Jesień działa na mnie bardzo nostalgicznie,
co dla takiej osoby jak ja, która już z natury pielęgnuje i dopieszcza ogródek
swojego wewnętrznego świata, oznacza, że podczas tej szczególnej pory roku
odpływam myślami jeszcze dalej w kosmos niż zazwyczaj. Z drugiej strony, choć
bardzo brakuje mi słońca odnajduję mnóstwo drobiazgów, którymi mogę się cieszyć
pomimo szarugi. Chyba w końcu nauczyłam się akceptować rzeczywistość i nie
buntuję się już na zastany status quo, który nie odpowiada moim wyobrażeniom. Odkryłam,
że spowity mglistą poświatą „umierający” jesienny krajobraz też może być
piękny, a tym, co przeszkadza nam dostrzec jego uroki są tylko i wyłącznie
nasze myśli. Coraz bardziej akceptuję też samą siebie, a zdrowy egoizm
paradoksalnie pozwala mi też lepiej patrzeć na innych ludzi – skoro wybaczam
sobie drobne grzeszki, to wybaczam je też innym. To bardzo proste, ale
prawdziwe. W związku z tym m.in. przestałam już robić sobie wyrzuty z powodu moich
– coraz rzadszych, ale jednak wciąż czających się w cieniu – przejawów sezonowej
melancholii, która między innymi objawia się tendencją do zalewania się łzami z
byle powodu, chyba tylko po to, aby upodobnić się w ten sposób do klasycznego
jesiennego dnia – wyciszonej aury zatopionej w strugach deszczu. W ramach
profilaktyki anty – łzowej postanowiłam jednak nie oglądać już wieczorem
żadnych smętnych filmów, które mogłyby rozbudzić we mnie wzburzony ocean. Działa!
Moje najnowsze odkrycia, którymi chciałam się z Wami podzielić:
1. Brak oczekiwań i poskromienie pragnienia
programowania przyszłości z jednoczesnym skupieniem na teraźniejszości dają
spokój, radość i spełnienie. Dzięki temu nagle okazało się, że mam więcej czasu
na wszystko.
2. Zdałam sobie sprawę, że uwielbiam się
przemieszczać. Ostatnio najchętniej na rowerze. Stąd zdjęcia z moich
eksploracyjnych wypraw po dzikich zakamarkach, gdzie lubię się chować.
3. Chociaż wciąż mam naturę włóczęgi, która
odzywa się we mnie od czasu do czasu, to z wielką satysfakcją obserwuję, że
chyba pierwszy raz w życiu udało mi się rozkochać w codzienności i pomimo
przeczucia, że kiedyś znowu przyjdzie czas na migrację, to nie próbuję już niczego
przyspieszać na siłę. Przekonałam się też, że moje życie nie było jednak tak
chaotyczne, jak mi się kiedyś wydawało.
„Każda rzeka
prowadzi do morza, więc nie musisz się zastanawiać, czy jesteś w świętej rzece.
Święta czy nie – każda wcześniej czy później dopływa do morza. Unoś się więc
wraz z nią. I to właśnie nazywamy ZAUFANIEM – zaufaniem Istnieniu, które,
dokądkolwiek wiedzie, doprowadzi cię do właściwej ścieżki, do właściwego celu.
Nie jest twoim wrogiem. Uwierz naturze, że dokądkolwiek cię prowadzi, tam jest
twoje miejsce.” (Osho)

























































