czwartek, 10 listopada 2016





Właściwie zaczęłam chorować od razu kiedy wyszedł, bo to nie było dobre spotkanie. Nie miałam nastroju, byłam przybita pracą i modliłam się tylko o to, żeby zostawił mnie już samą, bo kiedy był zbyt blisko – stał w pierwszej linii do ostrzału. Bałam się o Jego kuloodporność, o to ile serii jest w stanie znieść zanim ostatecznie pokona Go moja siła rażenia? A tak się składa, że kiedy jestem sfrustrowana wyję, gryzę i drapię pazurami. Jestem dzika, niecywilizowana i niepohamowana. I nie potrafię tego powstrzymać. Wciąż miewam kryzysy, podczas których nie mogę pogodzić się z tym, że świat nie jest słodki jak wata cukrowa, a związków nie wypełniają tylko tęczowe barwy. Zaślepiona ideałami nie potrafię przyjąć do wiadomości, że świat to przypływy i odpływy, życie i śmierć, troska i okrucieństwo, radość i cierpienie, krew i śmiech. A ja też jestem tym światem. W miłości zaczęłam uciekać, dystansować się, desperacko pożądać samotności, bo skoro nic się nie zmienia i mój osobisty cykl obumierania, przestoju, chowania się w siebie objawia się drapieżczymi skłonnościami w stosunku do innych, to postanowiłam izolować Go od siebie, bo nie chcę, żeby zbyt dobrze poznał tę część mojej natury, kiedy nie jestem już subtelną łagodną Selene, która roztacza urok i czar, a wiedźmowatą i przerażającą Hekate, która pali i niszczy. Jestem taka, jaki jest świat – w jednej chwili kreuję i otaczam ochroną, w drugiej zabijam w imię pradawnych instynktów. Pielęgnuję w sobie archetyp Persefony: raz wychodzę na światło dnia, raz schodzę do ciemności. A w momentach, w których pogrąża mnie Hades wyrzekam się siebie, swojej ciemnej strony, zmienności nastrojów i melancholii. Podczas naszego ostatniego spotkania dałam się uwieść swoim demonom. Byłam o włos od wypowiedzenia klątwy: „nic z tego nie będzie”. W imię czego? W imię irracjonalnych osądów mojego przeintelektualizowanego umysłu. W imię strachu przed miłością i bliskością. Dlatego też w trosce o nasze wspólne dobro, przygnieciona przez wątpliwości i wyrzuty sumienia, naelektryzowana przez naturalną skłonność do buntu i opiewania swojej niepodległości, w potrzebie określenia swojej roli w związku – dałam się porwać swojej dzikiej naturze, rozkochanej w nieskrępowanej wolności samotności, brutalnie odcinając się od Niego i uciekając nad morze po to, żeby dokonać rytuału przejścia: umrzeć i narodzić się na nowo. Po to, żeby zejść do Otchłani, przepłynąć Hades i przywitać się ze Śmiercią. Po to, żeby dać się utopić, spopielić, porwać, uziemić żywiołom na zewnątrz i we mnie. Po to, żeby nauczyć się panować nad różnymi aspektami swojej złożonej natury i pokochać każdą z nich, nie dając dyktatorskiej władzy nad sobą żadnej. Do tego celu wybrałam miejsce idealne: klify. Traf chciał, że spotkałam tam T. Chciałam być sama, ale i tak Go spotkałam. Akurat wysiadłam z pociągu, zastanawiając się jak dostanę się na klify, On zdaje się chciał wrócić do domu, ale zmienił zamiar, kiedy przypadkiem wpadliśmy na siebie w tunelu. W plątaninie dworców, tuneli, pociągów sprzyjającej spotkaniom znowu połączył nas patron tych miejsc – Merkury. Tak jak podczas naszego pierwszego spotkania. Jego nieoczekiwana obecność i moja choroba rozkojarzyły mnie. Nie wiedziałam jak się zachować. Z jednej strony ze względu na intencje, które towarzyszyły mi w tej podróży, pożądałam i potrzebowałam samotności, z drugiej strony całą sobą wyrywałam się do Niego z niemal psim oddaniem. Spędziliśmy chwilę razem. Poszliśmy na plażę. Narysował serce na piasku. A później rozstaliśmy się: On wrócił do domu, ja wróciłam na wyznaczony szlak ofiarny. Morze było niespokojne, upiorne, pogoda deszczowa, a ja rozpalona i przytłoczona przeziębieniem. Byłam na to przygotowana i chciałam tego. Chciałam, żeby było jak najtrudniej. To miało być moje Piekło, ale nie dążyłam do samounicestwienia. Niewygoda była moją modlitwą, prośbą usiłującą przebłagać bogów. Gotowość na poniesienie strat była opłatą dla Charona, wykazującą moją determinację i gotowość na inicjację. Może jestem szalona? A może nie, bo skoro podświadomość uwielbia metafory, to z premedytacją mogę zafundować jej prawdziwy rytuał, który wyprowadzi mnie na nowe fale odczuwania i percepcji, bo z chwilą kiedy założyłam, że każdy krok prowadzi mnie do osiągnięcia celu, spontaniczny wypad nad morze stał się symboliczną bramą otwierającą mnie na nowe kanały przepływu informacji, dzięki którym zmierzam do głębszego rozumienia świata, integracji światła i ciemności we mnie, pogodzenia wzniosłego idealizmu i pierwotnych instynktów, komunii ziemi i nieba, powiązania cywilizacji z dzikością. Zdałam sobie sprawę, że nie mogę odrzucić dzikiej strony swojej natury, bo to ona łączy mnie z ziemią. A ziemia bywa brudna, nieokiełznana i pierwotna. Naucza o przemijalności. Ziemia to krew, zęby i kości. Ziemia to także współodczuwająca istota, który przyjmie wszystko. To z niej kiełkuje i rozkwita życie. Co to dla mnie oznacza? Taniec, który od dziś doskonalę jest rytmem Życia i Śmierci, melodią pokory pogodzonej z naturalnym cyklem narodzin i przemijania, z nieustraszoną gotowością na to, żeby cyklicznie tracić i przyjmować, cokolwiek by to było. Zniosę każdy widok bez zamykania oczu. Obiecuję.





***


Efekt oddalenia z T jest taki, że zostałam pokonana swoją własną bronią, z czym jest mi trudno się pogodzić. Jestem chora z tęsknoty. Więdnę i usycham przez Jego przedłużającą się nieobecność w moim życiu. Kocham jak pies – bezwarunkowo i wiernie. To przywiązanie i oddanie z jednej strony rozbudza we mnie jakąś wrażliwą, czułą nutę, a z drugiej – kojarzy mi się ze śmiercią, bo kiedy tak kocham osłabiam swoją wrodzoną niezależność, a ta psia miłość udomawia mnie i oswaja. Z chwilą, kiedy odwołałam straże i przestałam tak pilnie strzec swoich granic, dałam T prawo do honorowego obywatelstwa na moim terenie. Jeżeli to nie jest miłość pisana Caps Lockiem, to naprawdę jestem szalona albo nie istnieję, bo to, co teraz czuję – realne czy nie – kształtuje moje kontury i wypełnia barwą. Jeżeli to nie jest rzeczywiste, to ja też nie jestem, stając się obrazem na płótnie, w który tchnęła oddech Wenus. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz