Czasem grawitacja w Poznaniu jest dla mnie
zbyt ciężka, a kiedy nie mogę oderwać stóp od ziemi, a każdy krok naprzód
kosztuje mnie mnóstwo energii, wysiłku i czasu, gubię po drodze większość
motywacji i radości życia tak, jakby te uczucia były balastem, a nie latawcem,
który mógłby mnie ponieść do lepszych czasów. Kiedy jest bardzo, bardzo, bardzo
źle staję się autodestrukcyjna, wykazując iście wampirze skłonności do obcowania
wśród cieni. Myślałam, że tę drogę w dół mam już dawno za sobą, ale najwidoczniej
wciąż zdarza mi się jak lunatyk w mrocznym świetle krwawego księżyca podążać
labiryntem rozpaczy i braku akceptacji do zastanego status quo.
To
uczucie, kiedy nic nie idzie po mojej myśli, a świat mnie przygniata.
To
uczucie braku przystosowania do gęstej materii.
To
uczucie wyobcowania.
W moim koszmarze wciąż uparcie trwa upiorny
taniec w gabinecie krzywych luster, w których przyglądają mi się moje strachy, przybierając
coraz bardziej szkaradne formy. No cóż, teraz jestem mądrzejsza o tyle, o ile
wiem, że zejście do piwnicy jest czasem potrzebne, żeby zrobić w niej porządek,
a wszystkie potwory, jakie się w niej
czają mają tylko taką moc, jaką sama im nadam.