Chłodny sobotni wieczór. Ciemna opuszczona
ulica. Wracam do domu po pracy. Zatopiona w myślach sunę pomiędzy blokami nie
zdając sobie jeszcze sprawy, że tuż za rogiem czeka mnie spotkanie z pogranicza
snu i jawy, spotkanie, którego wolałabym uniknąć, interakcja, której zaczynam
żałować już w momencie podjęcia tajemniczego zaproszenia…
***
Znienacka na mojej drodze staje człowiek.
To wąsaty mężczyzna po 50 – tce, w długim płaszczu, ubrany na czarno, z zapalonym
papierosem w dłoni. Woła: „Hej, ty!”. Myślałam, że potrzebuje pomocy. Reaguję
instynktownie: uśmiech i zainteresowanie, odpowiedź: „Słucham”. I już w
momencie, w którym wyłonił się z cienia, żeby za wszelką cenę popatrzeć mi w
oczy, w chwili, kiedy zobaczyłam jego drwiący półuśmiech i roziskrzone dziwnym
blaskiem spojrzenie – poczułam irracjonalny strach. Pożałowałam, że się
zatrzymałam, ale było już za późno. Domino już zaczęło się przewracać, a
ostatni klocek upadł w momencie, w którym usłyszałam spokojnie wygłoszone
proroctwo: „Już nie żyjesz”. Odeszłam nie odwracając się za siebie. Wpadłam do
pustego mieszkania i płakałam przez 2 godziny jak małe, wystraszone dziecko. Czy
uwierzyłam w przekaz nieznajomego? Oczywiście, że tak! Nawet jeżeli był nawiedzony,
nawet jeżeli tylko chciał mnie skrzywdzić czy zepsuć nastrój bredząc bez sensu
– słowa, w które wierzymy to potężne narzędzie, które ma moc kształtowania
życia, jeżeli pozwolimy zakotwiczyć im się w naszej podświadomości. Nie
chciałam wierzyć bezgranicznie, ale zasiane ziarno wątpliwości i pytania w
stylu: „a jeśli to prawda, bo skąd mam mieć pewność, że nie?, „jeśli to Mojra skrojona
na miarę naszych czasów z wiadomością od Wszechświata?”, są w stanie zburzyć
spokój. Tego dnia nieznajomy skutecznie rzucił na mnie klątwę.
***
Tak często narzekam na świat, że jest w nim
za mało sacrum. Tak często jestem rozczarowana ludźmi, że zachowują się
bardziej jak zwierzęta niż istoty wyższe. A mimo to żal byłoby mi już teraz
odchodzić. Bo na tej płaszczyźnie i w tej konkretnej czasoprzestrzeni pojawił
się T. Bo wynurzył się z chaosu, a fakt, że Go poznałam uznaję za Boski akt
łaski. Bo chociaż wytresowałam się w chowaniu w zakamarkach swojego umysłu jak
dzikie zwierzę, to dla Niego wychodzę, choćby mieli mnie złapać i odstrzelić,
pokazuję prawdziwą skórę, choćby mieli ją zedrzeć, zlicytować i sprzedać,
porzucam huśtanie się na chmurze i patrzenie na świat z wysoka, choćby miało to
oznaczać tarzanie się w błocie i brudzie. Bo zaczarował i pokolorował
codzienność, która w moich oczach tak często bywa wyprana z blasku jak zużyte
ubranie. Bo sprawił, że gwiazdy zaczęły spadać. Bo sprowadził Niebo na Ziemię. Bo
wolę nieskończoność pochmurnych ziemskich dni z Nim niż całą słoneczną rajską wieczność
bez Niego. Bo kocham Go i nieskończonością, i wiecznością. I już nic tego nie
zmieni. Miłość jest niebiańską świątynią, świętym imperium zbudowanym na
ziemskim piachu i pyle. I chociaż wiem, że zapewne nieraz zdarzy się, że ten
piach i pył wzbije się w powietrze, wpadnie przez otwarte okno, dmuchnie nam w
oczy i nas oślepi, to rozwiązanie i sens znajdę zawsze w tym samym miejscu – w
pierwotnym miejscu bólu i radości. W miejscu, w którym umarłam i narodziłam się
na nowo. W Jego oczach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz