzowsku. Sylwestra spędziliśmy w łóżku. Nawet nie doczekaliśmy fajerwerków o północy – zasnęliśmy. Po przyjemnym dniu zwiedzania, przyszedł pierwszy kryzys. Postanowiliśmy spakować się i zmienić tymczasową lokalizację, ale chociaż przeprowadzkę umilaliśmy sobie alkoholem, to dobry nastrój prysł jak bańka mydlana z chwilą, kiedy weszliśmy do nowego miejsca.


Imagination

Satisfaction


Obrazy na ścianach zupełnie nie pasowały do klimatu, jaki wnieśliśmy. Dla odmiany w pokoju było ciepło, ale tym razem to między nami panowała lodowata atmosfera. D zaczął mnie oskarżać tak, jak kiedyś, ale tym razem był bardziej agresywny. Krzyczał, przeklinał, palił jednego papierosa za drugim. Jeszcze nie widziałam Go w takim stanie. Wypowiedział dużo słów, które mnie zraniły. Wytykał mi błędy, krytykował, obniżał samoocenę. Wyrzucał, że go wykorzystuję. Mówił, że mi nie ufa, że jestem nieuczciwa, wygodna, nieogarnięta, egoistyczna, okrutna. Potrafił uczepić się jednego niepozmywanego talerza, który wg Niego świadczył o tym, że jestem samolubna, nie można na mnie liczyć, nie potrafię wspierać i myślę tylko o sobie. Skupiał się na jednym zdjęciu ze świąt, którego nie miałam ochoty oglądać, które wystarczyło Mu na to, aby wyciągnąć wniosek, że nie mam dobrego podejścia do dzieci i nie byłabym dobrą matką. W kulminacyjnym momencie powiedział, że chce, żebym zniknęła, ale nie pozwolił mi spać. Nie pozwolił mi milczeć. A ja wiedziałam, że moje milczenie jest dla Niego nie do zniesienia, ale nie byłam gotowa, żeby stanąć z Nim twarzą w twarz. Słowa nic by nie zmieniły. Moja obrona nic by nie dała. To nie o mnie przecież chodziło. Powinnam przenieść punkt ciężkości i skupić się na Nim, bo przecież Jemu chodzi tylko o to, żeby zobaczyć w moich oczach akceptację i pewność, że Go nie odrzucam. Jego ataki to pokręcony test, która ma Mu udowodnić czy mi na Nim zależy, czy nie. Jego ataki to jawnie okazana niechęć do samego siebie, bo D odmawia sobie prawa do szczęścia, a jego nieuleczona podświadomość każe Mu odrzucić wszystko, na czym Mu zależy i co kocha. Wiedziałam to wszystko, ale i tak stchórzyłam. Poddałam się. Nie chciałam rozmawiać. Nie chciałam być. Nie chciałam czuć. Nie chcę cierpieć na własne życzenie i nie chcę czuć, że jestem niedoceniana czy wykorzystywana. Pomyślałam, że pora się uwolnić i wyjechać dzień wcześniej z Wrocławia, a później zniknąć jak najszybciej z Jego życia i wyprowadzić się jak najdalej. Lepiej być samemu niż męczyć się we dwójkę. Przecież wcale nie muszę z Nim być i nic nie trzyma mnie w Poznaniu. Za dużo słów padło, żeby mogło być tak, jak dawniej. Rano zwyciężyło poczucie odpowiedzialności. Zgodziłam się zostać, ale nie potrafiłam pozbierać się po nocy. Czułam się fatalnie. Nie wiedziałam, kim jest facet obok mnie i czego jeszcze mogę się po nim spodziewać, ale nie potrafiłam zostawić Go w takim stanie. Za bardzo bałam się tego, co może sobie zrobić. Za bardzo szanuję Jego życie i nie potrafię pogodzić się z tym, że może je zmarnować zatracając się w uzależniających oparach swojej destrukcyjnej przeszłości. Tymczasem z założenia beztroska wyprawa na magiczną Ślężę zakończyła się kolejną katastrofą. Było tak zimno, że po wyjściu z autobusu przeszliśmy zaledwie kilka kroków i cofnęliśmy się z powrotem. Nie wyszliśmy nawet z Sobótki. D znowu zaczął się na mnie wyżywać tak, jakby zwiedzanie Ślęży zimą to był mój pomysł. Znowu mówił, żebym znalazła sobie kogoś, kto nie ma takiej przeszłości jak On, kogoś kto zadba o mnie, o moje potrzeby oraz da mi szczęście i bezpieczeństwo, na które zasługuję. Czułam, że już dłużej nie wytrzymam. Zaczęliśmy się rozpadać na milion kawałków, których nie miałam siły zbierać. Pomogła świątynia, która miała być schronieniem przed mroźnym górskim powietrzem, gdzie mieliśmy przeczekać na autobus powrotny z Sobótki do Wrocławia. Ten kościół okazał się czyśćcem, gdzie wyspowiadaliśmy się sami przed sobą i choć czułam, że profanujemy to miejsce rozgrzewając się wódką, to nic innego i tak nam nie pozostało. Mogliśmy tylko pić i rozmawiać w nadziei, że kiedyś się zrozumiemy.


Osobowość bordeline


Wg psychiatry jedynym ratunkiem jest półroczna kuracja w zakładzie zamkniętym. Obiecałam, że z Nim zostanę. W takim miejscu brzmiało to jak przysięga. Nie cofnę już tych słów.


Poświęcaj dla człowieka wszystko, ale człowieka nie poświęcaj dla niczego

Devotion


Każde zaangażowanie wymaga ofiary, poświęcenia części siebie. W tym przypadku narażam się na cierpienie Jego nagłych wybuchów złości i paranoicznej podejrzliwości. Biorę też pod uwagę to, że kiedyś D przestanie na mnie reagować, bo nie będę już fascynującą nowością, która potrafi Go ukoić, a po fali miłości przyjdzie czas na falę nienawiści, która pochłaniając Jego będzie chciała wciągnąć także mnie. Ja z kolei cały czas jestem impulsywna i błądzę w sposobie, w jaki zdarza mi się Go traktować. Mimo, że jestem świadoma Jego  problemów, to nie jestem wyrozumiała dla zniewolenia słabości, w jakie uwierzył Jego umysł.


We are made of scars



Jak żyć ze sobą pełnią, bez kompromisów oraz bez egocentryzmu i ranienia siebie nawzajem? Czy jest to w ogóle możliwe? Jak sprawić, żeby związek nie miał w sobie cienia mentalnej i emocjonalnej transakcji, a zaczął być czystą i niewinną relacją?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz