czwartek, 24 listopada 2016



Na szczęście w miłości zaczęło się dużo lepiej układać. Przez błędy w komunikacji ostatnio zdarzało nam się irytować na siebie nawzajem, pojawił się też dystans, którego nie umieliśmy przeskoczyć od mojej pamiętnej wyprawy do Trójmiasta oraz cienie z naszych przeszłości zagrażające teraźniejszości, ale w końcu udało nam się szczerze porozmawiać i wyjaśnić kilka spraw, które ostatecznie na koniec dnia zaprowadziły nas do słodkich początków, kiedy przebywaliśmy ze sobą, nie wychodząc z krainy płynącej mlekiem i miodem. Szkoda tylko, że raju nie da się zarezerwować na wieczność, choć kiedy jeszcze trwa, nie warto myśleć o wygnaniu.


Z T spotkaliśmy się w galerii, bo przewidywałam na ten dzień babskie zakupy, które chciałam zakończyć jak najwcześniej i jak najszybciej, najlepiej z pełnym sukcesem w postaci jakiegoś trofeum. Jego współtowarzyszenie mi w tej czynności okazało się niezbyt trafionym pomysłem, bo T nie cierpi tego aktu jak większość osobników płci męskiej oraz – nie ukrywajmy tego – równie mocno jak ja, co czyni ze mnie dość ułomną kobietę pod tym względem. Buszowanie w tkaninach, wzorach i krojach celem upolowania zdobyczy, wywołuje we mnie irracjonalny stan paniki i dezorientacji, z którym nie umiem sobie poradzić. Naiwnie założyłam jednak, że Jego pomoc przyspieszy operację dokonywania wyboru. Niestety, T nie okazał się zbyt miarodajny, skoro na moje prośby pomocy przekonujące, że podczas jakże trudnej dla mnie sztuki dokonywania wyborów konsumpcyjnych branży odzieżowej, absolutnie muszę mieć przy sobie kogoś, kto mi doradzi, w czym dobrze wyglądam, odparł, że pięknie mi we wszystkim, a najlepiej wyglądam bez niczego… (!) Zbyłam ten komentarz wymownym milczeniem.


Po powrocie do mnie starałam zajmować już tylko Nim, zwłaszcza że sytuacja tego wymagała – T był zestresowany szeregiem badań, jakie miał wykonać w związku ze zmianą stanowiska. Nie uniknęliśmy jednak trudnych tematów, które prędzej czy później i tak musiały wypłynąć i chociaż targa mną ostatnio mnóstwo wątpliwości i mało optymistycznych intuicji, o których Mu opowiedziałam, to T wcale ich nie rozwiał, co mnie zaskoczyło. Mam teraz 2 wyjścia: albo zamknę się w ramach bezpiecznej powściągliwości, blokując się na przepływ w kierunku coraz bardziej szerokich wód w naszej znajomości, albo rzucę się w ten nieokiełznany i nieodgadniony nurt pomimo wszystko. Pomimo wiedzy, którą zdobyłam, pomimo niepewności i niepokojów, którym ta wiedza towarzyszy.



W bliskich związkach międzyludzkich za bardzo dążę do poczucia pewności, którego nigdy nie zdobędę, a ponieważ nikt nie może być moim wrogiem, dopóki nie potraktuję go jako zagrożenia dla tego, w co wierzę, a każde miejsce, którego bronię jest jednocześnie tym miejscem, które sprawia mi ból, to jeżeli chcę się rozwijać, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko odpiąć asekuracyjne liny i skoczyć. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz