środa, 31 grudnia 2014

Z poradnika niewolnika słońca, czyli jak przetrwać sezonową depresję


Słońce jest dla niektórych ludzi obiektem boskiego kultu i jestem w stanie to zrozumieć, kiedy obserwuję jak sama źle znoszę sezonowy deficyt naturalnego światła. Zimą dość często czuję, że wewnętrznie umieram i jak dla mnie nie ma przesady w stwierdzeniu, że słońce nas karmi (głównie witaminą D – najlepszy antydepresant!), zasila i daje energię. Mnie na pewno odżywia radością życia i wewnętrznym spokojem, dlatego też zimą jestem notorycznie głodna. Trzeba jednak kochać to, co się ma i akceptować rzeczywistość zamiast skupiać się na brakach i opierać nieuchronnym zmianom, więc trzymam się korzyści płynących ze spowitego mrokiem sezonu jesienno – zimowego. Dzięki temu tegoroczna zima jest dla mnie dużo przyjemniejsza niż w poprzednich latach.



W jaki sposób polubić zimę i jak docenić jej atuty?





Po pierwsze – senna aura wycisza i sprzyja temu, aby zajrzeć do swojego wnętrza, czyli przeżyta właściwie może stać się dla nas szansą do lepszego poznania samych siebie, w tym prawdziwych motywów naszego zachowania i najgłębszych pragnień, a także daje możliwość zlokalizowania źródła naszych największych problemów. Wszystkie odpowiedzi są przecież w nas, ale poznanie ich nie jest wcale takie proste, bo trzeba nie tylko skupienia i wyciszenia, ale także wystarczająco dużo odwagi, aby zajrzeć do najciemniejszych zakamarków swojego umysłu, stanąć w prawdzie i zrozumieć siebie, a może nawet uleczyć swoje wewnętrzne dziecko? Zima sprzyja takiej medytacji, bo wnosi więcej spokoju, a podążając jej rytmem nie mamy wyjścia – musimy zwolnić. Jest też okazją do pielęgnowania swoich małych, intymnych rytuałów lub do szukania nowych przyjemności. Dla jednych może to być długa gorąca kąpiel z olejkiem aromatycznym, dla innych ciekawa książka czy odkrycie w sobie artystycznej duszy w kuchni czy na płótnie. Każdy ma jakieś swoje misterium. Może to być wieczorny ceremoniał słuchania muzyki, zwykły kubek dymiącego kakao albo narty czy siłownia, bo odpoczywać można także aktywnie. Ważne, aby zrelaksować się poprzez zrobienie czegoś tylko dla siebie: dla swojego ciała, umysłu i ducha, co pozwoli Wam rozpieścić swoje zmysły, zadbać o siebie i wprowadzić się w stan błogostanu, jaki należy się każdemu. Na co dzień odmawiamy sobie tak wielu rzeczy i rano wstajemy z łóżka z wypisaną misją na twarzy z cyklu: „Jak przetrwać kolejny dzień?”. Zbroimy się jak do bitwy, a może warto odpuścić? Zimą natura od nas tego wymaga, więc może warto pójść za jej głosem i stworzyć samemu sobie jak najwięcej okazji do relaksu, który niepotrzebnie uważamy za towar luksusowy i elitarny? Warto znaleźć na to choć chwilę czasu, nawet w obliczu napiętego codziennego grafiku i co najważniejsze: odpoczywać bez wyrzutów sumienia i gonitwy myśli w głowie. Postarać się niczego nie planować i nie zastanawiać się, rozluźnić ciało i umysł. Po prostu głęboko oddychać i żyć.





 

A jeśli pojawi się rysa na spokojnej tafli, która nie pozwala nam zrelaksować się w pełni, to może warto z dystansu, czyli z pozycji obserwatora zajrzeć w głąb swoich destrukcyjnych emocji, jakie o tej porze roku często wypływają na powierzchnię (np. złość, smutek, opór, nerwowość, niepokój, stres), zaakceptować je i zmienić swoje skostniałe schematy myślowe, a tym samym poskromić swoją emocjonalną huśtawkę, nieprzewidywalną jak pogodę. Jak to zrobić? Wystarczy rozgrzeszyć samego siebie ze wszystkich nieodciągnięć, otulić się koktajlem pozytywnych, wibrujących emocji. Zaprzyjaźnić się z samym sobą, czyli wybaczyć sobie i zaakceptować swoje słabości. Uwierzyć, że przyszłość jest jasna i bezpieczna. Optymistycznym myśleniem przyciągnąć do siebie wszystko to, co dobre, bo pozytywny umysł to potęga. Jak często zdarza się, że nasze negatywne myśli sabotują nasze życie? Warto się od nich uwolnić poprzez zastąpienie ich takimi, które napełnią nasze życie pozytywną energią. I robić to z uporem maniaka nawet jeśli nasz umysł stwierdzi, że to głupie, dziecinne i bez sensu. Lepsze to niż życie w otchłani czarnej rozpaczy, depresji, sceptycyzmu, irytacji, złości, poczucia pustki oraz patrzenie na świat przez pryzmat swoich emocjonalnych ran z przeszłości, które zatruwają nasze życie jak trucizna. „Change your thoughts and you change your world” – jak mówił Norman Vincent Peale. Nasza podświadomość działa w końcu w nawykowy sposób, a więc wierzy i wciela w życie to, co wielokrotnie sobie powtarzamy. Chyba lepiej, aby były to myśli nacechowane pozytywnym nastawieniem do wszystkiego, co nas otacza?




  

Co jeszcze pomaga docenić zimę i w jakim kierunku możemy próbować zmienić swoje myśli? Oczywiście poprzez zmianę perspektywy i umiejętność odpuszczania. To drugi stopień wtajemniczenia, bo zrelaksowanie się i wyciszenie nie jest dla nas tak trudne do osiągnięcia jak właśnie zmiana perspektywy. A tymczasem nie mamy przecież wpływu na niektóre zmiany takie jak pogoda, więc nie ma sensu z nimi walczyć. Zamiast tego lepiej zaakceptować zastany status quo i pozbyć się oczekiwań, które wprowadzają opór przed zmianą. Wiadomo, że każdy z nas woli piękną słoneczną pogodę za oknem, ale pomyślcie sami: z reguły jesteśmy zaprogramowani, aby uważać, że pochmurny, deszczowy dzień jest brzydki, ale przecież to nie musi być prawda. To jest po prostu mokry dzień i to my decydujemy czy ten mokry dzień będzie nacechowany negatywnie i czy będzie nam się podobał, czy też nie. A więc dlaczego mamy być nieszczęśliwi podczas pochmurnej, deszczowej aury za oknem? Co więcej, wcale nie musimy nastawiać się na to, aby jakoś przetrwać ten dzień, zupełnie jakby robił nam na przekór. Możemy za to cieszyć się nim i wyjść mu naprzeciw. Kluczem otwierającym drzwi wewnętrznego oporu jest użycie własnej wyobraźni i zachowanie elastyczności myślenia, bo martwienie się jest niewłaściwym użyciem wyobraźni, a żeby widzieć jasno, wystarczy zmienić perspektywę. Jeśli nie umiecie przyjąć z radością mokrego dnia, dostrzec i szczerze uwierzyć w jego zalety, to możecie chociaż zaakceptować ten dzień poprzez uświadomienie sobie, że życie to nieustanna hiperbola i po deszczowym dniu ZAWSZE wychodzi Słońce i to właśnie dzięki deszczowi słoneczny dzień wydaje się jeszcze piękniejszy. J 


P.S.1. Jako „deszcz” możecie wstawić wszystko to, czego nie lubicie i przeciw czemu się buntujecie, czyli wszystko to, co uważacie w swoim słowniku za tzw. „przeciwności losu”.

P.S.2. Przy okazji wpisu o niewolnikach słońca i pokonaniu sezonowej depresji, który publikuję właśnie dzisiaj, czyli w Sylwestra – chciałam złożyć Wam życzenia. W Nowym Roku życzę Wam dużo światła, ale nie tego na zewnątrz, tylko tego wewnętrznego. Niech nigdy nie gaśnie.  J

środa, 10 grudnia 2014

W zgodzie z własną naturą

Najważniejsze w życiu jest zachowanie swojego rytmu i właściwego tempa. Każdy z nas powinien tańczyć w takt swojej ulubionej melodii, bo harmonia wewnętrzna to nic innego, jak jedność pomiędzy słowami, myślami i czynami, pojednanie serca i umysłu. Co się dzieje, kiedy do melodii wkrada się fałszywa nuta? Powstaje kakofonia, a my wypadamy z rytmu, tracimy skrzydła. Aby do tego nie dopuścić trzeba przede wszystkim poznać siebie, ale nie tylko powierzchownie. Prawdziwe poznanie to wejście do jaskini lwa, bo tylko zanurzając się w głąb najciemniejszych zakamarków, pełnych metaforycznych potworów z szafy, jesteśmy w stanie po pierwsze zrozumieć, pokochać i zaakceptować siebie samych, po drugie – zacząć żyć w zgodzie z samym sobą, a ostatecznie – z innymi. Każdą zmianę zaczynamy od siebie, bo tylko na to mamy wpływ. Próba zmiany otoczenia jest jak walka z wiatrakami. 




Tylko jak w dzisiejszym świcie zaprzyjaźnić się z samym sobą, jeśli życie pędzi po równi pochyłej, a my wraz z nim? Na co dzień nie mamy przecież czasu na to, aby skupić się na sobie – zwrócić do swojego wnętrza i zaufać intuicji. Jesteśmy raczej więźniami zegarków i poganiaczami czasu. Lekceważymy naturalny rytm biologiczny swojego wewnętrznego zegara. Dekorujemy swoją imitację przestrzeni za metalowymi konstrukcjami miast. Nasz mechaniczny świat jest oceanem bodźców, w którym można utonąć, opium dla mas, w którym można się albo udusić, albo postradać zmysły. Ta woda wciąga nas w szaleńczy, obsesyjny pęd za bogactwem, karierą, urodą, sukcesem i wieczną młodością. Próbujemy odkryć kod nieśmiertelności, znaleźć źródełko wiecznej młodości. Zatracamy samych siebie. Oszukujemy samych siebie. Definiujemy siebie wg opinii innych, bo lubimy się przeglądać w cudzych oczach. Jesteśmy gatunkiem, który ewoluuje i sami określamy ten kierunek – w erze plastiku bliżej nam do cyborga niż istoty z krwi i kości. Z pomocą inżynierii genetycznej próbujemy wskrzesić Frankensteina. Czasami mam wrażenie, że miasto to tylko przestrzeń dla niespokojnego umysłu. Wciąż powołujemy do życia nowe formy i konstrukcje. A w czym ma się zakochać nasze serce? Czy może już się poddało i bije zgodnie z rytmem oczekiwań innych? Jaka jest Wasza ulubiona melodia? Aby ją odkryć, najpierw trzeba pozbyć się dźwięków należących do innych. Warstwa po warstwie doszukać się głębi. Może się wtedy okazać, że naszą naturalną wewnętrzną muzyką jest po prostu cisza.  




wtorek, 4 listopada 2014

"Żaden płatek śniegu nie spada w złe miejsce"






Jesień działa na mnie bardzo nostalgicznie, co dla takiej osoby jak ja, która już z natury pielęgnuje i dopieszcza ogródek swojego wewnętrznego świata, oznacza, że podczas tej szczególnej pory roku odpływam myślami jeszcze dalej w kosmos niż zazwyczaj. Z drugiej strony, choć bardzo brakuje mi słońca odnajduję mnóstwo drobiazgów, którymi mogę się cieszyć pomimo szarugi. Chyba w końcu nauczyłam się akceptować rzeczywistość i nie buntuję się już na zastany status quo, który nie odpowiada moim wyobrażeniom. Odkryłam, że spowity mglistą poświatą „umierający” jesienny krajobraz też może być piękny, a tym, co przeszkadza nam dostrzec jego uroki są tylko i wyłącznie nasze myśli. Coraz bardziej akceptuję też samą siebie, a zdrowy egoizm paradoksalnie pozwala mi też lepiej patrzeć na innych ludzi – skoro wybaczam sobie drobne grzeszki, to wybaczam je też innym. To bardzo proste, ale prawdziwe. W związku z tym m.in. przestałam już robić sobie wyrzuty z powodu moich – coraz rzadszych, ale jednak wciąż czających się w cieniu – przejawów sezonowej melancholii, która między innymi objawia się tendencją do zalewania się łzami z byle powodu, chyba tylko po to, aby upodobnić się w ten sposób do klasycznego jesiennego dnia – wyciszonej aury zatopionej w strugach deszczu. W ramach profilaktyki anty – łzowej postanowiłam jednak nie oglądać już wieczorem żadnych smętnych filmów, które mogłyby rozbudzić we mnie wzburzony ocean. Działa! Moje najnowsze odkrycia, którymi chciałam się z Wami podzielić:

1. Brak oczekiwań i poskromienie pragnienia programowania przyszłości z jednoczesnym skupieniem na teraźniejszości dają spokój, radość i spełnienie. Dzięki temu nagle okazało się, że mam więcej czasu na wszystko.

2. Zdałam sobie sprawę, że uwielbiam się przemieszczać. Ostatnio najchętniej na rowerze. Stąd zdjęcia z moich eksploracyjnych wypraw po dzikich zakamarkach, gdzie lubię się chować.







3. Chociaż wciąż mam naturę włóczęgi, która odzywa się we mnie od czasu do czasu, to z wielką satysfakcją obserwuję, że chyba pierwszy raz w życiu udało mi się rozkochać w codzienności i pomimo przeczucia, że kiedyś znowu przyjdzie czas na migrację, to nie próbuję już niczego przyspieszać na siłę. Przekonałam się też, że moje życie nie było jednak tak chaotyczne, jak mi się kiedyś wydawało.

„Każda rzeka prowadzi do morza, więc nie musisz się zastanawiać, czy jesteś w świętej rzece. Święta czy nie – każda wcześniej czy później dopływa do morza. Unoś się więc wraz z nią. I to właśnie nazywamy ZAUFANIEM – zaufaniem Istnieniu, które, dokądkolwiek wiedzie, doprowadzi cię do właściwej ścieżki, do właściwego celu. Nie jest twoim wrogiem. Uwierz naturze, że dokądkolwiek cię prowadzi, tam jest twoje miejsce.” (Osho)







poniedziałek, 6 października 2014

"Przestrzenią ducha, gdzie może on rozwinąć skrzydła, jest cisza" (Antoine de Saint – Exupéry)




Na zakończenie opowieści o wizycie w okolicach Ålesund, mam dla Was słowo o norweskiej ciszy, która wg mnie jest jedyna w swoim rodzaju. Pewnie na zasadzie negatywu z Polską do Norwegii przyciąga mnie właśnie jej spokój, bo to jest coś, czego u nas brakuje. W kraju często czuję pośpiech tak jakby każdy, kogo mijam wyznawał tę samą zasadę: „żyj szybko, umieraj młodo” lub/i „czas to pieniądz”. Norwegia, jaką znam to „chillout” i odprężenie. Łatwo dać się wciągnąć w ten oczyszczający, głęboki ton. Jeśli natomiast chodzi o samych Norwegów, to lubię ich nie tylko za opanowanie i cierpliwość, ale też za… uśmiechy i pozdrowienia słane nieznajomym. Podczas spaceru większość mijanych osób wita się przyjacielskim „hei!”, czyli odpowiednikiem polskiego „cześć!”. Nie przywiązuję większej wagi do tego, że to tylko powierzchowny kontakt, bo Norwegowie są raczej z natury skryci. Mimo wszystko ich pozdrowienia są bardzo sympatycznym gestem.




Wyobrażacie sobie, jak by to było wstać rano z łóżka w pokoju  skąpanym w promieniach Słońca i otworzyć drzwi do innego – antyurbanistycznego – świata z pogranicza jawy i snu, bo pięknego, magicznego i przepełnionego ciszą, a potem zaczerpnąć porcję czystego orzeźwiającego powietrza i wyjść powitać nowy dzień z kubkiem aromatycznej kawy, zachwycając się nie tylko smakiem płynu, ale także widokiem na bezkresną zieloną przestrzeń i olbrzymie góry zasłaniające horyzont, a później… zwyczajnie rozpłynąć się w tym wszystkim? Żyć i doświadczać bez pośpiechu i bez ograniczeń, narzuconych przez zegarek czy kalendarz. Po prostu być. Całkiem przyjemna perspektywa, prawda? W Norwegii jest to możliwe do zrealizowania. Muszę przyznać, że poranna kawa smakowała dużo lepiej, kiedy delektowałam się nią siedząc na drewnianym parapecie okna z widokiem na majestatyczne góry, plantację truskawek właścicieli domu oraz – eksperyment M. w postaci własnoręcznie założonego mini – ogródka warzywnego. Takie swojskie obrazki, emanujące wyciszającym liryzmem potrafią pozytywnie nastroić na resztę dnia.






poniedziałek, 15 września 2014

Z poradnika podróżnika: wskazówki jak efektywnie i efektownie zwiedzać Norwegię

Moim zdaniem zwiedzanie każdej norweskiej metropolii warto rozpocząć od pokierowania się na lokalny punkt widokowy. Wrażenia z góry są nieziemskie i pozwalają nam odczuć pełnię fenomenu Krainy Fiordów, okalających ją gór oraz porozrzucanych aglomeracji. W moim przypadku zachwyt nad malowniczym terenem miesza się ze szczyptą doskwierającego mi syndromu zamknięcia ze względu na odcięcie skupisk ludzkich przez bezkresną wodę i góry zasłaniające horyzont. Ogarnia mnie wrażenie bezludnej wyspy. Dzięki spektakularnej panoramie z lotu ptaka, możemy jednak dostrzec unikalne piękno krajobrazu Norwegii, w której urbanizację mocno ogranicza przyroda (góry, fiordy), a człowiek zgodnie z nią koegzystuje. Ukłon w stronę natury widać nawet w konstrukcji norweskich domów, które wcale nie wyłamują się z krajobrazu swoim modernistycznym charakterem rodem z epoki technokracji, ale raczej komponują się z nią dzięki naturalności, prostocie i skromnej bezpretensjonalności. Aż trudno uwierzyć, że Norwegia to bardzo zamożny kraj, bo tu nikt nie epatuje bogactwem i nie wywyższa się. To punkt widokowy Aksla w Ålesund uświadomił mi, że to miasto można bez większych przeszkód nazwać Wenecją Północy. Zresztą zobaczcie sami jak wyglądają zdjęcia. Na ostatnim zdjęciu znajduje się miejscowość Sykkylven – nieopodal Ålesund.







Nie da się ukryć, że zwiedzanie Norwegii kosztuje sporo czasu, co jest wypadkową 2 kwestii. Po pierwsze – ukształtowania terenu. Wysokie góry oraz sieć fiordów uniemożliwiają budowanie prostych połączeń komunikacyjnych, stąd norweskie drogi wiją się jak węże, są pełne tuneli wydrążonych w górach, a żeby dostać się na drugą stronę fiordu nie obędzie się bez poświęcenia czasu na przepłynięcie promem. Drugą sprawą są… surowe i nieelastyczne przepisy ruchu drogowego, których zmotoryzowani Norwegowie wiernie się trzymają. Tutaj jeśli ograniczenie prędkości wynosi 50 km/h, to wszyscy będą jechali nie więcej niż 40 km/h, choćby nawet miało to generować duże korki. Jeżeli M. nie koloryzował swoich opowieści, to wynika z nich, że w Norwegii za przekroczenie prędkości o 20 km/h grozi utrata prawa jazdy, a podbicie stawki o 40 km/h może skończyć się nawet więzieniem! Wolna jazda ma jednak swoje uroki – można bezkarnie obserwować widoki za oknem auta czy też zaaplikować sobie terapię kojącą zmysły stojąc na molo i chłonąc magię fiordu podczas czekania na prom (względnie umilając sobie czas poprzez wędkowanie).









W Norwegii możemy niechcący ominąć wiele pięknych miejsc, czyli lokalnych, mniej znanych atrakcji, jeśli nie dowiemy się o ich istnieniu od tubylców. Samemu z reguły bardzo trudno do nich trafić. Są to na przykład wszelkie szlaki turystyczne prowadzące na górskie wzniesienia, które Norwegowie namiętnie wybierają na popołudniowy, weekendowy, aktywny wypoczynek. Miałam okazję przejść dwiema takimi trasami, a jednym ze szczytów, które udało mi się zdobyć był Hovdelsen w miejscowości Sykkylven (w odległości ok 30 km od Ålesund), który znajduje się na wysokości 369 m n.p.m.. Ukoronowaniem obu wypraw był spektakularny widok z wierzchołka góry na fiordy, zaśnieżone sąsiadujące szczyty oraz otwarte morze. Wspinaczka trwała co prawda prawie 1,5 godziny, ale zdecydowanie było warto, bo na szczycie czekała nas nie tylko słodka nagroda w postaci zjawiskowej panoramy, ale także możliwość wpisania się do specjalnego zeszytu z listą śmiałków, którym udało się zdobyć szczyt. Przyjemnie było pozostawić po sobie taki ślad i zapisać się na kartach miejscowej historii. Mam nadzieję, że Was też czeka jeszcze wiele szczytów, które uda Wam się zdobyć. J










poniedziałek, 25 sierpnia 2014

W dolinie złośliwych trolli

Motywem przewodnim mojej wycieczki do zachodniej Norwegii było słynne Trollstigen, gdzie wg lokalnych legend grasują mityczne trolle. Brzmi magicznie, prawda? Podążanie tropem skandynawskich wierzeń ludowych nie jest jednak jedynym powodem ogromnej popularności tego miejsca. W równym stopniu czynnikiem pobudzającym wyobraźnię jest zapierający dech w piersiach szlak turystyczny na skalistych zboczach z 11 – ma karkołomnymi zakrętami. Zakręty nie bez powodu są nazywane agrafkami… Trasa jest spełnieniem marzeń każdego miłośnika mocnych wrażeń, spragnionego dramatycznych widoków podsyconych adrenaliną i przyspieszonym biciem serca. Bez dwóch zdań Trollstigen jest prawdziwą wisienką na norweskim torcie, ale ten ekscytujący deser poprzedziła w moim przypadku wizualna uczta z malowniczych pejzaży dzikiej natury, jakie mijaliśmy po drodze. Siłą rzeczy apetyt rósł w miarę jedzenia. J




MOTYWY PRZEWODNIE NA DRODZE DO TROLLSTIGEN: KAMPERY, OWCE I POLA TRUSKAWKOWE

Dystans z  Ålesund do Trollstigen to ponad 130 km. Droga rozpościera się wśród malowniczych okoliczności przyrody i skalistych dolin, które determinują wciśnięte w ląd fiordy. Taki krajobraz to oczywiście stały element i przewidywalny punkt programu każdej eskapady po Norwegii, ale tym razem został wzbogacony o pewne powtarzające się czynniki na drodze: wycieczkowe kampery, stada owiec oraz plantacje truskawek.






Obecność kamperów była usprawiedliwiona sezonem wakacyjnym, który akurat rozpoczął się podczas mojego pobytu w okolicach Ålesund. Norwegowie to tradycjonaliści i chociaż swój wolny czas lubią spędzać w tropikalnych krajach, gdzie mogą poczuć słoneczną aurę, której w krainie fiordów jest jak na lekarstwo, to pielęgnują również pokoleniowe przywiązanie to hytte, czyli domków letniskowych na prowincji. Właściwie w każdy weekend można spotkać na drodze całe rodziny, które uciekają z miasta do swoich małych oaz spokoju. Norwegowie preferują rodzinny aktywny wypoczynek na łonie natury i kochają swoje hytty. Budują je w lasach lub w górach, ale największe wrażenie bez wątpienia robią te zlokalizowane w ekstremalnie trudno dostępnych miejscach, np. na szczycie skały.



Podobnie jak hytty z Norwegią kojarzą mi się też… owce! Latem można je spotkać wszędzie, bo cieszą się dość dużą wolnością i bywają bezkarne. Pasąc się, nie ograniczają się tylko do rozległych pastwisk, ale można je spotkać także na poboczu. O zbliżającym się stadku świadczy radosny dźwięk dzwoneczków, które owce mają przywiązane do szyi.


Wakacje nieodłącznie kojarzą się z sezonem na truskawki. Amatorzy tych owoców poczują się w Norwegii jak w raju, bo po pierwsze – pola truskawkowe to nieodłączny element krajobrazu na prowincji, a po drugie – jakość truskawek zadowoli nawet najbardziej wymagające podniebienie. Są duże, soczyste i słodkie. Nie sposób się nie skusić, zwłaszcza że okoliczni rolnicy sprzedają owoce przejezdnym, lokując się na mniej lub bardziej prowizorycznych stoiskach przy drogach. Początek lata to czas, kiedy handel truskawkami w Norwegii kwitnie.

KARKOŁOMNA DRABINA TROLLI I POTĘŻNY STIGFOSSEN
W końcu dotarliśmy do Trollstigen! To jedna z najsłynniejszych wizytówek Norwegii, gdzie po prostu wypada być, aby zachwycić się kolejną odsłoną jednego z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Tym razem mamy szansę poznać Norwegię z kaskaderskiej perspektywy, bo pod niewinną nazwą Trollstigen, czyli Drabina Trolli kryje się szlak turystyczny z prawdopodobnie jedną z najbardziej znanych i spektakularnych tras na świecie. Pokonanie jej autem jest nie lada wyczynem, bo ostre zakręty na wąskiej drodze po stromych zboczach gór i nad przepaścią, tworzą wijące się serpentyny, które stanowią niezły test umiejętności za kółkiem i wymagają zachowania stalowych nerwów. Trasa jest dostępna dla zwiedzających tylko latem, bo zimą jest zbyt niebezpieczna. Liczne multikulturalne grupy turystów, jakie spotkaliśmy w Trollstigen, świadczyły o ogromnej popularności tego miejsca wśród podróżników złaknionych wrażeń. Wspinając  się na punkt widokowy na szczycie góry minęliśmy nawet grupę motocyklistów ze Stanów Zjednoczonych. Nie udało nam się niestety spotkać żadnego trolla, ale za to została w pełni zaspokojona moja miłość do wodospadów! Pomógł potężny Stigfossen. Nie jestem pewna, ale zdaje się, że jest to jeden z sezonowych wodospadów, jakie powstają w wyniku topienia się lodowców w lecie. W każdym razie robi spektakularne wrażenie, a zdjęcie na jego tle jest cenną pamiątką.