Na szczęście w miłości zaczęło się dużo
lepiej układać. Przez błędy w komunikacji ostatnio zdarzało nam się irytować na
siebie nawzajem, pojawił się też dystans, którego nie umieliśmy przeskoczyć od
mojej pamiętnej wyprawy do Trójmiasta oraz cienie z naszych przeszłości
zagrażające teraźniejszości, ale w końcu udało nam się szczerze porozmawiać i
wyjaśnić kilka spraw, które ostatecznie na koniec dnia zaprowadziły nas do słodkich
początków, kiedy przebywaliśmy ze sobą, nie wychodząc z krainy płynącej mlekiem
i miodem. Szkoda tylko, że raju nie da się zarezerwować na wieczność, choć kiedy
jeszcze trwa, nie warto myśleć o wygnaniu.
Z T spotkaliśmy się w galerii, bo
przewidywałam na ten dzień babskie zakupy, które chciałam zakończyć jak
najwcześniej i jak najszybciej, najlepiej z pełnym sukcesem w postaci jakiegoś
trofeum. Jego współtowarzyszenie mi w tej czynności okazało się niezbyt
trafionym pomysłem, bo T nie cierpi tego aktu jak większość osobników płci męskiej
oraz – nie ukrywajmy tego – równie mocno jak ja, co czyni ze mnie dość ułomną
kobietę pod tym względem. Buszowanie w tkaninach, wzorach i krojach celem upolowania
zdobyczy, wywołuje we mnie irracjonalny stan paniki i dezorientacji, z którym
nie umiem sobie poradzić. Naiwnie założyłam jednak, że Jego pomoc przyspieszy
operację dokonywania wyboru. Niestety, T nie okazał się zbyt miarodajny, skoro
na moje prośby pomocy przekonujące, że podczas jakże trudnej dla mnie sztuki
dokonywania wyborów konsumpcyjnych branży odzieżowej, absolutnie muszę mieć
przy sobie kogoś, kto mi doradzi, w czym dobrze wyglądam, odparł, że pięknie mi
we wszystkim, a najlepiej wyglądam bez niczego… (!) Zbyłam ten komentarz
wymownym milczeniem.
Po powrocie do mnie starałam zajmować już
tylko Nim, zwłaszcza że sytuacja tego wymagała – T był zestresowany szeregiem
badań, jakie miał wykonać w związku ze zmianą stanowiska. Nie uniknęliśmy
jednak trudnych tematów, które prędzej czy później i tak musiały wypłynąć i
chociaż targa mną ostatnio mnóstwo wątpliwości i mało optymistycznych intuicji,
o których Mu opowiedziałam, to T wcale ich nie rozwiał, co mnie zaskoczyło. Mam
teraz 2 wyjścia: albo zamknę się w ramach bezpiecznej powściągliwości, blokując
się na przepływ w kierunku coraz bardziej szerokich wód w naszej znajomości,
albo rzucę się w ten nieokiełznany i nieodgadniony nurt pomimo wszystko. Pomimo
wiedzy, którą zdobyłam, pomimo niepewności i niepokojów, którym ta wiedza towarzyszy.
W bliskich związkach międzyludzkich za
bardzo dążę do poczucia pewności, którego nigdy nie zdobędę, a ponieważ nikt
nie może być moim wrogiem, dopóki nie potraktuję go jako zagrożenia dla tego, w
co wierzę, a każde miejsce, którego bronię jest jednocześnie tym miejscem,
które sprawia mi ból, to jeżeli chcę się rozwijać, nie pozostaje mi nic innego,
jak tylko odpiąć asekuracyjne liny i skoczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz