niedziela, 16 października 2016



Chłodny sobotni wieczór. Ciemna opuszczona ulica. Wracam do domu po pracy. Zatopiona w myślach sunę pomiędzy blokami nie zdając sobie jeszcze sprawy, że tuż za rogiem czeka mnie spotkanie z pogranicza snu i jawy, spotkanie, którego wolałabym uniknąć, interakcja, której zaczynam żałować już w momencie podjęcia tajemniczego zaproszenia…


***


Znienacka na mojej drodze staje człowiek. To wąsaty mężczyzna po 50 – tce, w długim płaszczu, ubrany na czarno, z zapalonym papierosem w dłoni. Woła: „Hej, ty!”. Myślałam, że potrzebuje pomocy. Reaguję instynktownie: uśmiech i zainteresowanie, odpowiedź: „Słucham”. I już w momencie, w którym wyłonił się z cienia, żeby za wszelką cenę popatrzeć mi w oczy, w chwili, kiedy zobaczyłam jego drwiący półuśmiech i roziskrzone dziwnym blaskiem spojrzenie – poczułam irracjonalny strach. Pożałowałam, że się zatrzymałam, ale było już za późno. Domino już zaczęło się przewracać, a ostatni klocek upadł w momencie, w którym usłyszałam spokojnie wygłoszone proroctwo: „Już nie żyjesz”. Odeszłam nie odwracając się za siebie. Wpadłam do pustego mieszkania i płakałam przez 2 godziny jak małe, wystraszone dziecko. Czy uwierzyłam w przekaz nieznajomego? Oczywiście, że tak! Nawet jeżeli był nawiedzony, nawet jeżeli tylko chciał mnie skrzywdzić czy zepsuć nastrój bredząc bez sensu – słowa, w które wierzymy to potężne narzędzie, które ma moc kształtowania życia, jeżeli pozwolimy zakotwiczyć im się w naszej podświadomości. Nie chciałam wierzyć bezgranicznie, ale zasiane ziarno wątpliwości i pytania w stylu: „a jeśli to prawda, bo skąd mam mieć pewność, że nie?, „jeśli to Mojra skrojona na miarę naszych czasów z wiadomością od Wszechświata?”, są w stanie zburzyć spokój. Tego dnia nieznajomy skutecznie rzucił na mnie klątwę.


***


Tak często narzekam na świat, że jest w nim za mało sacrum. Tak często jestem rozczarowana ludźmi, że zachowują się bardziej jak zwierzęta niż istoty wyższe. A mimo to żal byłoby mi już teraz odchodzić. Bo na tej płaszczyźnie i w tej konkretnej czasoprzestrzeni pojawił się T. Bo wynurzył się z chaosu, a fakt, że Go poznałam uznaję za Boski akt łaski. Bo chociaż wytresowałam się w chowaniu w zakamarkach swojego umysłu jak dzikie zwierzę, to dla Niego wychodzę, choćby mieli mnie złapać i odstrzelić, pokazuję prawdziwą skórę, choćby mieli ją zedrzeć, zlicytować i sprzedać, porzucam huśtanie się na chmurze i patrzenie na świat z wysoka, choćby miało to oznaczać tarzanie się w błocie i brudzie. Bo zaczarował i pokolorował codzienność, która w moich oczach tak często bywa wyprana z blasku jak zużyte ubranie. Bo sprawił, że gwiazdy zaczęły spadać. Bo sprowadził Niebo na Ziemię. Bo wolę nieskończoność pochmurnych ziemskich dni z Nim niż całą słoneczną rajską wieczność bez Niego. Bo kocham Go i nieskończonością, i wiecznością. I już nic tego nie zmieni. Miłość jest niebiańską świątynią, świętym imperium zbudowanym na ziemskim piachu i pyle. I chociaż wiem, że zapewne nieraz zdarzy się, że ten piach i pył wzbije się w powietrze, wpadnie przez otwarte okno, dmuchnie nam w oczy i nas oślepi, to rozwiązanie i sens znajdę zawsze w tym samym miejscu – w pierwotnym miejscu bólu i radości. W miejscu, w którym umarłam i narodziłam się na nowo. W Jego oczach. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz