Niedługo czeka mnie niezbyt komfortowa
rozmowa z cyklu „palenia za sobą wszystkich mostów”, które wciąż łączą mnie z
przeszłością. To radykalne rozwiązanie, ale tylko tak można uwolnić się i iść
dalej. Niestety w tym konkretnym przypadku przekonałam się, jak jestem słaba,
bo chociaż w pierwszym odruchu definitywnie zakończyłam ten rozdział w swoim
życiu, to rozczuliła mnie odpowiedź i poległam. Pewne sprawy chyba lepiej
rozwiązuje się twarzą w twarz, chociaż boję się spotkania i nie wiem, co może
się zdarzyć. Czy spalę ten most, czy może zbuduję nowy? Zrobiłam w życiu wiele
głupot, dlatego że nie zrobiłam niczego. Z drugiej strony, nie potrafię się
zatracić w drugiej osobie, bo nikt nie zdobył mojego zaufania na tyle, żebym zaprosiła
go do swojego świata. Nie ma znaczenia czy jest to mój facet, przyjaciółka czy nawet
moja rodzina. Każdy zna jakąś warstwę, ale nikt nie doszedł do sedna sprawy. Prawda
jest taka, że szybko męczą mnie codzienne rozmowy o rzeczach mało ważnych, a
wtedy odsuwam się. Już wiem, że zawsze jakaś część mnie będzie outsiderem i nie
zmienię tego, bo musiałabym chyba zrzucić swoją skórę. Jestem typem samotnika i
akceptuję tę rzeczywistość. Może to egoizm. A może po prostu świadomość, że nie
chcę wpadać w ruchome piaski relacji, która będzie wyłącznie próbą sił i siatką
wzajemnych uzależnień, które ściągają mnie na dno. Za dużo nieudanych związków
widziałam w swoim życiu i przeraża mnie bagno interesowności, w jakie bardzo często
wpadamy, bo wtedy pojawiają się oczekiwania, nieporozumienia, pretensje, urazy
i żale. Nieraz już słyszałam, że jestem jak kot, który chodzi własnymi drogami.
Nie radzę sobie, kiedy ktoś próbuje dotrzymać mi kroku, bo zwykle wydaje mu się,
że wie o mnie wszystko, a tak naprawdę nie wie nic. Wiem, że uciekając przed
całym światem, uciekam czasami nawet przed własnym cieniem, a pewne nieprzerobione
sytuacje i tak wracają do mnie, bo taka jest naturalna kolej rzeczy. Życie każdego
z nas jest przecież lekcją, a każdy kogo spotykamy – nauczycielem. Dopóki jej
nie przerobimy i nie wyciągniemy wniosków podczas odrabiania pracy domowej,
ważnej z punktu widzenia naszego rozwoju, Wszechświat będzie robił wszystko,
żeby niektóre zdarzenia do nas wracały, do czasu aż w końcu nauczymy się
reagować na nie prawidłowo. Dopiero wtedy możemy wreszcie ruszyć dalej. Nie wiem
tylko, jaką lekcję mam teraz przed sobą. Czy jest to przeznaczenie, czy może
raczej kuszenie? Nie zamierzam jednak stracić wyznaczonego kierunku i to jest
dla mnie najważniejsze.
niedziela, 8 czerwca 2014
niedziela, 1 czerwca 2014
Mój sposób na detoks
Wyjdź ze
złotej klatki…
Zastanawiam się czy na tak niedoskonałej
planecie może istnieć doskonały związek? Jesteśmy przecież uwikłani w sieć
brudnych zależności, bo z wielką determinacją tworzymy sobie „nowy wspaniały
świat” – agresywną i toksyczną urbanistyczną klatkę, w której niezmiennie
obowiązują pierwotne prawa dżungli – walka o przetrwanie, wyrażona złotą uniwersalną
regułą o tym, że każdy chce mieć więcej niż realnie posiada. Końca naszych
oczekiwań nie widać. Lubimy przecież patrzeć na świat z pozycji władcy. Podbiliśmy
go tym wszystkim, co dumnie nazywamy postępem cywilizacyjnym i tak trudno nam
odpuścić. Jesteśmy do szpiku kości przesiąknięci materializmem, który nas
zniewala. Gdzie w takim układzie kończy się miłość, a zaczyna kontrakt między
dwojgiem ludzi, zwłaszcza w erze przewartościowania życia i powszechnego
kryzysu tożsamości?
… i rozłóż skrzydła…!
Toczymy swoje prywatne wojny z innymi i
sami ze sobą, bo każdy z nas ma w sobie zakorzenioną ucieczkę przed więzieniem
rzeczywistości, która czasem dochodzi do głosu. Sami przyznajcie – każdy z nas
ma czasem dość sztywnego harmonogramu codziennych obowiązków i wcielania się w
swoje społeczne role. Każdy z nas chce być wolny, ale dopiero kiedy odetniemy się
od wiążącego nas łańcucha współczesnych wygód i komfortu materialnego, zautomatyzowanego świata – możemy znaleźć odpowiedzi na dręczące nas pytania i po prostu
być sobą. Trzeba tylko umieć słuchać głosu swojej intuicji i podszeptów serca.
Nie jest to możliwe w hałaśliwym mieście, zagęszczonym do granic możliwości. Spróbujcie więc się zatrzymać i wyjść z błędnego koła swojej codzienności, którą każdego dnia rutynowo
kreujecie. Przestańcie się zadręczać tym, co było i przejmować tym, co będzie. Po
prostu żyjcie w bieżącej chwili, „tu i teraz”. Zapomnijcie na chwilę o swoim niewolniczym
przywiązaniu do zegarka. Przestańcie patrzeć przed siebie, a spójrzcie w niebo.
Poczujcie podmuch wiatru we włosach i ciepłe słońce na skórze. Spójrzcie głęboko
w samych siebie, bo to tam są wszystkie odpowiedzi – spowolnijcie oddech i uregulujcie
swój własny biologiczny zegar.
Spróbujcie wyjść poza mury betonowej dżungli budynków
i ulic, tylko po to, żeby w końcu móc rozłożyć skrzydła.
niedziela, 25 maja 2014
Zmiany.....? A może raczej ich brak!
Już od kilku lat próbuję znaleźć swoją
drogę i póki co, jeszcze mi się to nie udało. Ostatnie 2 lata to było pasmo
ciągłych zmian: liczne przeprowadzki bliższe i dalsze, trudne rozstania,
mnóstwo ludzi po drodze. Można to wszystko wymieniać, rozdrabniać, dodawać i
mnożyć, ale jedno jest pewne – żyłam bez planu i bez poczucia stabilizacji.
Próbowałam różnych smaków, ale żaden nie okazał się moim ulubionym. Już dawno
poradziłam sobie z upiorami przeszłości, teraz przyszedł czas na ustalenie
nowego kierunku i stworzenie nowej przyszłości. Tylko że teraz mam inną
strategię. Nie chcę już korzystać z windy, którą zawsze ktoś mi proponował, bo
to było najgorsze, co mogłam zrobić. Dopasowywałam się po prostu do cudzych
wizji i próbowałam odnaleźć siebie w innych oczach, a przez to łatwo traciłam
orientację i zmieniałam plany życiowe, nie trzymając się nigdy jednego
scenariusza. Dawałam się ponieść każdej wzburzonej fali. Potrafiłam z dnia na
dzień rzucić pracę, zmienić otoczenie, przeprowadzić się za granicę – dla samej
frajdy zmian i ucieczki przed codziennością. Teraz stosuję taktykę małych
kroków, a dotarcie do celu postanowiłam rozłożyć w czasie, bo przecież tylko w spokojnym
zwierciadle wody można zobaczyć swoje prawdziwe oblicze. To na czym mi
najbardziej zależy, to nawiązanie kontaktu z samą sobą, dotarcie do Źródła i
skalibrowanie wewnętrznego kompasu. W końcu zrozumiałam, że codzienność może być
piękna, bo szczęście to przecież wcale nie miejsce przeznaczenia, a sposób podróżowania. :-)
piątek, 2 maja 2014
Patriotyzm
Patriotyzm jest ciekawym pojęciem w naszym
kraju. Jest historycznie naznaczone krwią, walką, poświęceniem, odwagą i
bohaterstwem. Jest jak czerwony kolor naszej flagi. Dzisiaj paradoksalnie
trudniej jest być patriotą w globalizacyjnej wiosce zatartych granic. Nasze pokolenie
nie pamięta już czasów wojny i oby nigdy nie musiało już sobie jej przypominać.
To widmo jest wciąż w jakiś sposób obecne, ale nie jest już potworem z szafy,
którym straszymy swoje dzieci… i samych siebie. Nie musimy wspinać się na
wyżyny heroizmu i walczyć za swoją ojczyznę, męczeńsko poświęcać się dla
wyższej idei. Zresztą i tak nie mamy czasu myśleć o wzniosłych duchowych
hasłach, kiedy naszą codzienność określa wyścig szczurów oraz owczy pęd za
sukcesem. Dbamy tylko o swoje własne podwórko. Na święta narodowe ograniczamy
się do wywieszenia polskiej flagi, a tylko okresowo ogarnia nas fala
solidarności i dumy narodowej. Wielu z nas narzeka na Polskę. Nie jesteśmy patriotami,
kiedy patriotyzm oznacza poczucie przynależności, zbiorowej odpowiedzialności,
empatii. Patriotyzm nie wprowadza podziałów społecznych, on te podziały znosi. Zbliża
nas do siebie, bo ojczyznę tworzą przecież ludzie. Patriotyzm to bezwarunkowa
miłość, ograniczona w tym wypadku tylko do swojego kraju, która pozwala zobaczyć
siebie samego w cudzych oczach. Patriotyzm jest szacunkiem do korzeni, które dają
nam poczucie przynależności i realną troską o budowę jak najlepszego jutra. Patriotyzm
to czysta i wyrozumiała miłość, nieskażona tak jak niesplamiona jest biel naszej flagi.
niedziela, 27 kwietnia 2014
Let's play again...?
PRÓBA SIŁ
Nasz „nowy wspaniały świat” to po prostu
gra, a im bardziej jest „cywilizowany” i technologicznie rozwinięty, tym czarno – białe
pola na szachownicy stają się mniej oczywiste. Łatwo się zagubić i popełnić
błąd, bo w rozgardiaszu współczesności pełno jest barw i odcieni, które
mieszają się ze sobą, więc czasami to, co wydawało się czarne, okazuje się być
białe i na odwrót. Pierwotna forma ulega zniekształceniu, jak w przypadku wilka
w owczej skórze, dziewczynki z zapałkami czy brzydkiego kaczątka. Czasami
trudno rozpoznać, która ludzka poza jest najbliższa prawdy. Zawsze jednak można
podjąć grę i zbliżyć się do innych, zderzyć z nimi, nawiązać relacje i zbudować
więzi.
Jesteśmy
uwięzieni w swoich rolach, które codziennie odgrywamy. Działamy w różny
sposób – możemy być Strategami, Stoikami, Cynikami, Optymistami, Entuzjastami,
Krytykami, Filozofami, Realistami, Marzycielami, Materialistami,
Ekspresjonistami, Minimalistami, Maksymalistami, Ryzykantami, Desperatami.
Każdy ma swoją własną filozofię. Każdy tworzy swoją własną bajkę. Gry są w
końcu również teatrem, bo wymagają włożenia maski. Jednej z wielu. Mimochodem przybieramy
pokerową twarz, za którą nikt nie jest w stanie odgadnąć, co naprawdę się
kryje. Łatwo i wygodnie jest być konformistą. W materialnym świecie konwenansów,
formalizmu i narzuconych sztywnych społecznych reguł, dążymy do mistrzostwa w
sztuce opanowania emocji i zakrycia swojego prawdziwego oblicza. Nie poznajemy
swojego odbicia w lustrze. Nie znamy osoby, która na nas patrzy, bo nie jest
prawdziwa.
Postanowiłam zrobić wszystko, żeby się
uwolnić i pozostać czystą kartą, bez względu na zewnętrzne okoliczności.
Odcinam wszystkie chore więzy i przestaję być marionetką w cudzych rękach.
niedziela, 13 kwietnia 2014
„Człowiek ma w sobie milczenie morza, zgiełk ziemi i muzykę powietrza” (CZĘŚĆ 2)
NORWESKIE MORZE
Norwegia to kraj dla samotników. Ogromna przestrzeń
bywa czasem przytłaczająca, bo gęstość zaludnienia jest niewielka. W kraju
króluje cisza. Nie jest to miejsce, gdzie łatwo się odnaleźć ludziom o
charakterze południowców. My mamy w sobie słowiańską duszę, która jest zarówno
melancholijna, jak i skora do zabawy. Osoby towarzyskie i z wielkim
temperamentem, które w chaosie wielu bodźców zewnętrznych czują się jak ryby w
wodzie, mogą nie odnajdywać się w Norwegii, która nie pulsuje życiem i posiada
spowolnione tętno.
Uwielbiałam wyglądać przez okno w
samolocie, kiedy obniżaliśmy lot nad Norwegią. W Polsce zostawiałam proste
drogi, skupiska świateł i budynków, po to, aby po 1,5 – godzinnym locie w
chmurach trafić do zupełnie innego świata, który określa spokój i porządek.
Generalnie im bliżej gór, tym mniej oznak
cywilizacji. Długie kręte drogi, wiją się w nieskończoność wśród bezkresnych
widowiskowych terenów, gdzie jedynym przejawem obecności człowieka jest
okresowo jakaś stacja benzynowa. Czasami pojawiają się małe zapomniane wioski,
porozrzucane w dolinach między fiordami, otoczone wysokimi górami. Jedyna droga
do nich prowadzi przez długi tunel wykuty w skale. Nie zraża to tubylców, dla
których takie miejsce jest idealną alternatywą na weekendowy wypad za miasto.
Wielu Norwegów posiada domki letniskowe w niewielkich górskich miasteczkach. To
popularne miejsce na pustelnię czy azyl. Dla kogoś, kto marzy o spokoju,
izolacji i skrajnym odcięciu. Dla obserwatorów, potrzebujących refleksji nad
sobą i nad światem. Albo dla kogoś, komu zależy na spędzeniu czasu wyłącznie w
gronie najbliższych.
sobota, 5 kwietnia 2014
„Człowiek ma w sobie milczenie morza, zgiełk ziemi i muzykę powietrza” (1)
Na skutek zbiegu
wielu okoliczności, świadomie lub trochę mniej – w końcu przybijamy do swojego
życiowego portu, tak jak Odyseusz do Itaki. Znajdujemy swoją przystań, swoje
miejsce na Ziemi, swoje przeznaczenie. Zapuszczamy korzenie.
Jesteśmy różni.
Niektórzy z nas kochają morze, inni – góry. Niektórzy świetnie odnajdują się w
miejskiej aglomeracji, inni wolą spokojną egzystencję na łonie natury.
O tym, jak duży wpływ
na człowieka ma otoczenie – przekonałam
się najlepiej, kiedy mieszkałam w Norwegii. Mam tendencję do chłonięcia
atmosfery miejsca, w którym się znajduję. Przesiąkam nią. Jestem jak papierek
lakmusowy i nie zawsze wychodzi mi to na zdrowie.
NORWESKIE
POWIETRZE
Norwegia to kraj dla ekologów. Czuć w nim potęgę
przyrody. Jest tam wiele miejsc nietkniętych przez człowieka (co nie znaczy, że
nieodkrytych), unikalnych, pierwotnych, dlatego też zjawiskowo pięknych. W
Norwegii bez dwóch zdań szanuje się naturę i jej siłę. Dba się również o
środowisko naturalne. Nikt nie śmieci, woda jest przejrzysta, a powietrze
krystalicznie czyste, orzeźwiające. Poza charakterystycznymi fiordami, które
jak krwioobieg przecinają ziemię, zetkniemy się też z wieloma skupiskami
skalnymi. Na zachodzie jest ich mnóstwo. Pomyślcie, jaka to musi być
benedyktyńska praca – wykuwać autostrady i budować miasta w tak trudnych
warunkach przyrodniczych! Norweską naturę ciężko jest okiełznać. To, co
szczególnie uwielbiam w Norwegii to wodospady. Dopóki tam pierwszy raz nie
pojechałam, nie byłam świadoma, że ten kraj posiada wodospady i co więcej –
jest ich tak wiele. Zakochałam się bez pamięci. Skandynawia jest też bardzo
zalesiona. Wszyscy wiemy, że kontakt z naturą może być formą terapii, zwłaszcza
na pośpiech i stresy współczesnej cywilizacji, ale norweska natura ma dodatkową
wartość – ogrom. Bez trudu można się zagubić, zatopić, zatracić w bezkresnej,
wyciszonej przestrzeni. Jednocześnie można poczuć jak ludzka jednostka jest
bezsilna, krucha i słaba w obliczu przyrodniczego majestatu. Czujemy się często
panami świata, ale tak naprawdę nie mamy szans w starciu z żywiołem wymierzonym
przeciwko nam. Norweska przyroda uczy pokory. Jest przepustką do innego świata,
który rządzi się swoimi prawami. Jest onieśmielającym sacrum. Jest
Nauczycielem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









