poniedziałek, 13 stycznia 2014

Białystok

BIAŁYSTOK – PERŁA PODLASIA I KULTUROWY KONGLOMERAT



Kilka lat temu uświadomiłam sobie jedną z najważniejszych dla mnie prawd życiowych, z którą ciągle muszę się zmierzyć jako stworzenie, które nigdzie nie potrafi zakorzenić się na stałe, w myśl zasady „dobrze jest tam, gdzie mnie nie ma”, co wiąże się z permanentnym uciekaniem w nieznane w poszukiwaniu swojego miejsca, gdzie idealnie pasuję oraz czuję się jednocześnie szczęśliwa i spełniona (i jest to poczucie trwałe). Wiem, że moja ucieczka to utopia – nie istnieje magiczna kraina z moich snów, przynajmniej nie w tym życiu. Akceptuję ten fakt, chociaż trudno mi zmienić moje efemeryczne podejście do życia, ze skłonnością do lotów balonem – byle jak najwyżej i jak najdalej. Wiem jednak coś jeszcze ważniejszego. To, że szczęśliwa mogę być wszędzie albo nigdzie, bo tak naprawdę nieważne jest to, GDZIE jestem, ważne Z KIM. Osoby towarzyszące danym zdarzeniom i związane z danym miejscem, kojarzą się z nim i mogą je zaczarować lub też rzucić zły urok. W myśl tego credo – Białystok jest krainą trochę nie z mojej bajki ze względu na moją osobowość, ale dzięki mojej ślicznej anielskiej siostrze, zostanie w mojej pamięci jednym z miejsc magicznych, z których wyniosłam dobre, ciepłe wspomnienia i pozytywne refleksje. 






Czas, w którym odwiedziłam J. w Białymstoku, był czasem zdominowanym przez nieciekawą pogodę – depresyjnie ponurą i mglistą zimę, co wpłynęło bezpośrednio na to, że wizualnie miasto straciło wiele ze swojego niewątpliwego uroku. Z tego, co jednak udało mi się zaobserwować i dowiedzieć, wyciągnęłam wniosek, że kiedy przyroda budzi się do życia, w mieście musi być naprawdę pięknie, ze względu na liczne parki i inne przyrodnicze obiekty zgromadzone dookoła. Liczni rowerzyści świadczą o tym, że jest to dobre miejsce pod względem rekreacyjnym. Ja, podczas mojej zimowej wizyty w Białymstoku, zwróciłam uwagę przede wszystkim na rozległą przestrzeń, dzięki której nie czułam się w podlaskiej metropolii jak w urbanistycznej klatce. Swoistego wdzięku nadawały miejskiej przestrzeni przeróżne sklepiki, punkty usługowe o fantazyjnych, swojskich nazwach, wywołujących niejednokrotnie uśmiech na twarzy. Np. sklepy: Opałek, Kometa czy Tęcza, bary: Golonka, Złotóweczka, restauracja Provincja,  kwiaciarnia Fikus cukiernia Boska Barbara, salon fryzjerski Kudłaty Raj, second hand Koop – Ciuszek, pralnia Panda czy Świeża Koszula. Wyobraźnia właścicieli nie ma granic.





Białystok leży na wschodniej granicy Polski i jest miejscem, gdzie historycznie i kulturowo krzyżuje się wiele narodowości, a co za tym idzie – mentalności: polska, rosyjska, białoruska, litewska, ukraińska, żydowska i tatarska. Przejawia się to w tym, że wszechobecny rustykalny duch utkany jest również z nostalgicznej liryki wschodniej duszy barda, dlatego mimo że to stolica Podlasia, jest to paradoksalnie dobre miejsce na wyciszenie i pozbieranie myśli. Nie czuć w nim ciśnienia i presji wielkiego miasta.





Szybko okazało się, że spacer z centrum jest bardzo dobrą i skuteczną metodą, aby dotrzeć w większość miejsc polecanych w Białymstoku. Ucieszyłam się z tego, bo lubię chodzić – dużo więcej można wtedy zaobserwować i lepiej poczuć klimat danego miasta.






Pierwszym miejscem, do którego zawitałam było miejskie ZOO. Mam wrażenie, że głównym sensem jego istnienia jest podtrzymywanie rodzinnych więzi, ponieważ jest to popularny sposób na spędzenie czasu z dziećmi. Mam swoją teorię w sprawie faktu zamykania dzikich zwierząt w klatkach w zoo. Jestem sceptycznie nastawiona i krótko mówiąc jest to dla mnie część obszernego tomiszcza pt. „pożywka dla mas”. Rozumiem sens haseł pod tytułem: „ochrona zagrożonych gatunków”, „trzymamy tylko najsłabsze okazy, które nie przetrwałyby na wolności”, ale niepokoi mnie sztuczność warunków i dostosowanie ich do podglądania „więźniów” przez ludzi. Jakkolwiek okrutnie to zabrzmi – nie sądzę, że codzienne życie dzikich zwierząt w klimacie Wielkiego Brata jest dla nich lepsze niż być może bezwzględne i nie znoszące słabości, ale za to całkowicie wolne i w pełni naturalne życie na łonie natury. W każdym razie w białostockim zoo zwierzęta całkowicie ignorowały ludzi, co głęboko wierzę jest oznaką tego, że dobrze czują się w swojej wyznaczonej przestrzeni za kratami i obecność ludzi nie przeszkadza im w egzystencji. Lubię się czasami oszukiwać, żeby zagłuszyć sumienie. Widziałam wilki, jelenie, dziki, świnkę wietnamską, kozę, żubry, żbiki (niby były, na co wskazywał rysunek przed klatką, ale najwyraźniej spały zakamuflowane, bo nie zaobserwowałam żadnej obecności), wodne ptactwo. Moim ulubieńcem został bezapelacyjnie niedźwiedź – chodził w kółko spowolnionym krokiem, prawie jak mnich buddyjski, który może całą wieczność ze spokojem wpatrywać się w główkę od szpilki.











Po wizycie w zoo poszłyśmy w stronę Pałacu Branickich, nazywanego nie bez powodu podlaskim Wersalem, który wraz z otaczającym go kompleksem ogrodowym, jest bez wątpienia jedną z najbardziej popularnych wizytówek Białegostoku i jedną z najpiękniejszych. Obecnie zabytek ten został zaadaptowany na potrzeby władz naukowych Uniwersytetu Medycznego, ale historycznie również zmieniał swe przeznaczenie. Jak podają źródła, istniał już w XVI w., kiedy to Białystok był jeszcze wsią podległą rodzinie Wiesiołowskich i pełnił wówczas funkcję obronną. Dopiero za panowania Branickich (Stefana Mikołaja i jego syna Jana Klemensa) zmienił swój charakter, stając się rezydencją magnacką. To wtedy zespół pałacowo – parkowy uzyskał miano Wersalu podlaskiego. Burzliwa historia sprawiła, że obiekt stał się później zdobyczą m.in. cara Aleksandra I, a 4 lata później powstał w nim Instytut Panien Szlachetnie Urodzonych. Zdarzenia te odcisnęły swe piętno na wyglądzie pałacu.



















Turystycznie Białystok jest podzielony na szlaki. Mi udało się trafić na Szlak PRL – u, Szlak Esperanto oraz Szlak Dziedzictwa Żydowskiego. Czasy PRL – u przypomina m.in. rzeźba Praczki w parku Planty. Natomiast na Szlak Esperanto natknęłyśmy się, kiedy udało nam się odszukać kamienicę, gdzie mieszkał Ludwik Zamenhof. Szlak Esperanto upamiętnia bowiem losy tego słynnego obywatela Białegostoku i miejsca, z którymi był związany. W ramach wyprawy śladami twórcy esperanto można odwiedzić także jego pomnik na skwerze Malmeda, Centrum jego imienia, dawne gimnazjum, w którym się uczył oraz dom rodzinny Jakuba Szapiro. Kamienica zrobiła na mnie duże wrażenie, bo wyłoniła się nagle spośród szarych bloków mieszkalnych jak różowa inwazja z zaświatów, a to dzięki niezwykle realistycznym, humorystycznym malowidłom na jednej ze ścian budynku. Dzieła te przedstawiają rząd 3 okien, w których to ukazują się mieszkańcy, jakby żywcem wyjęci ze swoich czasów.







Podobno Białystok zwiedza się dwa razy – w dzień i w nocy. Ma to sens, bo wieczorem oświetlone miasto staje się magiczne i można poznać je na nowo. Co więcej ja tam trafiłam w czasie, kiedy wokół królowały przeróżne dekoracje świąteczne, które oświetlając ulice i place po zmroku, wnosiły w nie sporą dawkę dodatkowego ciepła i czaru. W centrum, na rynku Kościuszki, często zdarzało się nam natknąć przypadkiem na piękne stare kamienice, cudownie wpisujące się w klimat miasta i zjawiskowo wyłaniające się z gry świateł i cieni, w czasie kiedy nocne życie budzi się ze snu. Wieczorem pojawiały się spacerujące rodziny z dziećmi, co było urocze.








Uczciwie muszę jednak przyznać, że niektóre miejsca zaskoczyły mnie z odcieniem dezaprobaty i powątpiewania, jak np. to, co kryło się po przejściu przez malownicze Bulwary Kościałkowskiego. Na końcu alei, jak potwór z piekielnej czeluści, ukazał się moim oczom betonowy pomnik szkaradnej wersji psa o nazwie Pies Kawelin. Włożyłam odważnie dłoń w paszczę stworzenia, mimo nieoczywistego wizualu posągu. Wierzę, że zagwarantuje mi to szczęście jak osławione wrzucenie monety do fontanny.




W Białymstoku zaskoczyła mnie również Aleja Bluesa. Jest to pasaż w centrum miasta, na którym wymalowana jest czarno – biała klawiatura fortepianu, a na niektórych klawiszach wmontowane są tablice upamiętniające ikony polskiego bluesa. Co roku pojawia się nowa tablica z nazwiskiem związanym z tym gatunkiem muzycznym. Dowiedziałam się, że to właśnie w Białymstoku odbył się w 1978 r. pierwszy krajowy festiwal bluesa „Jesień z Bluesem”, który upamiętniał 25. rocznicę śmierci Ryszarda „Skiby” Skibińskiego oraz 30 – lecie działalności białostockiej „Kasy Chorych” – zespołu, którego liderem był właśnie Ryszard „Skiba” Skibiński. Do tej pory byłam nieświadoma, że Białystok jest tak ważnym miastem dla rozwoju i popularyzacji bluesa w Polsce.




Niewątpliwie turystycznie Białystok słynie z wielu ciekawych obiektów sakralnych, zgromadzonych na obszarze miasta. Są to imponujące katolickie i prawosławne świątynie, takie jak: Zespół bazyliki archikatedralnej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, Kościół Św. Rocha czy Sobór Św. Mikołaja.






Szczególnie interesująca jest historia Zespołu bazyliki archikatedralnej, który jest największą świątynią katolicką w mieście. Zabytek ten jest zlokalizowany na rynku Kościuszki. Zespół tworzą 2 budowle: renesansowy Stary Kościół Farny, który jest najstarszym murowanym obiektem w mieście oraz neogotycka katedra. Okazuje się, że katedra jest tylko przybudówką do kościółka, chociaż swoimi wymiarami wielokrotnie go przewyższa. W ten sposób projekt architekta Józefa Piusa Dziekońskiego ominął carskie zezwolenie na budowę jedynie przybudówki do Starej Farny z jednoczesnym zakazem budowy nowego kościoła, który byłby w stanie pomieścić wszystkich wiernych, o co proszono władze carskie.





Następnego dnia ruszyłyśmy także Szlakiem Dziedzictwa Żydowskiego na ul. Żabią, gdzie znajduje się Mauzoleum – Cmentarz Getta, uroczyście odsłonięte w 1971 r. oraz Pomnik Powstańców Getta. Po drodze natknęłyśmy się na murale – bardzo popularne ostatnio w polskich miastach. W drodze powrotnej do centrum odwiedziłyśmy także Pomnik Spalonej Wielkiej Synagogi, który zlokalizowany jest na pasażu pomiędzy ulicą Suraską a Legionową. Wyprawa Szlakiem Dziedzictwa Żydowskiego siłą rzeczy przyniosła ze sobą wiele przygnębiających myśli z fundamentalnymi pytaniami o sens wojny i ideę humanitaryzmu.







Miejscem, które warto odwiedzić w Białymstoku jest kultowy już bar mleczny Podlasiak. Jako zdeklarowana wegetarianka nawet nie spojrzałam na mięsne menu, ale weszłam tu świadomie z J. w nadziei, że uda nam się upolować danie deficytowe jakim są słynne pyszne naleśniki z serem. Niestety nie udało się nam ich dostać, ale nie mniej znane, rozpływające się w ustach serniczki, zatopione w aksamitnej słodkiej śmietance, z dodatkiem aromatycznej brzoskwini – to była zacna nagroda pocieszenia. Poezja smaku, której nie da się zapomnieć oraz skuteczne, słodkie lekarstwo na zimowe smutki. Polecam z pełną odpowiedzialnością.






Białystok jest niezwykły, bo jest osadzony na pograniczu wielu czasów i przestrzeni – historycznych i kulturowych. Nosi czapkę uszankę rodem zza wschodniej granicy, ale płaszcz ma utkany ze złota jako pamiątkę po arystokratycznym patronie. Siedzi w barze mlecznym przywołując czasy peerelu i dzierżąc w dłoni chrześcijańskie kadzidło, którego opary jak duchy nie pozwalają zapomnieć o nieludzkich czasach wojny i jej krwawego egzekucyjnego żniwa. Tańczy w rytm disco polo, nucąc przy tym bluesowe melodie. Białystok upamiętnia, tworzy, łączy przeciwieństwa i wcale nie jest przy tym psychodeliczną karykaturą zbudowaną z wielu niepasujących do siebie elementów. Każdy znajdzie swoje miejsce w wielobarwnym mieście z duszą.  




Dla J.:

Wszystkiego NAJ z okazji urodzin!

Jak wiesz jestem beznadziejną kucharką, ale wiem za to, że przepis wykonany z miłości zawsze musi się udać, dlatego życzę Ci z całego serca:

Duuużo miłości, uśmiechu, życzliwości, dobrego humoru i ciepła na co dzień.
(Bo tego wszystkiego nie da się przedawkować.)

(A jako arcyważną bazę i kotwicę, proponuję mix kilku składników:)

Spełnienia  w każdej dziedzinie i na każdej płaszczyźnie życia.
Niewyczerpanego źródła powołania w zawodzie i morza satysfakcji.
Wartościowych zbliżeń z innymi ludźmi.
Wielu inspiracji i magii na co dzień.
Wytrwałości w realizacji swoich planów.

Oraz:
Wielkich i małych, dalekich i bliskich uskrzydlających marzeń.
(Nieoceniony składnik wpływający na smak życia i wzmacniający apetyt na nie.)

(Ze względu na to, że nadmiar cukru jest szkodliwy życzę Ci również:)
Siły, energii, optymizmu, wiary  i odwagi, po to, żebyś zawsze umiała tańczyć w deszczu.

(W ramach dekoracji, jako przysłowiowa „kropka nad i”:)
Dużo czarodziejskich chwil, pouczających odkryć i pięknych wspomnień.



Mam nadzieję, że nigdy nie zabraknie poczucia sensu i barwy w Twoim życiu, stanu błogości i skrawka Nieba na co dzień. Dla mnie Ty jesteś jedną z najpiękniejszych barw, z jakimi się spotkałam. Jestem z Ciebie bardzo dumna. Lśnij dalej i nadal zachwycaj swoim dobrem, ciepłem, wdziękiem i czarem. <KISS> x milion














wtorek, 7 stycznia 2014

All roads lead to Rome (15)

POWRÓT




Do Norwegii wróciliśmy samolotem z Katowic. Przylecieliśmy do Bergen. Z lotniska dostaliśmy się do centrum, skąd odjeżdżały autobusy do Haugesund. W każdym razie tak zakładaliśmy, bo już na miejscu okazało się, że żaden z autobusów nie jedzie do domu. Wsiedliśmy w taki, którego trasa mniej więcej pokrywała się z naszą. W efekcie wylądowaliśmy pośrodku niczego, 60 km od domu. Było ciemno i nigdzie nie było widać żadnych oznak cywilizacji. Byłam zmęczona i głodna. I. nie narzekał, ale wiem, że był zgaszony po wypadku, chociaż starał się tego nie okazywać. Większość ludzi wraca z wakacji z opalenizną, a my wróciliśmy przemarznięci, zmęczeni i obolali.

Żeby nie tracić czasu, zaczęliśmy iść w kierunku domu. B. miał po nas przyjechać i zabrać nas gdzieś po drodze. Niestety zabłądził… Czas mijał, a my szliśmy dzielnie poboczem drogi. Musieliśmy być zjawiskiem w tym miejscu, gdzie nikt nie przechodzi, w dodatku o takiej nocnej porze. Zagubieni wędrowcy, zmierzający w nieokreślonym kierunku. Z plecakiem turystycznym, śpiworem i whisky. Kierowcy byli wyraźnie zaintrygowani naszym widokiem. W pewnym momencie miałam kryzys wywołany irytacją, że B. może w ogóle nas nie znaleźć. Była w końcu już 1 – sza w nocy. Znieczuliłam się whisky, podczas krótkiego odpoczynku przy znaku drogowym. Uspokoiło mnie to. Był On. I był Jack Daniel’s, a w tym momencie nie potrzebowałam już nikogo więcej. Zmęczenie przestało być tak uciążliwe. Wtedy B. znalazł nas w końcu. Byłam już lekko wstawiona, więc prawie od razu zasnęłam na tylnym siedzeniu samochodu. Czułam bezgraniczne zaufanie, spokój i bezpieczeństwo. Nie słyszałam nawet, o czym rozmawiali. To nie było w tej chwili ważne. Wróciliśmy do domu. Czułam lekką nostalgię, ale jednocześnie ufność, że każdy koniec jest nowym początkiem. 



RETURN

We came back to Norway by plane from Katowice. We arrived in Bergen. From the airport, we got to the center, where the buses departed to Haugesund. We were sure about that, but already in place, it turned out that none of the buses go to home. We took the one which track was more or less coincide with ours. As a result, we fetched up in the middle of nowhere, about 60 km away from home. It was dark and no sign of civilization. I was tired and hungry. I. didn’t complain but I know that He was extinguished after the accident, He just tried not to show this. Most of the people are coming back from holiday with a tan, we came back freezing, tired and achy.

We didn’t want to waste time so we started walking toward the home. B. had come for us and take us somewhere along the way. Unfortunately, he lost his way... Time passed by and we walked bravely roadside. We had to be a phenomenon in this place, where no one walks, especially in the night. Lost hikers who tended towards an unspecified direction. With backpack, sleeping bag and whiskey. The drivers were very intrigued by our view. At one moment, I had the crisis caused by irritation that B. can’t find us for so long time. It was 1 o’clock in the morning after all. While a short stop at the road sign, I “anesthetized” myself with the aid of whiskey. Alcohol reassured me. He was with me. And Jack Daniel 's was too. At this point, I didn’t need no one else. Fatigue ceased to be so onerous. Then B. finally found us. I was just a little inserted so I almost immediately fell asleep in the back seat of the car. I felt boundless confidence, peace and security. I didn’t even hear what they are talking about. It was not important at the moment. We returned home. I felt a little bit nostalgic but I also trust that every end is a new beginning.






poniedziałek, 6 stycznia 2014

All roads lead to Rome (14)

ZA POLSKĄ GRANICĄ - LIVE TO RIDE, RIDES TO LIVE

  •     O sile i determinacji;
  •     O prawdziwej męskości.


Mieliśmy wypadek. Przy prędkości 5 km/h. Nie zdążyliśmy nawet wyjechać z hotelowego parkingu. Motor przewrócił się na ulicy, bo nie zdjęliśmy zabezpieczającej kłódki. Od tego zdarzenia zaczęłam doceniać wartość i znaczenie drugiej filiżanki kawy o poranku. Konsekwencje tych kilku sekund upadku odczuliśmy długoterminowo, chociaż to I. przyjął na siebie cały ciężar uderzenia – istniało bardzo duże ryzyko, że ma złamaną lewą rękę. Ja wyszłam z zajścia bez szwanku fizycznego, jedynie z drobnymi zadrapaniami, w stanie lekkiego szoku i poczucia niedowierzania. Motor został uszkodzony – rozbiła się m.in. szyba osłaniająca przed wiatrem. Odbieram tę sytuację i wszystko, co się później działo, jako trudną lekcję znienawidzonego przedmiotu w szkole. Nie ma złych wydarzeń, jeżeli wychodzi się z założenia, że każde uczy i z każdego można wyciągnąć wnioski na przyszłość. Okazuje się, że jeszcze dużo muszę się nauczyć… W każdym razie tego dnia przejechaliśmy jeszcze około 1000 km w ciągu 12 godz., by zostawiając za sobą Włochy, Austrię, Niemcy i Czechy, trafić ostatecznie do Ustronia, gdzie mieszka rodzina I.. Nie czułam zimna w Alpach. Nie myślałam o fizycznym zmęczeniu, mimo że godziny mijały i zaczęło się ściemniać. Obudziłam się dopiero w Czechach. Tamtejsze drogi potrafią skutecznie wybudzić z letargu. No i zaczęłam drżeć z zimna. Ostatnim zagranicznym etapem naszej podróży motocyklowej, było przekroczenie magicznej granicy dzielącej czeski i polski Śląsk Cieszyński. Nie rozmawialiśmy prawie w ogóle podczas jazdy. Miałam uczucie jakbyśmy przekraczali razem kolejno granice światów, ale każde z nas było zamknięte w swoim własnym. Dystans i ucieczka. Tak trudno się od tego uwolnić…




***

Do dzisiaj nie wiem, jak I. zniósł trasę po wypadku. Trzeba mieć w sobie niezmierzone pokłady siły i hartu ducha, żeby tego dokonać. Pomimo ogromnego bólu, nie poskarżył się ani razu, chociaż cierpienie miał wypisane na twarzy i w każdym ruchu. Co więcej, potrafił też wciąż myśleć o mnie, dbać o moje potrzeby i troszczyć się o moją wygodę. Nie myślał w ogóle o sobie. Przypomniałam sobie wtedy jedną z naszych rozmów o męskości i o tym, co to tak naprawdę znaczy. Zarzuciłam wtedy I., że jest zbyt wrażliwy, a u faceta taka wrażliwość to wada. On zaczął dociekać jakich to „prawdziwych” mężczyzn znałam w przeszłości – to nie była zbyt miła rozmowa. Wiem, że jestem czasami infantylna, okrutna, może nawet niesprawiedliwa, ale mam jeden cel zachowując się w ten sposób – usiłuję sprowokować Jego ripostę. To tylko pretekst do poważnej rozmowy, do której czasami dążę, stosując bezlitosne środki, zwłaszcza kiedy jestem już sfrustrowana poczuciem, że jest to misja niemożliwa i w żaden sposób nie mogę osiągnąć celu. Ani groźbą, ani prośbą. Najczęściej dzieje się tak, że kiedy ja potrzebuję poważnej rozmowy, to On jest tym bardziej nonszalancki, lekceważący, beztroski i złośliwy, bo uwielbia się ze mną droczyć. Trudno jest mi się z tym pogodzić i zaakceptować po prostu ten stan rzeczy.

W każdym razie w momencie, w którym obserwowałam Jego zachowanie podczas 1000 – kilometrowego powrotu do domu, zdałam sobie sprawę, czym tak naprawdę jest prawdziwa męskość. Wystarczyło, że spojrzałam na I.. Nawet po wypadku byłam pewna, że jeżeli ponownie wsiądziemy na motor, to skończymy podróż zgodnie z planem. Bo On był ze mną. Znam I. na tyle, żeby wtedy bezgranicznie w Niego uwierzyć.



ACROSS A POLISH BORDER - LIVE TO RIDE, RIDES TO LIVE

• about the strength and determination;
• about a true manhood.


We had an accident. At a speed of 5 km / h. We even didn’t manage to get out of the hotel parking. Motor just fell on the street because we didn’t take off the safety lock. Since that incident, I started to appreciate the value and importance of the second cup of coffee in the morning. We felt the consequences of those few seconds in long-term, although I. took almost whole burden of the stroke - it was a very high risk that His left hand was broken. I escaped from the incident with life and limb – with only minor scratches. I was a little bit appalled. Motor was damaged – for example, the glass shielding against the wind shattered. I take this situation and everything afterwards as a difficult lesson of hated subject in school. There are no bad events and experiences, if you realized that everything what happen can be a lesson. It turns out that I still need to learn a lot... In any case, that day we rode about 1000 km by 12 hours. We passed by Italy, Austria, Germany and the Czech Republic and finally got to the polish Ustron, where live the I.’s family. I didn’t feel cold in the Alps. I didn’t think about the physical fatigue although the hours passed by and it started to get dark. I finally woke up in the Czech Republic. Rustic roads can successfully wake up from slumber. Well, I started to shiver with cold. The last stage of our motorcycle’s trip was crossing the magical line between the Czech and Polish Silesia. We almost didn’t talk while driving at all. I had the feeling as if we crossed the borders of different worlds together, but each of us was closed on our own. Distance and escape. It is so hard to break free...

***

To this day, I don’t know how I. endured the route after the accident. He has the boundless strength and fortitude inside Himself. He didn’t complain even once, despite great pain which was all over His face and in every moves. What's more, He could still think of me, take care of my needs and take care of my convenience. He was not thinking about Himself at all. Then, I remembered one of our conversations about masculinity and what this word really means. I accused Him for being too sensitive. He began to inquire, what is the "real" men I knew in the past - it was not very pleasant conversation. I know, I'm sometimes childish, cruel, perhaps even unfair but I have one aim behaving this way - I'm trying to provoke His retort. It's just an excuse for a serious conversation, to which I sometimes aspire using ruthless methods, especially when I'm frustrated that it is an impossible mission and this is no way, I can achieve my goal. Neither threats nor requested. Most often happens that when I need a serious conversation, He begin the more flippant, irreverent, carefree and mischievous because He loves to tease me. It's hard for me to accept the status quo.

In any case, at the time, where I watched His behavior during the 1000 - kilometer return home, I realized what really means “true manhood”. I understand that when I looked at Him. Even after the accident, I was sure that if we get back on the motorbike, we finish the journey as we planned. Because He was with me. I know Him enough to believe in Him implicitly

czwartek, 2 stycznia 2014

All roads lead to Rome (13)

WENECJA – MIASTO DLA KOCHAJĄCYCH WODĘ I NIENAWIDZĄCYCH KORKÓW ULICZNYCH






Myślą przewodnią naszej podróży był triumfalny wjazd do Rzymu na motorze. Rzym był głównym celem, ale to Wenecja okazała się nieoczekiwanym ukoronowaniem tej wyprawy. Nawet pomimo że musieliśmy zostawić motor – w końcu symbol tej wycieczki, już po wjeździe do miasta i na cały czas zwiedzania. Pokochałam Wenecję już na starcie za to, że to jedyne włoskie miasto, gdzie nikt nie trąbił i nie wymuszał pierwszeństwa na drodze. Miasto na wyspie, otoczone wodą, rządzi się w końcu swoimi prawami i jest w związku z tym miastem bez samochodów i bez korków, gdzie transport wodny jest jedynym, który ma rację bytu. Jest za to miastem kanałów (słynny Kanał Grande), mostów (Most Westchnień, Most Rialto), schodów i pływających pałaców. Unikalnym i zachwycającym tworem, jakby nie z tego świata, ale jednocześnie miejscem ekstremalnie trudnym do życia, przynajmniej w swoim historycznym centrum.








Wyruszyliśmy na spacer wzdłuż kanałów, do centrum miasta. Po wodzie pływały charakterystyczne gondole. Dookoła było mnóstwo turystów, zajmujących każdą wolną przestrzeń, której i tak nie było zbyt wiele. Większość zmierzała w tym samym kierunku, do serca tego pięknego miasta i miejsca kultu jego patrona. My również próbowaliśmy przedostać się bezpośrednio na Plac Św. Marka, ale ta misja okazała się trudniejsza niż przypuszczałam. Zagubiliśmy się w labiryncie wąskich uliczek, poprzecinanych kanałami. Błądząc i próbując znaleźć właściwą drogę wśród tłumu innych turystów. Nie było łatwo. Ale było pięknie. Klimatyczne uliczki były zapełnione sklepikami, wystawami, knajpkami, które bardzo skutecznie przyciągały turystów i pochłaniały czas. My nie pozwoliliśmy sobie na ten luksus. Naszą misją był Plac Św. Marka i nic nie mogło nam w tym przeszkodzić czy rozproszyć naszej uwagi. Było warto. Kiedy w końcu trafiliśmy na właściwe miejsce zaczynała się powoli wieczorna szarówka, ale mimo to punkt kulminacyjny naszych poszukiwań był oszałamiający. Już sam Plac, po błąkaniu się w kłębowisku ciasnych uliczek, robił wrażenie otwartej przestrzeni. Co prawda nieco zalanej wodą, ale orzeźwiająco potrzebnej. A od Bazyliki Św. Marka wprost nie można było oderwać oczu. Kusiła i uwodziła pięknem i bogactwem architektonicznych zdobień. Poza słynną Bazyliką na Placu znajdują się również inne znane zabytki. Są to: Pałac Dożów z przepiękną fasadą, składającą się z mnóstwa łuków, które nadają budowli lekkości, Wieża zegarowa z misternym zegarem astronomicznym, pokazującym godziny, pory roku, fazy księżyca oraz położenie słońca w poszczególnych znakach zodiaku oraz Dzwonnica św. Marka. Na Placu Św. Marka zabrakło mi tylko jednego oczekiwanego przeze mnie elementu – miliona gołębi w pobliżu. Obecność nielicznych reprezentatywnych jednostek była zaskakująca. Zastanawiam się, gdzie się podziała reszta? Turystów było zdecydowanie więcej…







***

Po nacieszeniu oczy Placem Św. Marka, wyruszyliśmy w drogę powrotną do motoru, żegnając się powoli z Wenecją i z Włochami. Kiedy przybyliśmy do Wenecji pogoda była wciąż piękna i słoneczna. Niestety tuż za miastem, niebo złowieszczo pociemniało, zerwał się silny wiatr i zaczęło mżyć. Okoliczności przyrody wskazywały jednoznacznie na początki trąby powietrznej, co w sumie nie dziwi, biorąc pod uwagę dość wysoką temperaturę powietrza tego dnia, w sąsiedztwie tak dużej ilości wody. Postanowiliśmy nie ryzykować i zatrzymać się w najbliższym weneckim hotelu.



VENICE – CITY FOR WATER LOVERS AND TRAFIC JAMS HATERS




The keynote of our trip was a triumphal entry to Rome on a motorcycle. Rome was the main aim but it unexpected turned out that Venice was a culmination of our trip. Even if we had to leave the motor - a symbol of the tour, just after when we drove into the city and for the entire duration of the visit. I loved Venice from the start because it is the only Italian city where no one trumpeted and enforced priority on the road. City on the island, surrounded by water, has own rights, therefore this is city without cars and without traffic jams, where water transport is the only one which has a right to exist. It's the city of canals (the famous Grand Canal), bridges (Bridge of Sighs, Rialto Bridge), stairs and floating palaces. The unique and delightful creation, otherworldly, but also an extremely difficult place to live, at least in historical center.






We set off for a walk to the city center along the canals. Characteristic gondolas floated on the water. All around there were plenty of tourists. Most of them were moving in the same direction as we, to the heart of this beautiful city and place of worship of its patron. We also tried to get directly to the St. Mark's Square. But this mission proved to be more difficult than I thought. We lost in the maze of narrow streets and canals. We were wandering and trying to find the right way among the crowd of other tourists. It was not easy. But it was beautiful. Adorable streets were filled with shops, exhibitions and restaurants, which are very effective in attracting tourists and absorbing time. We have not allowed ourselves on this luxury. Our mission was St. Mark's Square and nothing could disturb us or distract our attention. It was worth it. The evening dusk slowly began when we finally got to the right place, but still high point of our research was stunning. Even the square, after wandering in the tandle of narrow streets, gave the impression of open space. Although a bit flooded but still refreshingly needed. And I simply could not take my eyes from the St. Peter's Basilica. The building tempted and seduced because of beauty and richness of architectural ornamentation. At the square there are also other famous  monuments. These are: the Doge's Palace with a beautiful facade, consisting of a multitude of arches that give structure lightness, Clock Tower, with intricate astronomical clock showing the hours, seasons, phases of the moon and the position of the sun in different signs of the Zodiac and the St. Mark’s Bell Tower. At St. Mark's Square I missed only one item I expected - a million pigeons in the vicinity. The presence of a few representative birds was surprising. I wonder where was the rest? There were much more tourists...





***

After enjoying the St. Mark’s Square, we went back to the motor, slowly saying goodbye to Venice and Italy. When we arrived to Venice the weather was still beautiful and sunny. Unfortunately, just outside the city, the sky darkened ominously, a strong wind sprang up and it began to drizzle. Natural circumstances clearly indicate the beginnings of a whirlwind, which is not surprising, given the relatively high temperature of the air that day, in the vicinity of such a large amount of water. We decided not to risk and stay on night in a hotel near Venice.