środa, 16 listopada 2016



T dostał awans i wyjeżdża na 3 – miesięczne szkolenie do Warszawy, co oznacza, że kiedy w końcu znalazłam w sobie odwagę, aby przyznać się samej sobie, że to co do Niego czuję jest wielkie, kiedy w końcu dojrzałam do zaangażowania, troski i bliskości, kiedy w końcu jestem gotowa tracić dla Niego i rezygnować z uroków samotności – On wyjeżdża. Czy życie nie bywa przekorne i przewrotne? Cieszę się, że T się rozwija i jest doceniany, ale zabolała mnie ta nowina, bo nie chcę rozłąki. Nie teraz. Nie w momencie, w którym mam wrażenie, że i tak już zaczęliśmy się nieco od siebie oddalać, bo dystans pomiędzy Gnieznem a Poznaniem zdaje się być większy, a my dostrzegamy mniej możliwości spontanicznego spotkania niż na początku. Z uwagi na to, że widujemy się zwykle późnym wieczorem, coraz częściej zaczyna nas łączyć głównie łóżko. Mamy tylko skrawki ukradzionego czasu dla siebie, a w tych ochłapach trudno jest się sobą nasycić i jeszcze próbować ułożyć kilka cegieł, które staną się fundamentem naszego związku. Opór nie ma jednak sensu, bo i tak nie zmieni harmonogramów naszych codziennych zajęć, zwłaszcza teraz, kiedy Jego ambicje zawodowe domagają się zaspokojenia i wiążą się z wyjazdem. Widocznie tak ma być: kiedy ośmielam się obwieścić: „chwilo trwaj!”, czujna Nemezis pyta: „czyżby?”. I akurat w tej chwili pewnie jest mi w dalszym ciągu pisane zgłębianie uroków samotności, chociaż z tak wielką odwagą podjęłam decyzję, żeby oddać Mu czas, na co nie mógł liczyć żaden inny przed Nim. Ale niech jedzie. Pomacham Mu białą chusteczką na pożegnanie, a co będzie dalej – czas pokaże.


Jeżeli coś kochasz, puść to wolno. Jeśli wróci do Ciebie, jest twoje,
jeśli nie – nigdy twoje nie było.



Nie pozostaje mi nic innego, jak puścić i czekać wiernie na Jego powrót. Wienie jak Penelopa. Oby Odyseja nie trwała zbyt długo, i oby T nie zbłądził po drodze. I obym sama nie zdystansowała się za bardzo, bo wtedy dojdzie do sytuacji, w której może mieć moje ciało, może posmakować mojej duszy, mogę go nawet wprowadzić w zawiły labirynt swojego umysłu, ale pomimo tego wszystkiego i tak nie przestanę być bardziej odległa niż latarnia na pełnym morzu. Mogłoby to być dobre dla nas, bo ta latarnia może mu wskazywać i rozświetlać kierunek powrotny, ale zalewająca fala wątpliwości czyni ją bardzo niepewną i chwiejną emocjonalnie opcją. To opcja, której rozmyte kontury mogą ulec przeobrażeniu, a kiedy z daleka ciepłe światło latarni okazuje się z bliska pirackim statkiem widmo, można oczekiwać tylko strat, lamentu, chaosu i grabieży. I niestety, dla mojego umysłu kreacja koszmarów z wyobraźni nie zna granic. Dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak obwieścić, że nie poddam się i jeśli będzie trzeba, to będę wychodzić poza swoje dawno ustalone, wygodne kształty, byle tylko nie dopuścić do naszego emocjonalnego, umysłowego i duchowego oddalenia, skoro cielesna bliskość jest na razie w zawieszeniu. Za bardzo mi na Nim zależy, żeby z Niego zrezygnować. I mogę czekać nawet wieki na Jego powrót dopóki wiem, że mnie kocha i dopóki mam pewność, że chce ze mną być. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz