czwartek, 12 lutego 2015

Korzenie



Człowiek jest jak drzewo.


Potrzebuje korzeni, które dają mu oparcie, stabilizację, bezpieczeństwo i poczucie przynależności. Korzenie to symbol dojrzałości i odpowiedzialności, a te determinują racjonalizm i pragmatyzm. Korzenie to miejsce, do którego przylegamy. Miejsce, które nazywamy domem. Osadzamy się w tym miejscu, w swoim scenariuszu (rodzina, praca, znajomi, czas wolny). Umacniamy siebie. Jest tylko jedno „ale”. Świat jest zmienny i to jego najbardziej pewna cecha. Wszystko płynie. Dziś się śmiejesz, jutro będziesz płakał. Dziś zyskujesz, jutro tracisz. Na świecie musi przecież istnieć równowaga, a uwikłani w naszej ludzkiej dualności, egzystując na świecie biegunowości – nic nie jest pewne na 100%. Żadna wartość, z którą się utożsamiamy: dom, praca, zdrowie, znajomi czy też twarz, jaką pokazujemy światu. Pewne są tylko zmiany. Tymczasem my kurczowo trzymamy się swojego mikrokosmosu, swojego małego świata, swojej prywatnej świątyni, którą zbudowaliśmy, umacnialiśmy i misternie dekorowaliśmy przez wiele lat. Może nawet przez całe życie, traktując ją jak coś trwałego, nienaruszalnego i wiecznego. Kurczowo czepiamy się  tego, co mamy, tego, co znamy, tego, do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić, bo w chaotycznym świecie daje nam to punkt oparcia, drogowskaz, kompas jak odnaleźć się w świecie dookoła nas. Nasz świat daje jednak tylko iluzję kontroli. Nic i nikogo nie posiadamy na własność. Możemy tylko doświadczać, odczuwać. I pozwolić odejść, kiedy przyjdzie właściwa pora. Zdolność odpuszczania wszystkiego, czego się kurczowo trzymamy: wszystkich naszych wyobrażeń, pragnień i oczekiwań oraz nieprzywiązywanie się do żadnego ze swoich scenariuszy życiowych – oznacza koniec cierpienia.




Czy warto utożsamiać swoje korzenie z miejscem, gdzie żyjemy; z ludźmi, w których oczach lubimy się przeglądać; z pracą, jaką wykonujemy?



Wierzę, że nasze prawdziwe korzenie to coś dużo więcej, a porzucając na chwilę gęsty świat materii, odkrywamy, że prawdziwe korzenie są w nas. To nasza psychofizyczność, której nie da się uchwycić namacalnie, ale wystarczy zatrzymać się na chwilę i w ciszy zapuścić korzenie w głąb siebie, zaufać sobie i swojej niezawodnej, choć zagłuszanej na co dzień intuicji, uwierzyć w siebie, aby zawsze mieć stały punkt oparcia, bez względu na okoliczności, gdziekolwiek się nie udamy i cokolwiek nie spotka nas na naszej drodze. Kim jesteśmy, jeśli nie potrafimy zaufać sami sobie? Chorągiewką na wietrze, zamkiem budowanym na piasku, pogrzebanym skarbem, ptakiem, który zapomniał jak latać. Ale pielęgnując korzenie w sobie mamy pewność, że choćby nasz osobisty świat się walił i kruszył od podstaw, nawet bez przyczyny i bez naszej winy, to żadne trzęsienie ziemi nie będzie w stanie na nas trwale wpłynąć, bo po okresie destabilizacji okaże się, że chociaż naszego świata już nie ma, to my wciąż jesteśmy. Co to oznacza? Tylko tyle, że poczucie bezpieczeństwa, oparcie i przynależność to zaufanie do Życia jako takiego, które powinno wypływać z naszego wnętrza i nie może być uzależnione od zewnętrznych czynników. Wiara w siebie, w to, że sobie poradzę, że coś znaczę  i wierność swoim ideałom – to prawdziwe korzenie. Umacniamy je, kiedy przechodzimy transformację poprzez różne życiowe doświadczenia: dobre i złe, które przyjmujemy w pokorze. Dzięki temu dojrzewamy i stajemy się coraz doskonalsi. Korzenie już w nas są – wystarczy tylko je odkryć i zapuszczać coraz głębiej w sobie, ale jednocześnie tak jak drzewo – piąć się w górę, aby dosięgnąć nieba. Czy na tym właśnie nie polega życie?




Gdy czasem macie wrażenie, że Wasz świat się wali, uznajcie to za dobry znak.



Może jest to sugestia, że nie warto odbudowywać wszystkiego od podstaw, posługując się tymi samymi kawałkami puzzli? Może zniszczona układanka jest najlepszą motywacją do zmiany na lepsze jakiejś części swojego życia, której do tej pory niepotrzebnie kurczowo się trzymaliście? Może trzęsienie ziemi w życiu to potrzebna zmiana, którą musicie przejść, żeby dojrzeć? Nie trzeba rozumieć natury tej zmiany, wystarczy zaufać, bo skoro życie toczy się dalej, a Słońce wciąż wschodzi, to ostatecznie wszystko będzie dobrze. To pewne. 

środa, 14 stycznia 2015

Jak zrealizować noworoczne postanowienia?

Koniec roku sprzyja przemyśleniom. To czas, kiedy dokonujemy bilansu zysków i strat w kontekście minionych 12 miesięcy oraz planujemy nowe przedsięwzięcia, nazywane potocznie postanowieniami noworocznymi. Pewnie każdy z nas robił kiedyś takie plany – o różnym zasięgu, mniej lub bardziej spektakularne. Ciekawe tylko ilu z nas udaje się je zrealizować, a w ilu przypadkach plany okazują się słomianym zapałem, zostają odłożone na półkę razem z rzeczami zatytułowanymi „nierealna gwiazdka z nieba” czy też umierają śmiercią naturalną w naszej głowie, czyli po prostu zostają zapomniane? Statystyki i proporcje pomiędzy zrealizowanymi a niezrealizowanymi postanowieniami są pewnie niewygodne, a nawet druzgocące dla wielu z nas, bo nie oszukujmy się, że zazwyczaj jest tak, że plany planami, marzenia marzeniami, ale w poprzednim roku zabrakło nam czasu/pieniędzy/motywacji/silnej woli/wiary w siebie/poczucia sensu, etc., aby zrealizować swoje cele. Wyrzuty sumienia nic jednak nie dadzą i nie powinniśmy się nimi zatruwać czy też wmawiać sobie, że niezrealizowane plany są naszą porażką. Warto za to zastanowić się, jak skutecznie wcielić w życie tegoroczne noworoczne postanowienia? Bo w to, że takie plany są potrzebne i warto je mieć – nie powinniśmy wątpić! Cele są prawdziwym silnikiem napędowym dla całego roku. Jaka zatem jest recepta na sukces, czyli urzeczywistnienie planów?



KLUCZ DO REALIZACJI POSTANOWIEŃ NOWOROCZNYCH:



1.          Wszelkie plany, marzenia, postanowienia…. spisujemy!

Dlaczego to  takie ważne? Bo jest to rodzaj umowy z samym sobą i chociaż nasza świadomość może nie zdawać sobie z tego sprawy, to podświadomość dostaje impuls do działania i wcielania planów w życie. Oczywiście impuls trzeba jeszcze umiejętnie wzmacniać, ale o tym będzie później. Teraz skupiamy się na zapisaniu postanowień noworocznych, a zapis taki może przybierać różne formy: od wersji z kartką papieru dla konserwatystów, po plik na pulpicie komputera. Ważne, aby zapis był dla Was inspirujący, pobudzający wyobraźnię i wzmacniający entuzjazm. Polecam vision board, czyli tablicę motywacyjną  (wizualizacja celu, mapa myśli oraz skojarzeń, zdjęć, cytatów, obrazków związanych z naszymi marzeniami, powieszona w formie plakatu na ścianie albo zapisana na pulpicie np. w formie prezentacji multimedialnej). Zabawa z vision board ma na celu utrzymać nasze zainteresowanie celami i sprawić, że będziemy do nich często wracać. To bardzo ważne, bo dzięki temu możemy poczuć i wniknąć w swoje postanowienia, skupić na nich swoją uwagę i wzmacniać samodyscyplinę.




2.          Sprecyzowanie celów

Od procesu ustalania celów powinniśmy zacząć. Wielu z nas zadaje sobie pytanie: czy mierzyć siły nad zamiary, czy może raczej robić plany z wielkim rozmachem? Na tym etapie pojawia się bardzo ważna umiejętność, czyli wiara we własne siły. Słomiany zapał wcale nie oznacza lenistwa czy braku dojrzałości lub zaangażowania, ale właśnie niską samoocenę. Nie ukrywajmy, że czasem nasze otoczenie nie jest sprzymierzeńcem w spełnianiu marzeń. Można jednak sobie z tym poradzić, czyli wzmacniać poczucie akceptacji i miłości do samego siebie. Jeśli chodzi o mnie, to pomaga mi robienie planów z poziomu serca, czyli jeśli wsłucham się w siebie, to zyskuję pewność, że to, czego chcę jest mi potrzebne do rozwoju, bardzo ułatwi życie mnie, a tym samym w pewien sposób innym oraz jest wywołane wewnętrzną potrzebą. W praktyce oznacza to, że choćbym słyszała wokół siebie same zarzuty, złośliwości, pokpiwania i brutalne próby ściągnięcia mnie na ziemię, to nic i nikt nie jest w stanie zasiać we mnie trwałych i niszczących wątpliwości, że właśnie tego chcę. Oczywiście w planowaniu ważna jest zasada złotego środka, bo żadna skrajność nie jest dobra, czyli zbyt mało ambitne cele nie są dla nas wystarczająco motywujące i inspirujące, ale jeśli postawimy sobie poprzeczkę zbyt wysoko – może się okazać, że plany przerastają nasze możliwości i są niemalże fizycznie niemożliwe do zrealizowania. Warto wyjść poza swoją strefę komfortu, ale nie na tyle, żeby od razu spaść w przepaść.

Na pewno podczas ustalania celów warto poza kategoriami materialnymi mieć na uwadze także swój  rozwój osobisty, czyli poza postanowieniami typu „mieć” (np. znaleźć lepszą pracę, kupić nowy samochód, skończyć kurs, zrobić remont w mieszkaniu) wypada mieć także plany z kategorii „być”, czyli takie związane ze swoim kodeksem wartości po to, aby spełniając je stać się lepszym człowiekiem. Może to być nauka cierpliwości i opanowania w przypadku kontaktu z osobami, które nas irytują, poświęcanie większej ilości czasu swoim najbliższym, wdrożenie jakichkolwiek prób zmierzających do pomniejszania swojego ego czy też codzienne życie wg inspirującego motto Kanta: „niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie” lub Gandhiego: bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie” – słowem może to być wszystko to, co wzbogaci naszego ducha. Spełnienie odbywa się przecież nie tylko na poziomie materii, czyli ciała, ale także na poziomie ducha, a sens życia i zapełnienie pustki nadają nam tylko POZAMATERIALNE wartości. Jestem tego pewna na 100%.




3.          Optymistyczne podejście

Swoje postanowienia i plany trzeba wzmacniać pozytywnym nastawieniem i entuzjazmem. Na początku warto w ogóle uświadomić sobie: po co chcemy to zrobić, jakie przyniesie nam to korzyści, co chcemy osiągnąć i jak zmieni się nasze życie po zrealizowaniu postanowień? Przepuszczenie celów przez taki filtr jest konieczne, bo pozwala nam się w nich odnaleźć i zakorzenić, czyli uwierzyć w swoje marzenia. Wszystko zaczyna się przecież od myśli, a myśl, z którą się utożsamiamy na stałe wchodzi do naszego codziennego życia. Jeśli jesteśmy w stanie wyobrazić sobie siebie po spełnieniu swojego postanowienia i dobrze wiemy co chcemy osiągnąć, to drzwi stają przed nami otworem. Wystarczy tylko powziąć odpowiednie kroki do realizacji postanowienia, które tak naprawdę nie sprowadzają się wcale do gromadzenia środków finansowych, ale przede wszystkim do podlewania zasadzonego nasionka w swoim umyśle za pomocą pozytywnego nastawienia, radości, miłości, wiary w siebie, zaufania, entuzjazmu, wytrwałości, samodyscypliny i determinacji, aby nasionko mogło wyrosnąć zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Jak osiągnąć taki stan uczuć i emocji? Można na przykład zacząć praktykować… wdzięczność za to, co już udało nam się osiągnąć i za każde trudne zdarzenie, jakie udało nam się przezwyciężyć. Wdzięczność nastraja nas pozytywnie i ma ogromną siłę budowania stabilnego poczucia bezpieczeństwa, radości i pewności siebie.




4.          Świadomość perspektywy czasu

Niektóre cele zajmą nam kilka dni czy tygodni, inne może nawet kilka lat. Wszystko zależy oczywiście od ich skali. Najważniejsze jest to, abyśmy nigdy nie zwątpili w  słuszność swoich marzeń i systematycznie zbliżali się do upragnionego celu, bo nie od razu przecież Rzym zbudowano! Najlepiej, aby Wasze cele były mierzalne i konkretne, a Wy cierpliwi i wytrwali w ich realizacji. I pamiętajcie czasami trzeba cofnąć się o krok, aby potem zrobić dwa kroki do przodu. Poza entuzjazmem przyda się zatem także pokora. Najważniejsze jest to, abyście ustalili wszystkie możliwe sposoby i narzędzia służące realizacji celu oraz wykorzystywali wszystkie okazje, które zbliżają Was do upragnionej mety.




5.          Zachowanie elastyczności myślenia

Często bronimy swoich świeżo powołanych do życia postanowień jak niepodległości i cierpimy lub robimy sobie wyrzuty, jeśli nie uda nam się ich spełnić. Wtedy mogą stać się dla nas niewygodne jako dowód naszej słabości. Czasami może też się zdarzyć, że po jakimś czasie nasze cele okażą się „przeterminowane” i niepasujące do aktualnej życiowej sytuacji. Co wtedy robić? Porzucić postanowienia i uznać swoją klęskę? Nie, można je po prostu zmodyfikować i dostosować do aktualnych potrzeb. Jeśli zatem sporządzicie swoją osobistą listę noworocznych postanowień, nie traktujcie punków z listy śmiertelnie poważnie. Nie warto stawiać sobie za punkt honoru realizację  celów za wszelką cenę w ściśle wyznaczonym czasie. To powinna być przede wszystkim przygoda, zabawa, nowe wspaniałe doświadczenie, które powitacie z przyjemnością jako lekcję, którą sami świadomie wybraliście. Zamiast „muszę” coś zrobić, mówcie sobie: „chcę” to zrobić. Wasz komfort psychiczny jest bardzo ważny.




6.          Świadomość oddania i poświęceń
Nie bójmy się wyrzeczeń związanych z realizacją wielkich planów. Czasami trzeba coś poświęcić (najczęściej inwestujemy swój czas i pieniądze), aby dopiąć celu i sami dobrze wiecie, że w dłuższej perspektywie okazuje się, że właśnie takie doświadczenia najbardziej nas kształtują. Sukces bez wysiłku smakuje nijako, a każda prawdziwie wartościowa nagroda ma swoją cenę. „Oceniaj swój sukces poprzez to, co musiałeś oddać, aby go osiągnąć” – jak mówi Dalajlama. Im wyższa jest wartość nagrody w naszym odczuciu, tym większe schody musimy pokonać w drodze do jej zdobycia. Ale czy takie właśnie nie jest życie? To nieustającą lekcja kształtująca charakter i wyrabiająca prawidłowe nawyki postępowania i zachowania. Nie zawsze jest lekko. Dodam, że porażka to też w pewnym sensie sukces, a więc lęk przed porażką, który wkrada się w życie wielu ludzi i skutecznie hamuje większość z nas przed podążaniem za głosem swojego serca i intuicji, czyli np. realizacją postanowień, jest po prostu nieumiejętnością dostrzeżenia, że porażka jest tak naprawdę niezbędna do osiągnięcia sukcesu, bo… konsekwentnie zbliża nas do obranego celu! (oczywiście o ile niepowodzenie potraktujemy jako etap, czyli naukę umożliwiającą nowy start, a nie jako definitywny koniec naszych marzeń).

W życiu jest czas i miejsce zarówno na sukcesy, jak również na porażki. I to jest właściwe, dlatego nie warto życia traktować śmiertelnie poważnie, zwłaszcza że absolutnie każdą porażkę można przekuć na swój sukces, bo każda porażka niesie ze sobą potencjał stwórczy, o ile wyciągniemy lekcję, jaką ze sobą niesie. J




Powodzenia w realizacji marzeń i zamierzeń w 2015 r.! Oby każdy z Was mógł w tym roku rozłożyć skrzydła. 

środa, 31 grudnia 2014

Z poradnika niewolnika słońca, czyli jak przetrwać sezonową depresję


Słońce jest dla niektórych ludzi obiektem boskiego kultu i jestem w stanie to zrozumieć, kiedy obserwuję jak sama źle znoszę sezonowy deficyt naturalnego światła. Zimą dość często czuję, że wewnętrznie umieram i jak dla mnie nie ma przesady w stwierdzeniu, że słońce nas karmi (głównie witaminą D – najlepszy antydepresant!), zasila i daje energię. Mnie na pewno odżywia radością życia i wewnętrznym spokojem, dlatego też zimą jestem notorycznie głodna. Trzeba jednak kochać to, co się ma i akceptować rzeczywistość zamiast skupiać się na brakach i opierać nieuchronnym zmianom, więc trzymam się korzyści płynących ze spowitego mrokiem sezonu jesienno – zimowego. Dzięki temu tegoroczna zima jest dla mnie dużo przyjemniejsza niż w poprzednich latach.



W jaki sposób polubić zimę i jak docenić jej atuty?





Po pierwsze – senna aura wycisza i sprzyja temu, aby zajrzeć do swojego wnętrza, czyli przeżyta właściwie może stać się dla nas szansą do lepszego poznania samych siebie, w tym prawdziwych motywów naszego zachowania i najgłębszych pragnień, a także daje możliwość zlokalizowania źródła naszych największych problemów. Wszystkie odpowiedzi są przecież w nas, ale poznanie ich nie jest wcale takie proste, bo trzeba nie tylko skupienia i wyciszenia, ale także wystarczająco dużo odwagi, aby zajrzeć do najciemniejszych zakamarków swojego umysłu, stanąć w prawdzie i zrozumieć siebie, a może nawet uleczyć swoje wewnętrzne dziecko? Zima sprzyja takiej medytacji, bo wnosi więcej spokoju, a podążając jej rytmem nie mamy wyjścia – musimy zwolnić. Jest też okazją do pielęgnowania swoich małych, intymnych rytuałów lub do szukania nowych przyjemności. Dla jednych może to być długa gorąca kąpiel z olejkiem aromatycznym, dla innych ciekawa książka czy odkrycie w sobie artystycznej duszy w kuchni czy na płótnie. Każdy ma jakieś swoje misterium. Może to być wieczorny ceremoniał słuchania muzyki, zwykły kubek dymiącego kakao albo narty czy siłownia, bo odpoczywać można także aktywnie. Ważne, aby zrelaksować się poprzez zrobienie czegoś tylko dla siebie: dla swojego ciała, umysłu i ducha, co pozwoli Wam rozpieścić swoje zmysły, zadbać o siebie i wprowadzić się w stan błogostanu, jaki należy się każdemu. Na co dzień odmawiamy sobie tak wielu rzeczy i rano wstajemy z łóżka z wypisaną misją na twarzy z cyklu: „Jak przetrwać kolejny dzień?”. Zbroimy się jak do bitwy, a może warto odpuścić? Zimą natura od nas tego wymaga, więc może warto pójść za jej głosem i stworzyć samemu sobie jak najwięcej okazji do relaksu, który niepotrzebnie uważamy za towar luksusowy i elitarny? Warto znaleźć na to choć chwilę czasu, nawet w obliczu napiętego codziennego grafiku i co najważniejsze: odpoczywać bez wyrzutów sumienia i gonitwy myśli w głowie. Postarać się niczego nie planować i nie zastanawiać się, rozluźnić ciało i umysł. Po prostu głęboko oddychać i żyć.





 

A jeśli pojawi się rysa na spokojnej tafli, która nie pozwala nam zrelaksować się w pełni, to może warto z dystansu, czyli z pozycji obserwatora zajrzeć w głąb swoich destrukcyjnych emocji, jakie o tej porze roku często wypływają na powierzchnię (np. złość, smutek, opór, nerwowość, niepokój, stres), zaakceptować je i zmienić swoje skostniałe schematy myślowe, a tym samym poskromić swoją emocjonalną huśtawkę, nieprzewidywalną jak pogodę. Jak to zrobić? Wystarczy rozgrzeszyć samego siebie ze wszystkich nieodciągnięć, otulić się koktajlem pozytywnych, wibrujących emocji. Zaprzyjaźnić się z samym sobą, czyli wybaczyć sobie i zaakceptować swoje słabości. Uwierzyć, że przyszłość jest jasna i bezpieczna. Optymistycznym myśleniem przyciągnąć do siebie wszystko to, co dobre, bo pozytywny umysł to potęga. Jak często zdarza się, że nasze negatywne myśli sabotują nasze życie? Warto się od nich uwolnić poprzez zastąpienie ich takimi, które napełnią nasze życie pozytywną energią. I robić to z uporem maniaka nawet jeśli nasz umysł stwierdzi, że to głupie, dziecinne i bez sensu. Lepsze to niż życie w otchłani czarnej rozpaczy, depresji, sceptycyzmu, irytacji, złości, poczucia pustki oraz patrzenie na świat przez pryzmat swoich emocjonalnych ran z przeszłości, które zatruwają nasze życie jak trucizna. „Change your thoughts and you change your world” – jak mówił Norman Vincent Peale. Nasza podświadomość działa w końcu w nawykowy sposób, a więc wierzy i wciela w życie to, co wielokrotnie sobie powtarzamy. Chyba lepiej, aby były to myśli nacechowane pozytywnym nastawieniem do wszystkiego, co nas otacza?




  

Co jeszcze pomaga docenić zimę i w jakim kierunku możemy próbować zmienić swoje myśli? Oczywiście poprzez zmianę perspektywy i umiejętność odpuszczania. To drugi stopień wtajemniczenia, bo zrelaksowanie się i wyciszenie nie jest dla nas tak trudne do osiągnięcia jak właśnie zmiana perspektywy. A tymczasem nie mamy przecież wpływu na niektóre zmiany takie jak pogoda, więc nie ma sensu z nimi walczyć. Zamiast tego lepiej zaakceptować zastany status quo i pozbyć się oczekiwań, które wprowadzają opór przed zmianą. Wiadomo, że każdy z nas woli piękną słoneczną pogodę za oknem, ale pomyślcie sami: z reguły jesteśmy zaprogramowani, aby uważać, że pochmurny, deszczowy dzień jest brzydki, ale przecież to nie musi być prawda. To jest po prostu mokry dzień i to my decydujemy czy ten mokry dzień będzie nacechowany negatywnie i czy będzie nam się podobał, czy też nie. A więc dlaczego mamy być nieszczęśliwi podczas pochmurnej, deszczowej aury za oknem? Co więcej, wcale nie musimy nastawiać się na to, aby jakoś przetrwać ten dzień, zupełnie jakby robił nam na przekór. Możemy za to cieszyć się nim i wyjść mu naprzeciw. Kluczem otwierającym drzwi wewnętrznego oporu jest użycie własnej wyobraźni i zachowanie elastyczności myślenia, bo martwienie się jest niewłaściwym użyciem wyobraźni, a żeby widzieć jasno, wystarczy zmienić perspektywę. Jeśli nie umiecie przyjąć z radością mokrego dnia, dostrzec i szczerze uwierzyć w jego zalety, to możecie chociaż zaakceptować ten dzień poprzez uświadomienie sobie, że życie to nieustanna hiperbola i po deszczowym dniu ZAWSZE wychodzi Słońce i to właśnie dzięki deszczowi słoneczny dzień wydaje się jeszcze piękniejszy. J 


P.S.1. Jako „deszcz” możecie wstawić wszystko to, czego nie lubicie i przeciw czemu się buntujecie, czyli wszystko to, co uważacie w swoim słowniku za tzw. „przeciwności losu”.

P.S.2. Przy okazji wpisu o niewolnikach słońca i pokonaniu sezonowej depresji, który publikuję właśnie dzisiaj, czyli w Sylwestra – chciałam złożyć Wam życzenia. W Nowym Roku życzę Wam dużo światła, ale nie tego na zewnątrz, tylko tego wewnętrznego. Niech nigdy nie gaśnie.  J

środa, 10 grudnia 2014

W zgodzie z własną naturą

Najważniejsze w życiu jest zachowanie swojego rytmu i właściwego tempa. Każdy z nas powinien tańczyć w takt swojej ulubionej melodii, bo harmonia wewnętrzna to nic innego, jak jedność pomiędzy słowami, myślami i czynami, pojednanie serca i umysłu. Co się dzieje, kiedy do melodii wkrada się fałszywa nuta? Powstaje kakofonia, a my wypadamy z rytmu, tracimy skrzydła. Aby do tego nie dopuścić trzeba przede wszystkim poznać siebie, ale nie tylko powierzchownie. Prawdziwe poznanie to wejście do jaskini lwa, bo tylko zanurzając się w głąb najciemniejszych zakamarków, pełnych metaforycznych potworów z szafy, jesteśmy w stanie po pierwsze zrozumieć, pokochać i zaakceptować siebie samych, po drugie – zacząć żyć w zgodzie z samym sobą, a ostatecznie – z innymi. Każdą zmianę zaczynamy od siebie, bo tylko na to mamy wpływ. Próba zmiany otoczenia jest jak walka z wiatrakami. 




Tylko jak w dzisiejszym świcie zaprzyjaźnić się z samym sobą, jeśli życie pędzi po równi pochyłej, a my wraz z nim? Na co dzień nie mamy przecież czasu na to, aby skupić się na sobie – zwrócić do swojego wnętrza i zaufać intuicji. Jesteśmy raczej więźniami zegarków i poganiaczami czasu. Lekceważymy naturalny rytm biologiczny swojego wewnętrznego zegara. Dekorujemy swoją imitację przestrzeni za metalowymi konstrukcjami miast. Nasz mechaniczny świat jest oceanem bodźców, w którym można utonąć, opium dla mas, w którym można się albo udusić, albo postradać zmysły. Ta woda wciąga nas w szaleńczy, obsesyjny pęd za bogactwem, karierą, urodą, sukcesem i wieczną młodością. Próbujemy odkryć kod nieśmiertelności, znaleźć źródełko wiecznej młodości. Zatracamy samych siebie. Oszukujemy samych siebie. Definiujemy siebie wg opinii innych, bo lubimy się przeglądać w cudzych oczach. Jesteśmy gatunkiem, który ewoluuje i sami określamy ten kierunek – w erze plastiku bliżej nam do cyborga niż istoty z krwi i kości. Z pomocą inżynierii genetycznej próbujemy wskrzesić Frankensteina. Czasami mam wrażenie, że miasto to tylko przestrzeń dla niespokojnego umysłu. Wciąż powołujemy do życia nowe formy i konstrukcje. A w czym ma się zakochać nasze serce? Czy może już się poddało i bije zgodnie z rytmem oczekiwań innych? Jaka jest Wasza ulubiona melodia? Aby ją odkryć, najpierw trzeba pozbyć się dźwięków należących do innych. Warstwa po warstwie doszukać się głębi. Może się wtedy okazać, że naszą naturalną wewnętrzną muzyką jest po prostu cisza.  




wtorek, 4 listopada 2014

"Żaden płatek śniegu nie spada w złe miejsce"






Jesień działa na mnie bardzo nostalgicznie, co dla takiej osoby jak ja, która już z natury pielęgnuje i dopieszcza ogródek swojego wewnętrznego świata, oznacza, że podczas tej szczególnej pory roku odpływam myślami jeszcze dalej w kosmos niż zazwyczaj. Z drugiej strony, choć bardzo brakuje mi słońca odnajduję mnóstwo drobiazgów, którymi mogę się cieszyć pomimo szarugi. Chyba w końcu nauczyłam się akceptować rzeczywistość i nie buntuję się już na zastany status quo, który nie odpowiada moim wyobrażeniom. Odkryłam, że spowity mglistą poświatą „umierający” jesienny krajobraz też może być piękny, a tym, co przeszkadza nam dostrzec jego uroki są tylko i wyłącznie nasze myśli. Coraz bardziej akceptuję też samą siebie, a zdrowy egoizm paradoksalnie pozwala mi też lepiej patrzeć na innych ludzi – skoro wybaczam sobie drobne grzeszki, to wybaczam je też innym. To bardzo proste, ale prawdziwe. W związku z tym m.in. przestałam już robić sobie wyrzuty z powodu moich – coraz rzadszych, ale jednak wciąż czających się w cieniu – przejawów sezonowej melancholii, która między innymi objawia się tendencją do zalewania się łzami z byle powodu, chyba tylko po to, aby upodobnić się w ten sposób do klasycznego jesiennego dnia – wyciszonej aury zatopionej w strugach deszczu. W ramach profilaktyki anty – łzowej postanowiłam jednak nie oglądać już wieczorem żadnych smętnych filmów, które mogłyby rozbudzić we mnie wzburzony ocean. Działa! Moje najnowsze odkrycia, którymi chciałam się z Wami podzielić:

1. Brak oczekiwań i poskromienie pragnienia programowania przyszłości z jednoczesnym skupieniem na teraźniejszości dają spokój, radość i spełnienie. Dzięki temu nagle okazało się, że mam więcej czasu na wszystko.

2. Zdałam sobie sprawę, że uwielbiam się przemieszczać. Ostatnio najchętniej na rowerze. Stąd zdjęcia z moich eksploracyjnych wypraw po dzikich zakamarkach, gdzie lubię się chować.







3. Chociaż wciąż mam naturę włóczęgi, która odzywa się we mnie od czasu do czasu, to z wielką satysfakcją obserwuję, że chyba pierwszy raz w życiu udało mi się rozkochać w codzienności i pomimo przeczucia, że kiedyś znowu przyjdzie czas na migrację, to nie próbuję już niczego przyspieszać na siłę. Przekonałam się też, że moje życie nie było jednak tak chaotyczne, jak mi się kiedyś wydawało.

„Każda rzeka prowadzi do morza, więc nie musisz się zastanawiać, czy jesteś w świętej rzece. Święta czy nie – każda wcześniej czy później dopływa do morza. Unoś się więc wraz z nią. I to właśnie nazywamy ZAUFANIEM – zaufaniem Istnieniu, które, dokądkolwiek wiedzie, doprowadzi cię do właściwej ścieżki, do właściwego celu. Nie jest twoim wrogiem. Uwierz naturze, że dokądkolwiek cię prowadzi, tam jest twoje miejsce.” (Osho)







poniedziałek, 6 października 2014

"Przestrzenią ducha, gdzie może on rozwinąć skrzydła, jest cisza" (Antoine de Saint – Exupéry)




Na zakończenie opowieści o wizycie w okolicach Ålesund, mam dla Was słowo o norweskiej ciszy, która wg mnie jest jedyna w swoim rodzaju. Pewnie na zasadzie negatywu z Polską do Norwegii przyciąga mnie właśnie jej spokój, bo to jest coś, czego u nas brakuje. W kraju często czuję pośpiech tak jakby każdy, kogo mijam wyznawał tę samą zasadę: „żyj szybko, umieraj młodo” lub/i „czas to pieniądz”. Norwegia, jaką znam to „chillout” i odprężenie. Łatwo dać się wciągnąć w ten oczyszczający, głęboki ton. Jeśli natomiast chodzi o samych Norwegów, to lubię ich nie tylko za opanowanie i cierpliwość, ale też za… uśmiechy i pozdrowienia słane nieznajomym. Podczas spaceru większość mijanych osób wita się przyjacielskim „hei!”, czyli odpowiednikiem polskiego „cześć!”. Nie przywiązuję większej wagi do tego, że to tylko powierzchowny kontakt, bo Norwegowie są raczej z natury skryci. Mimo wszystko ich pozdrowienia są bardzo sympatycznym gestem.




Wyobrażacie sobie, jak by to było wstać rano z łóżka w pokoju  skąpanym w promieniach Słońca i otworzyć drzwi do innego – antyurbanistycznego – świata z pogranicza jawy i snu, bo pięknego, magicznego i przepełnionego ciszą, a potem zaczerpnąć porcję czystego orzeźwiającego powietrza i wyjść powitać nowy dzień z kubkiem aromatycznej kawy, zachwycając się nie tylko smakiem płynu, ale także widokiem na bezkresną zieloną przestrzeń i olbrzymie góry zasłaniające horyzont, a później… zwyczajnie rozpłynąć się w tym wszystkim? Żyć i doświadczać bez pośpiechu i bez ograniczeń, narzuconych przez zegarek czy kalendarz. Po prostu być. Całkiem przyjemna perspektywa, prawda? W Norwegii jest to możliwe do zrealizowania. Muszę przyznać, że poranna kawa smakowała dużo lepiej, kiedy delektowałam się nią siedząc na drewnianym parapecie okna z widokiem na majestatyczne góry, plantację truskawek właścicieli domu oraz – eksperyment M. w postaci własnoręcznie założonego mini – ogródka warzywnego. Takie swojskie obrazki, emanujące wyciszającym liryzmem potrafią pozytywnie nastroić na resztę dnia.






poniedziałek, 15 września 2014

Z poradnika podróżnika: wskazówki jak efektywnie i efektownie zwiedzać Norwegię

Moim zdaniem zwiedzanie każdej norweskiej metropolii warto rozpocząć od pokierowania się na lokalny punkt widokowy. Wrażenia z góry są nieziemskie i pozwalają nam odczuć pełnię fenomenu Krainy Fiordów, okalających ją gór oraz porozrzucanych aglomeracji. W moim przypadku zachwyt nad malowniczym terenem miesza się ze szczyptą doskwierającego mi syndromu zamknięcia ze względu na odcięcie skupisk ludzkich przez bezkresną wodę i góry zasłaniające horyzont. Ogarnia mnie wrażenie bezludnej wyspy. Dzięki spektakularnej panoramie z lotu ptaka, możemy jednak dostrzec unikalne piękno krajobrazu Norwegii, w której urbanizację mocno ogranicza przyroda (góry, fiordy), a człowiek zgodnie z nią koegzystuje. Ukłon w stronę natury widać nawet w konstrukcji norweskich domów, które wcale nie wyłamują się z krajobrazu swoim modernistycznym charakterem rodem z epoki technokracji, ale raczej komponują się z nią dzięki naturalności, prostocie i skromnej bezpretensjonalności. Aż trudno uwierzyć, że Norwegia to bardzo zamożny kraj, bo tu nikt nie epatuje bogactwem i nie wywyższa się. To punkt widokowy Aksla w Ålesund uświadomił mi, że to miasto można bez większych przeszkód nazwać Wenecją Północy. Zresztą zobaczcie sami jak wyglądają zdjęcia. Na ostatnim zdjęciu znajduje się miejscowość Sykkylven – nieopodal Ålesund.







Nie da się ukryć, że zwiedzanie Norwegii kosztuje sporo czasu, co jest wypadkową 2 kwestii. Po pierwsze – ukształtowania terenu. Wysokie góry oraz sieć fiordów uniemożliwiają budowanie prostych połączeń komunikacyjnych, stąd norweskie drogi wiją się jak węże, są pełne tuneli wydrążonych w górach, a żeby dostać się na drugą stronę fiordu nie obędzie się bez poświęcenia czasu na przepłynięcie promem. Drugą sprawą są… surowe i nieelastyczne przepisy ruchu drogowego, których zmotoryzowani Norwegowie wiernie się trzymają. Tutaj jeśli ograniczenie prędkości wynosi 50 km/h, to wszyscy będą jechali nie więcej niż 40 km/h, choćby nawet miało to generować duże korki. Jeżeli M. nie koloryzował swoich opowieści, to wynika z nich, że w Norwegii za przekroczenie prędkości o 20 km/h grozi utrata prawa jazdy, a podbicie stawki o 40 km/h może skończyć się nawet więzieniem! Wolna jazda ma jednak swoje uroki – można bezkarnie obserwować widoki za oknem auta czy też zaaplikować sobie terapię kojącą zmysły stojąc na molo i chłonąc magię fiordu podczas czekania na prom (względnie umilając sobie czas poprzez wędkowanie).









W Norwegii możemy niechcący ominąć wiele pięknych miejsc, czyli lokalnych, mniej znanych atrakcji, jeśli nie dowiemy się o ich istnieniu od tubylców. Samemu z reguły bardzo trudno do nich trafić. Są to na przykład wszelkie szlaki turystyczne prowadzące na górskie wzniesienia, które Norwegowie namiętnie wybierają na popołudniowy, weekendowy, aktywny wypoczynek. Miałam okazję przejść dwiema takimi trasami, a jednym ze szczytów, które udało mi się zdobyć był Hovdelsen w miejscowości Sykkylven (w odległości ok 30 km od Ålesund), który znajduje się na wysokości 369 m n.p.m.. Ukoronowaniem obu wypraw był spektakularny widok z wierzchołka góry na fiordy, zaśnieżone sąsiadujące szczyty oraz otwarte morze. Wspinaczka trwała co prawda prawie 1,5 godziny, ale zdecydowanie było warto, bo na szczycie czekała nas nie tylko słodka nagroda w postaci zjawiskowej panoramy, ale także możliwość wpisania się do specjalnego zeszytu z listą śmiałków, którym udało się zdobyć szczyt. Przyjemnie było pozostawić po sobie taki ślad i zapisać się na kartach miejscowej historii. Mam nadzieję, że Was też czeka jeszcze wiele szczytów, które uda Wam się zdobyć. J