wtorek, 22 lipca 2014

"Ideał sięgnął bruku"

Zamknęłam za sobą ostatnie drzwi, jakie łączyły mnie ze starym światem. Lecąc do M. nie byłam pewna jaką formę przybierze nasza znajomość i czy w ogóle są jeszcze szanse na jakąkolwiek jej kontynuację, ale biorąc pod uwagę naszą wspólną przeszłość nie wykluczałam, że nie będę umiała tak po prostu wszystkiego skreślić, mimo wielu wątpliwości. Sprawy przybrały jednak dość nieoczekiwany obrót, przez co zdałam sobie sprawę, że ta relacja za bardzo odsuwa mnie od spraw naprawdę dla mnie ważnych, a z M. nie nadajemy na tych samych falach. Na obecnym etapie swojego życia jestem bardzo radykalna i nie boję się odejść od wszystkiego, co mi w jakiś sposób nie służy. Skończył się już czas kompromisów w tej kwestii. Zresztą bądźmy szczerzy – ta znajomość i tak ze względu na odległość była w dużej mierze wirtualna, a na takich mi nie zależy. Nie czuję się dzieckiem Facebooka. Poza tym ufam też intuicji jak nigdy przedtem. Można to nazwać pogańską przesądnością albo wiarą w Boskie znaki, ale zdarzenia na tydzień przed wylotem oraz w trakcie długiej podróży na lotnisko kazały mi uważać i zajrzeć w głąb siebie. Czułam narastający dyskomfort i niepokój. Może po prostu przeczuwałam, że podczas mojego pobytu w Norwegii przez większość czasu będę się zastanawiać, gdzie podział się ten dobry i wrażliwy M., artysta tatuażu, który zachwycał się każdym  wschodem Słońca…? Nie uwierzę w to, że istniał tylko w mojej wyobraźni. Było mi ciężko patrzeć na nowe oblicze człowieka, dla którego tak wiele byłam w stanie kiedyś poświęcić,  teraz pełne niejasnych intencji, które z reguły wyczuwam na kilometr i poplątanego systemu wartości, w który trudno uwierzyć. Chciałam uciekać, kiedy M. próbował wprowadzać fałszywą nutę do mojej melodii, bo od jakiegoś czasu konsekwentnie odgradzam się od wszystkiego, co próbuje mącić w moim życiu. Szybko więc uświadomiłam sobie, że tak naprawdę jest mi niewiarygodnie łatwo odpuścić tę znajomość bez śladu żalu czy nostalgii, ale jednocześnie bez gniewu czy urazy. Czuję, że jest to jedyne rozwiązanie, najlepsze dla nas obojga, bo pozwala nam zaoszczędzić mnóstwo czasu, jaki inaczej zmarnowalibyśmy na uświadamianie sobie, że ta relacja nie daje spełnienia i jest tylko formą rezerwowego wyjścia. Mamy zbyt różne wizje świata. Jednym z celów mojej podróży było w końcu bliższe poznanie M., pod bardziej krytycznym kątem niż do tej pory. Nikt z nas nie jest pozbawiony wad, a ja staram się dostrzegać tylko „jasną stronę mocy” w człowieku, ale na pewne sprawy nie da się spuścić zasłony milczenia. Niestety przekonałam się, że M. ubóstwia białe kłamstwa, co go całkowicie pogrążyło. To dlatego przestałam mu ufać, a co gorsze – przestałam go szanować. Paradoksalnie, gdybym spotkała go teraz pierwszy raz, znajomość ta miałaby większy potencjał i szanse na rozwój niż obecnie – mimo że nasza relacja, oparta o wspólnie przeżytą historię, pełną niezapomnianych chwil, teoretycznie powinna być bardziej nostalgiczna, a my bardziej zaangażowani w jej kontynuację. Wszystkiemu winne jest moje dziecięce zaufanie, jakie żywiłam do M. i jakie straciłam. Rzeczywistość brutalnie sprowadziła mnie na ziemię i nie umiem już przejść obok tego wszystkiego tak zupełnie obojętnie. M. goniąc za tęczą myśli tylko o sobie. Za każdym razem, kiedy mieliśmy się spotkać w Polsce, miałam podobny sen, którego archetyp odpowiadał znaczeniu: fałszywy przyjaciel. Wtedy wolałam o tym nie myśleć i zignorować wszystkie symptomy. Dzisiaj myślę, że było w tym trochę prawdy i chociaż Norwegia miała być jakąś formą moich małych wakacji, to zwiedzając ją poczułam raczej, że koniecznie potrzebuję resetu.


M. uwielbia wędkować w norweskich fiordach. „ – Życzę Ci, żebyś złapał złotą rybkę” – to było najlepsze pożegnanie, na jakie było mnie stać. Ostatnie słowa jakie skierowałam w jego kierunku. Kontynuacja tej znajomości w moich oczach nie ma już racji bytu. Nie chcę, żeby przeszłość ciągnęła się za nami jak kula u nogi, która nie pozwala zapomnieć. Postanowiłam zatem radykalnie oczyścić atmosferę i zerwać wszystkie łączące nas więzy, bo czuję, że tak właśnie trzeba zrobić w tym przypadku. Nie czuję straty. Czuję ulgę. W końcu jestem wolna. Oderwałam się od wszystkiego, co nie będzie mi służyć na dłuższą metę, choć teraz wydaje się być wygodne z racji pozostawienia otwartych drzwi, przez które może kiedyś zdecydowałabym się przejść. Zaufałam intuicji i nie mam wątpliwości, że wybór jest słuszny. Wolę sama tworzyć swoje perspektywy. Wiem też, że jestem w stanie przyjąć absolutnie wszystko, jak woda. A kiedy brudu jest za dużo, potrzebuję więcej czasu, żeby się oczyścić, uspokoić i wrócić na swoją falę. Przez wszystko da się przejść, o ile pozostanie się sobą. Rola M. w moim życiu już się wypełniła. Dziękuję za wszystkie piękne chwile, jakie udało nam się razem przeżyć, wybaczam, odpuszczam, głęboko nabieram powietrze w płuca i ruszam z nadzieją dalej.


poniedziałek, 14 lipca 2014

Urokliwe gdańskie zakątki

PARK ORUŃSKI






Podczas ostatniej wizyty w Gdańsku zdałam sobie sprawę, że zaczęłam traktować to miasto po macoszemu. Zupełnie jakbym powoli zapominała, że kiedykolwiek w nim mieszkałam. Nie czuję się jak typowa turystka, kiedy zachwycona jakimś obiektem uwieczniam je na zdjęciu. Nie czuję się też jak eks – tubylec, kiedy z zamkniętymi oczami potrafię przejść z punktu A do punktu B. Podchodzę do Gdańska z dużym dystansem, choć z tym miastem wiąże się bardzo dużo dobrych wspomnień, a wiele momentów było naprawdę magicznych i niezapomnianych. Chcę pamiętać tylko takie. Pomimo że wyznaję teorię mówiącą o tym, że danego miejsca nie można poznać, poruszając się wyłącznie po utartych turystycznie szlakach, to jednak muszę przyznać, że gdańska Starówka chyba najmocniej utkwiła mi w pamięci. Jest zjawiskowa. Dzisiaj jednak chciałabym Was zaprosić do innego miejsca, które jako pierwsze mnie oczarowało i powaliło na kolana swoim klimatem. Jest nim bajkowy park Oruński nad kanałem Raduni, położony wśród wzgórz morenowych. Park jest ogromny i obejmuje aż 11 ha, a jego długa i burzliwa historia sięga 400 lat. Dla mnie jest to prawdziwy Zaczarowany Ogród, który jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych miejsc w Gdańsku. Cały czas pamiętam nocne maratony, jakie sobie w nim urządzałam. Te chwile były dla mnie bezcenne, bo czasami po utknięciu w kolejnej pokręconej sytuacji życiowej, jedyne czego potrzebowałam na dobry sen, to było fizyczne zmęczenie z jednoczesnym błogim wyciszeniem umysłu, które dokonywało się w otoczeniu upajającej przyrody i jej rytmicznych odgłosów. To było najlepsze lekarstwo na wszystkie komplikacje w życiu osobistym, jakie wtedy były dla mnie normą. Kochałam park Oruński. W gąszczu krzewów i plątaninie liści zostawiłam mnóstwo swoich myśli. Kiedy wracałam do domu, każda przeszkoda wydawała się łatwiejsza do przejścia, a ja nabierałam optymizmu i nowej energii do działania. Terapeutyczna moc dzikiej natury plus intensywny i długotrwały wysiłek fizyczny to potężny zastrzyk endorfin, który działa cuda.







niedziela, 22 czerwca 2014

Danse macabre

Niedawno zmarła bliska mi osoba i znowu poczułam jak smakuje strata. Nabrałam pewności, że jesteśmy utkani z uczuć, a nie z materii, bo żelazna obręcz na sercu przez kilka dni nie pozwalała swobodnie oddychać, a chaos myśli w głowie kłębił się jak stado wron. Później kolejny raz mogłam zdziwić się dziwną zmysłowością ciała w trumnie, które było zimne, ale delikatne, a wyraz twarzy słodki i przepełniony spokojem. Ciało niby rzeczywiste i namacalne, ale dziwnie nieobecne i niepasujące do oddychającego, rozemocjonowanego świata. Zawieszone w próżni jak klepsydra, w której już przesypał się piasek. Już nie mam wątpliwości, że ciało to tylko kostium. Bardziej niż ono wzruszały mnie szczegóły i ulotne wspomnienia. Takie jak kapelusz położony obok. Mój dziadek bardzo lubił go nosić. Był w nim elegancki w staromodny i subtelny sposób. Sposób, jaki cechuje ludzi silnych i doświadczonych przez czasy wojny. Zastanawiałam się, kiedy dziadek nosił go po raz ostatni. Już nawet nie pamiętam… I nie pamiętam też dźwięku jego głosu. Przez ten ciąg myśli po raz pierwszy poczułam bezwzględność straty, ból i niemoc, jakie jej towarzyszą.

Kolejne zaskoczenie – kościół podczas mszy pogrzebowej tonął w bieli. Po niedzielnej uroczystości Pierwszej Komunii Świętej zostały w nim bukiety kwiatów. Biel to symbol niewinności, wierności i czystości. Wierzę, że był to dowód na to, że ofiara mojego dziadka, jaką złożył z samego siebie przez wieloletnie cierpienie i okrutne piętno choroby nowotworowej – oczyściła go i zaprowadziła w miejsce, gdzie teraz jest już szczęśliwy i spokojny. Nie mam wątpliwości, że na to zasłużył, bo pod zewnętrzną powłoką braku uległości, kryło się w nim gorące, kochające i pokorne serce. Dopiero w kościele dotarło do mnie, że nigdy nie skarżył się na swoją chorobę, chociaż tak wiele mu zabrała. Zabrała mu głos. Dzięki dziadkowi przekonałam się jak wiele jest w stanie znieść człowiek. Jak dużo udźwignąć i jak wielki ciężar wziąć na swoje barki. Nawet pomimo fizycznego bólu i cierpienia, nie chce umrzeć i odejść z miejsca, które kocha. Nie poddaje się i walczy. Utwierdziłam się w pewności, że istotą naszego życia jest doświadczenie jak żyć, jak cierpieć i jak umierać. 

***


Kiedy stykamy się ze śmiercią, mamy ochotę mocniej celebrować życie. Do codziennych myśli wkrada się jakaś nostalgia z nieodłącznym pytaniem bez odpowiedzi: co jest po drugiej stronie? Mimo wszechobecnej brutalności, agresji i cierpienia, nie przestaję wierzyć, że jest to najlepszy świat z możliwych, a wszystko, co kocham i tracę, kiedyś do mnie wróci. W przeciwnym razie to życie byłoby zupełnie pozbawione sensu. Na szczęście jest w nim za dużo manifestacji duchowości, żeby kiedykolwiek zacząć wątpić. 

niedziela, 8 czerwca 2014

Most

Niedługo czeka mnie niezbyt komfortowa rozmowa z cyklu „palenia za sobą wszystkich mostów”, które wciąż łączą mnie z przeszłością. To radykalne rozwiązanie, ale tylko tak można uwolnić się i iść dalej. Niestety w tym konkretnym przypadku przekonałam się, jak jestem słaba, bo chociaż w pierwszym odruchu definitywnie zakończyłam ten rozdział w swoim życiu, to rozczuliła mnie odpowiedź i poległam. Pewne sprawy chyba lepiej rozwiązuje się twarzą w twarz, chociaż boję się spotkania i nie wiem, co może się zdarzyć. Czy spalę ten most, czy może zbuduję nowy? Zrobiłam w życiu wiele głupot, dlatego że nie zrobiłam niczego. Z drugiej strony, nie potrafię się zatracić w drugiej osobie, bo nikt nie zdobył mojego zaufania na tyle, żebym zaprosiła go do swojego świata. Nie ma znaczenia czy jest to mój facet, przyjaciółka czy nawet moja rodzina. Każdy zna jakąś warstwę, ale nikt nie doszedł do sedna sprawy. Prawda jest taka, że szybko męczą mnie codzienne rozmowy o rzeczach mało ważnych, a wtedy odsuwam się. Już wiem, że zawsze jakaś część mnie będzie outsiderem i nie zmienię tego, bo musiałabym chyba zrzucić swoją skórę. Jestem typem samotnika i akceptuję tę rzeczywistość. Może to egoizm. A może po prostu świadomość, że nie chcę wpadać w ruchome piaski relacji, która będzie wyłącznie próbą sił i siatką wzajemnych uzależnień, które ściągają mnie na dno. Za dużo nieudanych związków widziałam w swoim życiu i przeraża mnie bagno interesowności, w jakie bardzo często wpadamy, bo wtedy pojawiają się oczekiwania, nieporozumienia, pretensje, urazy i żale. Nieraz już słyszałam, że jestem jak kot, który chodzi własnymi drogami. Nie radzę sobie, kiedy ktoś próbuje dotrzymać mi kroku, bo zwykle wydaje mu się, że wie o mnie wszystko, a tak naprawdę nie wie nic. Wiem, że uciekając przed całym światem, uciekam czasami nawet przed własnym cieniem, a pewne nieprzerobione sytuacje i tak wracają do mnie, bo taka jest naturalna kolej rzeczy. Życie każdego z nas jest przecież lekcją, a każdy kogo spotykamy – nauczycielem. Dopóki jej nie przerobimy i nie wyciągniemy wniosków podczas odrabiania pracy domowej, ważnej z punktu widzenia naszego rozwoju, Wszechświat będzie robił wszystko, żeby niektóre zdarzenia do nas wracały, do czasu aż w końcu nauczymy się reagować na nie prawidłowo. Dopiero wtedy możemy wreszcie ruszyć dalej. Nie wiem tylko, jaką lekcję mam teraz przed sobą. Czy jest to przeznaczenie, czy może raczej kuszenie? Nie zamierzam jednak stracić wyznaczonego kierunku i to jest dla mnie najważniejsze. 

niedziela, 1 czerwca 2014

Mój sposób na detoks

Wyjdź ze złotej klatki…

Zastanawiam się czy na tak niedoskonałej planecie może istnieć doskonały związek? Jesteśmy przecież uwikłani w sieć brudnych zależności, bo z wielką determinacją tworzymy sobie „nowy wspaniały świat” – agresywną i toksyczną urbanistyczną klatkę, w której niezmiennie obowiązują pierwotne prawa dżungli – walka o przetrwanie, wyrażona złotą uniwersalną regułą o tym, że każdy chce mieć więcej niż realnie posiada. Końca naszych oczekiwań nie widać. Lubimy przecież patrzeć na świat z pozycji władcy. Podbiliśmy go tym wszystkim, co dumnie nazywamy postępem cywilizacyjnym i tak trudno nam odpuścić. Jesteśmy do szpiku kości przesiąknięci materializmem, który nas zniewala. Gdzie w takim układzie kończy się miłość, a zaczyna kontrakt między dwojgiem ludzi, zwłaszcza w erze przewartościowania życia i powszechnego kryzysu tożsamości?



… i rozłóż skrzydła…!


Toczymy swoje prywatne wojny z innymi i sami ze sobą, bo każdy z nas ma w sobie zakorzenioną ucieczkę przed więzieniem rzeczywistości, która czasem dochodzi do głosu. Sami przyznajcie – każdy z nas ma czasem dość sztywnego harmonogramu codziennych obowiązków i wcielania się w swoje społeczne role. Każdy z nas chce być wolny, ale dopiero kiedy odetniemy się od wiążącego nas łańcucha współczesnych wygód i komfortu materialnego, zautomatyzowanego świata – możemy znaleźć odpowiedzi na dręczące nas pytania i po prostu być sobą. Trzeba tylko umieć słuchać głosu swojej intuicji i podszeptów serca. Nie jest to możliwe w hałaśliwym mieście, zagęszczonym do granic możliwości. Spróbujcie więc się zatrzymać i wyjść z błędnego koła swojej codzienności, którą każdego dnia rutynowo kreujecie. Przestańcie się zadręczać tym, co było i przejmować tym, co będzie. Po prostu żyjcie w bieżącej chwili, „tu i teraz”. Zapomnijcie na chwilę o swoim niewolniczym przywiązaniu do zegarka. Przestańcie patrzeć przed siebie, a spójrzcie w niebo. Poczujcie podmuch wiatru we włosach i ciepłe słońce na skórze. Spójrzcie głęboko w samych siebie, bo to tam są wszystkie odpowiedzi – spowolnijcie oddech i uregulujcie swój własny biologiczny zegar. 

Spróbujcie wyjść poza mury betonowej dżungli budynków i ulic, tylko po to, żeby w końcu móc rozłożyć skrzydła. 

niedziela, 25 maja 2014

Zmiany.....? A może raczej ich brak!

Już od kilku lat próbuję znaleźć swoją drogę i póki co, jeszcze mi się to nie udało. Ostatnie 2 lata to było pasmo ciągłych zmian: liczne przeprowadzki bliższe i dalsze, trudne rozstania, mnóstwo ludzi po drodze. Można to wszystko wymieniać, rozdrabniać, dodawać i mnożyć, ale jedno jest pewne – żyłam bez planu i bez poczucia stabilizacji. Próbowałam różnych smaków, ale żaden nie okazał się moim ulubionym. Już dawno poradziłam sobie z upiorami przeszłości, teraz przyszedł czas na ustalenie nowego kierunku i stworzenie nowej przyszłości. Tylko że teraz mam inną strategię. Nie chcę już korzystać z windy, którą zawsze ktoś mi proponował, bo to było najgorsze, co mogłam zrobić. Dopasowywałam się po prostu do cudzych wizji i próbowałam odnaleźć siebie w innych oczach, a przez to łatwo traciłam orientację i zmieniałam plany życiowe, nie trzymając się nigdy jednego scenariusza. Dawałam się ponieść każdej wzburzonej fali. Potrafiłam z dnia na dzień rzucić pracę, zmienić otoczenie, przeprowadzić się za granicę – dla samej frajdy zmian i ucieczki przed codziennością. Teraz stosuję taktykę małych kroków, a dotarcie do celu postanowiłam rozłożyć w czasie, bo przecież tylko w spokojnym zwierciadle wody można zobaczyć swoje prawdziwe oblicze. To na czym mi najbardziej zależy, to nawiązanie kontaktu z samą sobą, dotarcie do Źródła i skalibrowanie wewnętrznego kompasu. W końcu zrozumiałam, że codzienność może być piękna, bo szczęście to przecież wcale nie miejsce przeznaczenia, a sposób podróżowania. :-)

piątek, 2 maja 2014

Patriotyzm

Patriotyzm jest ciekawym pojęciem w naszym kraju. Jest historycznie naznaczone krwią, walką, poświęceniem, odwagą i bohaterstwem. Jest jak czerwony kolor naszej flagi. Dzisiaj paradoksalnie trudniej jest być patriotą w globalizacyjnej wiosce zatartych granic. Nasze pokolenie nie pamięta już czasów wojny i oby nigdy nie musiało już sobie jej przypominać. To widmo jest wciąż w jakiś sposób obecne, ale nie jest już potworem z szafy, którym straszymy swoje dzieci… i samych siebie. Nie musimy wspinać się na wyżyny heroizmu i walczyć za swoją ojczyznę, męczeńsko poświęcać się dla wyższej idei. Zresztą i tak nie mamy czasu myśleć o wzniosłych duchowych hasłach, kiedy naszą codzienność określa wyścig szczurów oraz owczy pęd za sukcesem. Dbamy tylko o swoje własne podwórko. Na święta narodowe ograniczamy się do wywieszenia polskiej flagi, a tylko okresowo ogarnia nas fala solidarności i dumy narodowej. Wielu z nas narzeka na Polskę. Nie jesteśmy patriotami, kiedy patriotyzm oznacza poczucie przynależności, zbiorowej odpowiedzialności, empatii. Patriotyzm nie wprowadza podziałów społecznych, on te podziały znosi. Zbliża nas do siebie, bo ojczyznę tworzą przecież ludzie. Patriotyzm to bezwarunkowa miłość, ograniczona w tym wypadku tylko do swojego kraju, która pozwala zobaczyć siebie samego w cudzych oczach. Patriotyzm jest szacunkiem do korzeni, które dają nam poczucie przynależności i realną troską o budowę jak najlepszego jutra. Patriotyzm to czysta i wyrozumiała miłość, nieskażona tak jak niesplamiona jest biel naszej flagi.