Jestem więźniem niepewności. Nieustannie
przyciągam do siebie nagłe zwroty akcji i kolosalne zmiany, które niszczą poczucie
stabilizacji i pewność odnośnie trwałości mojego prywatnego świata. Nie
potrafię nic zbudować. Powiedzenie, że umieram i rodzę się w każdej sekundzie
życia pasuje do mnie idealnie, bo w moim świecie nie ma nic pewnego, a ja sama
ciągle się przeobrażam siłą wypadków i nagłych zakończeń, w jakich uczestniczę.
Ostatnio odważyłam się nawet przyznać D, że jestem przeklęta, bo radykalne zmiany,
jakim podlegam (praca, miejsce zamieszkania, znajomi), działają na zasadzie
efektu domina i wciągam w tę karuzelę także osoby, które mam przy sobie. To nie
zawsze spotyka się z akceptacją tych osób, bo ludzie nie lubią zmian, które
wywracają ich światy do góry nogami. Ja takie zmiany muszę traktować jak niesfornych
przyjaciół, bo ich cień czai się wszędzie dokądkolwiek się udam, ale wcale nie
witam ich z wyczekującym uśmiechem. Nie mogę nic na to poradzić, że ściągam
kataklizmy. Faktycznie jestem przeklęta. Nienawidzę tej klątwy, ale bezsilność
każe mi się poddać i odpuścić, bo już wiem, że nic nie mogę zrobić – nie
przyciągam zmian podświadomie, ani tym bardziej z jawną premedytacją. Nie chcę
ich i nie poszukuję na siłę. Chcę być szczęśliwa, a jestem ich ofiarą, bo nie
wiem czy kiedykolwiek stworzę coś trwałego, coś, co będzie miało wartość, coś,
co będzie korespondowało z moimi ideałami, coś, co przyniesie szczęście osobom,
które kocham i mnie samej. Zbyt często tracę: pracę, mieszkanie, mimo że staram
się to utrzymać. A tak bardzo chciałabym żyć tak, jak inni: mieć stałą pracę,
miejsce, które nazwę domem, psa, kota, prawdziwych przyjaciół i może kogoś obok
siebie, kto pokocha moje dziwactwa i z kim się zestarzeję. Tymczasem łapię się
na tym, że jest mi szkoda osób, które są ze mną blisko, bo wiem, że komplikuję
im życie, zamiast je ułatwiać. Nie mam nic. Nie potrafię nawet zbliżyć się do
materii, bo w następnej sekundzie tracę wszystko i muszę od nowa walczyć o
przetrwanie. Nie chcę się tułać, bez ustanku przemieszczać z miejsca na miejsce
i prowokować innych do zmian, których nie chcę i na które nie są gotowi. Chcę żyć
jak inni: wsiąknąć w niezmienną codzienność, chodzić do tej samej pracy,
spacerować w te same miejsca, odkurzać te same meble, kłaść się do łóżka z tym
samym facetem. Czy naprawdę jestem zachłanna? Czy pragnę zbyt wiele? Chcę się w
końcu przywiązać do ludzi i miejsc bez strachu, że zostanie mi to odebrane siłą
wyższą, na którą nie mam wpływu. I chcę mieć pewność, że mogę do siebie
dopuścić innych ludzi, a moja akceptacja i przyzwolenie nie zamienią ich
uporządkowanego życia w życie takie jak moje, czyli w niepewny i bolesny chaos o
znamionach piekła. Nie każdy potrafi udźwignąć coś takiego. Ja nie mam wyjścia
– całe życie muszę mierzyć się ze stratą i powstałą pustką tak, jakby odebrane
było mi prawo do komfortu posiadania, korzeni stabilizacji i niewymuszonej
kreacji. A ja tak bardzo chcę mieć w końcu coś stałego, czemu z radością oddam
cząstkę siebie. Potrafiłabym to docenić jak nikt inny na świecie.
poniedziałek, 25 stycznia 2016
środa, 13 stycznia 2016
Release, find your peace
Chcę znaleźć pracę zgodną z moimi ideałami
i nie godzę się na kompromisy – te okoliczności sprawiły, że znowu stanęłam w
obliczu bezrobocia. Przez chwilę gotowa byłam wyjechać z Poznania, bo trudno
było wznieść się ponad racjonalne argumenty finansowe plus moją nieukrywaną
niechęć do tego miasta. Gdyby nie D wszystko byłoby takie proste i wygodne –
uciekłabym kolejny raz układać swoje życie na nowo, gdzieś, gdzie mnie jeszcze
nie było w nadziei, że w końcu odnajdę to, czego szukam, czyli spokój, wolność,
bezpieczeństwo i spełnienie. Tak, jakby to wszystko, czego potrzebuję istniało
na zewnątrz mnie. Wieczorem niczego nie ukrywałam. Powiedziałam Mu, jakie myśli
kłębią mi się w głowie. Żartował – nie dochodziła do Niego powaga sytuacji.
Mówił, że nie wyjadę, bo przywiąże mnie do łóżka, będzie mnie karmił i mył tak,
jakbym była jego własnością, do której ma prawo. Dziś dalej nie chcę tu zostać,
ale mam wyrzuty sumienia, że wczoraj i przedwczoraj byłam gotowa zostawić Go tu
samego. Przecież bardzo dobrze wiem, że ciężko jest utrzymać związek na
odległość, a jeśli wyjechałabym teraz z Poznania, to prawdopodobnie już bym tu
nie wróciła. Nie przetrwalibyśmy tego. W Poznaniu trzymają mnie emocjonalne i
uczuciowe więzi, których nie mogę i nie potrafię zerwać, a najgorsze jest to,
że On wcale nie chce stąd wyjeżdżać, chociaż jeszcze do niedawna mieliśmy
zupełnie inne plany, więc nie mogę nawet liczyć na to, że Poznań to tylko
chwilowy przystanek… Wygląda na to, że ugrzęzłam i zabawię w tym dziwnym
mieście dłużej niż chciałam. Co więcej, teraz muszę walczyć, żeby tu zostać. W
najgorszym razie stracę wszystkie oszczędności, ale zyskam coś cenniejszego –
pewność, że zrobiłam wszystko, żeby utrzymać nasz związek, swoją przynależność
do Niego i nie poświęciłam tego co jest między nami dla wygody podążania za
naturalnymi instynktami, przez które zraniłam już tyle osób.
Ostatnio w końcu
do mnie dotarło, że ideały nie mogą być ważniejsze od człowieka. D jest
przywiązany do mnie, a ja świadomie przywiązałam się do Niego, chociaż jeszcze
nie potrafię Mu się w pełni oddać mentalnie. Wygląda jednak na to, że miłość
faktycznie ma być służbą, co potwierdza fakt, że teraz jestem w Poznaniu już
tylko dla Niego, choć wcale nie chcę tu być, ani układać tu sobie życia.
wtorek, 5 stycznia 2016
Dzwonić do siebie codziennie, spędzać każdą
wolną chwilę razem, wyczuwać na kilometr swoje potrzeby, oddychać drugą osobą i
karmić się nią – może tak właśnie powinno się robić? Może związek faktycznie ma
być transfuzją sił i energii, symbiozą oczekiwań i potrzeb, biologicznym
połączeniem hormonów, żądzą posiadania, dobrowolnym złożeniem siebie na
ofiarnym ołtarzu w świątyni pod wezwaniem partnera? Może ma w nim istnieć
jednocześnie zachłanność i nienasycenie, jak również przewidywanie i
jasnowidzenie? D nazywa mnie skarbem, aniołem i chce mnie mieć tylko dla
siebie. Jest zazdrosny o każdy uśmiech, który nie jest posłany w Jego kierunku.
Chroni mnie za bardzo. Nie toleruje żadnych osób trzecich, które ośmielają się
wejść pomiędzy nas. Jawnie pokazuje swoje niezadowolenie, kiedy próbuję
przyciągnąć do siebie innych ludzi. Traktuje mnie jak swoją świętość, którą
ktoś z zewnątrz może łatwo sprofanować. Mówi, że czasem odczuwa w stosunku do
mnie chęć posiadania, a ja dojrzewam poprzez moje związki z innymi. Jak mam z
nich zrezygnować? Jak mam zrezygnować z romansu rozmowy, wymiany poglądów i
twórczej inspiracji? Jak mam zrezygnować z pasji odkrywania drugiego człowieka?
Zostanę z Nim choćby nie wiem co, bo skoro On już teraz nazywa mnie swoją
rodziną, to nie mam prawa Mu tego odbierać. Boję się tylko, że moja forma
miłości jest niedoskonała i nie udźwignie ciężaru stałości i zobowiązań. Nie
kocham Go przecież ani bezgranicznie, ani zachłannie, ani ślepo, ale
jednocześnie staram się robić coś, na co On nie potrafi się zdobyć w stosunku
do mnie – daję Mu pełne prawo do bycia sobą i na obecnym etapie naszego
wspólnego życia nie stawiam przed Nim tyle oczekiwań, co On przede mną. Tylko
nie wiem czy to dobrze, że nie czuję do Niego tego, co On do mnie. Chcę
chronić, ale chyba nie potrafię posiadać. Jestem z Nim nie dlatego, że pociąga
mnie fizycznie, ale dlatego, że jest przyjacielem, a z pewnych względów związek
z Nim wpisuje się w mój idealizm i tylko dzięki temu potrafię się w niego zaangażować.
Po prostu widzę jak wiele możemy dać sobie nawzajem z pozamaterialnego punktu
widzenia i jak dobrze jesteśmy do siebie dopasowani, jeśli chodzi o naukę
dojrzałości: prowokowania sytuacji, które pozwalają stawić czoła naszym demonom
i zmiany toksycznych wzorców postępowania z przeszłości. Wierzę w powinowactwo
dusz i w to, że D nieprzypadkowo trafił na mnie w parku w tak nieoczywistych
okolicznościach, w jakich znalazłam się ponad 3 miesiące temu. To spotkanie
było z góry przesądzone. Było zbyt niesamowite, żeby uważać inaczej. Dziś już
wiem, że moja miłość nie ma wiele wspólnego z płciowością. Z mojej strony to
nie tylko „chemia” zmysłów, bardziej – ciekawość i zaintrygowanie jednostką
ludzką. Już nie wiem co jest gorsze – burza hormonów, ulotna euforia, maniakalna
obsesja, miłosny amok i zwierzęce pożądanie czy wystudiowane badanie,
filozoficzne doświadczenie, laboratoryjny eksperyment, dogłębna mentalna wiwisekcja
wynikająca z fascynacji ideą człowieczeństwa i jej przejawami..?
***
Czasami mam ochotę rzucić wszystko i
wyjechać gdzieś daleko. Być tylko sama ze sobą, z dala od cywilizacji, z dala
od zdrad, pożądań i oczekiwań innych ludzi tylko po to, by celebrować każdą
chwilę samotności i żyć pełnią życia: bez zniewolenia ram, w jakie próbuje
wpasować mnie społeczeństwo. Tu prawie nic nie jest takie, jakie być powinno.
Widzę dookoła tyle przykładów upodlenia człowieczeństwa, niewolnictwa
kolektywnej świadomości, tyle skrzydeł złamanych przez kompleksy. Mam dość i
chyba nigdy nie przestanę się buntować. Mam dość tego, że ludzie lgną do siebie
w akcie desperacji i z emocjonalnego głodu. Nie widziałam tu jeszcze zdrowej
relacji międzyludzkiej. Sama nie potrafię takiej stworzyć. Potrzebuję
wyzwolenia i potrzebuję zbawienia.
środa, 30 grudnia 2015
Trans jest muzyką dla marzycieli – powiedziała mi J. D
daje on poczucie nieskrępowanej wolności i wszechmocy. W jakiś sposób dźwięki
są w stanie oderwać nas od rzeczywistości i ponieść do innego świata. Każdy
dostaje w nim to, czego potrzebuje. Ale chociaż muzyka jest piękną modlitwą,
która daje ukojenie nadwyrężonym zmysłom, to ma też swoje drugie oblicze, bo
wszystko co odciąga nas od rzeczywistości jest nienaturalną formą, która
zniewala. Dlatego choć muzyka jest kluczem prowadzącym do innego świata, to
potykalibyśmy się bez uziemienia. Przecież Ikar zginął, bo leciał zbyt blisko
Słońca.
Przekonałam
się, że najlepiej oczyszcza nie to, co anielskie, ale to, co skalane i brudne,
czyli to, co dogłębnie ziemskie, bo ten świat jest tak urządzony, że tylko
przechodząc przez piekło możemy dostać się do nieba. I jest jakaś przewrotna,
surowa sprawiedliwość w tym, że do nieba nie da się polecieć na skrzydłach bez stawiania
stóp na ziemi. Tam trzeba wspinać się po drabinie mocno osadzonej w ziemskiej
rzeczywistości. W końcu nasza wielkość wcale nie polega na tym, żeby nigdy nie
upaść, ale aby umieć podnieść się po każdym upadku.
wtorek, 22 grudnia 2015
Skończyliśmy pracę nad ranem, było bardzo
zimno. D nie pojechał do siebie, wysiadł za mną z autobusu. Powiedział, że nie
mogę spotkać się na kawie z K. chociaż dzień wcześniej mu to nie przeszkadzało.
Oskarżył mnie, że chcę Go zdradzić. Zarzucił mi kłamstwo. Wywnioskował tak na
podstawie swoich urojonych przypuszczeń, które pomylił z prawdą. Jak na ironię
to właśnie On ma za sobą przeszłość niestrudzonego imprezowicza, który co noc
spał z inną dziewczyną albo nawet z kilkoma. Szedł za mną przez całą drogę do
mieszkania tylko po to, żeby mnie oskarżać i raz po raz powtarzać, że to ja
chciałam się rozstać. Nic takiego nie powiedziałam, to D nie chciał mnie
słuchać. Kłóciliśmy się na pustej ulicy. Miałam dość, ale On nie pozwolił mi
odejść. Kiedy byłam zbyt zirytowana tym, że mnie nie słucha, próbowałam
zostawić Go i wrócić do domu, ale On chwytał mnie wtedy za rękę i przyciągał do
siebie. Wolał przedłużać agonię. Powiedział, że już mi nie zaufa, ale nie
zerwał wprost – zaproponował otwarty związek, co było jeszcze gorsze, bo chwilę
potem dodał, że mnie szanuje. Był niesprawiedliwy i bezczelny. Zgwałciłam sama
siebie, kiedy dałam mu przeczytać swoje sms – y z K tylko po to, żeby Go
uspokoić. Nie zadziałało. Czepiał się detali, a ja zaliczyłam powtórkę z
przeszłości. Nie wychodzą mi związki, choć tym razem wzięłam pełną
odpowiedzialność za swoje decyzje i działania. Przynajmniej zaczęłam szanować
siebie na tyle, żeby nie widzieć w tym wyłącznie swojej winy. On ma inaczej, bo
uznał, że był w porządku w stosunku do mnie. Stwierdził, że to ja zniszczyłam
nasz związek, a On tego nie chciał. Wiedziałam, że ma depresję i problemy,
którymi mógłby obdzielić kilku ludzi, ale nie przypuszczałam, że będzie tak
ciężko. Miałam wrażenie, jakbym dłużej będąc z Nim traciła powoli szacunek do
samej siebie i coraz bardziej obwiniała siebie, że nie jestem taka, jaką On chciałby
mnie widzieć. Nie tak powinien wyglądać związek… Naiwnie wolałam bawić się w
idyllicznego Prometeusza zamiast wziąć pod uwagę jak twarde, okrutne i
niewdzięczne potrafi być życie. Tego zimnego poranka proza życia dodatkowo zamroziła
mój umysł rozkochany w ideale, choć patrząc na siebie uczciwie nie mogę też nie
przyznać, że nie podobały mi się komplementy K. Tyle że nie mógł być to flirt,
bo K jest dla mnie aseksualny i nigdy nie zdradziłabym z nim D. Właśnie dlatego
uznałam go za bezpieczny teren, który mogę poznać i zyskać w ten sposób dobrego
kolegę. Nie przypuszczałam, że D postawi twarde warunki w postaci swojej
wypaczonej wersji „oko za oko, ząb za ząb” i próby trzymania mnie na smyczy stworzonej
z braku zaufania. To prawda, że nie wiem czy by nam wyszło, bo nie wierzę, że
na tym świecie można o czymkolwiek powiedzieć „na zawsze”, nieważne jak bardzo
bym tego chciała, ale chciałam się postarać i dać Mu to, o czym marzy. Wiem, że
nie jestem idealna. Lubię samotność, lubię się izolować i stwarzać dystans, a
do tego bywam nieprzystępna. Nie zawsze potrafię się dzielić, jestem
niecierpliwa i nie w każdej sytuacji potrafię być wsparciem. Poza tym kocham
wolność, ale dla niego postanowiłam nauczyć się kochać ją nie za wszelką cenę. Nie
chciałam kończyć tej znajomości tak szybko i w ten sposób. Dostrzegałam ogromną
wartość tego związku. Teraz już wiem, że nie jestem w stanie uratować całego
świata, ale mogę przynajmniej starać się uratować swój własny, w którym nikogo
nie ma poza mną samą. Może to zwykły egoizm, może strach przed zranieniem, a
może najlepszy i najbardziej uczciwy sposób na życie, w którym nie przywiązujesz
się do niczego i do nikogo i w ten sposób łatwiej jest Ci odejść?
piątek, 18 grudnia 2015
Może to dziwne, ale wierzę, że porządek w domu równa się
uporządkowane życie, a bałagan jest czynnikiem stymulującym rozwój chronicznych
chorób w naszym organizmie. Nie zmienia to faktu, że dopiero tuż przed przeprowadzką zorientowałam
się, jak wiele zbędnych rzeczy skolekcjonowałam przez ostatnie 2 lata. Nie
zauważyłam nawet, że jest ich tak wiele! W ramach zadośćuczynienia postanowiłam stać się minimalistką, bo nieprzywiązywanie się do rzeczy daje przynajmniej poczucie
wolności. Powinnam wziąć przykład z Indian, którzy dobrze wiedzieli, że
wszystko na tym świecie jest pożyczone, bo przychodzimy i odchodzimy z niego w
ten sam sposób – nie posiadając niczego. Jedynym, co ja chcę ze sobą przenosić
zmieniając lokalizacje, jest bagaż doświadczeń. Uświadomiło mi to wszystko
także niezamierzone i nieoczekiwane wykasowanie z mojego laptopa wszystkich
cennych dla mnie danych. Okazało się, że nie mam problemu ze zbytnim
przywiązywaniem się do przeszłości, ale nie ufam w swoje siły w 100 % - ach, bo
niepotrzebnie zapobiegawczo neutralizuję naturalny strach przed przyszłością za
pomocą rozpinania asekuracyjnej pomocniczej liny, która miałaby mnie ochronić
przed potencjalnym niebezpieczeństwem. Nie rzucam się z pełnym zaufaniem do
otwartej wody bez kamizelki ratunkowej. Na laptopie katalogowałam swoje
przemyślenia i wydarzenia z perspektywy upływającego czasu. To było kalendarium
mojej przeszłości, z której wyciągałam wnioski. To mnie określało i budowało
obraz wartości, w które wierzę, które wyznaję i których nikt nie mógł tak łatwo
obalić, poddając w wątpliwość, bo wracając do nich nieustannie przypominały mi
kim jestem i kim chcę być. Najwidoczniej byłam za bardzo zamknięta na etapie
gromadzenia danych i w końcu nadszedł czas, aby zacząć wprowadzać swoje
wartości w życie bez strachu przed odrzuceniem, krytyką czy wstydem. W końcu
nadszedł czas, żeby zderzyć się z prawdą o sobie samej, bo na obecnym etapie swojego
życia wcale nie uważam, że jestem w porządku w stosunku do innych, choć trudno
mi to przyznać. Otaczam się pięknymi wzniosłymi słowami, które są przecież martwe
i puste, dopóki nie zostaną wprowadzone w czyn, a ja chcę zmieniać się na
lepsze, więc najwyższy czas spojrzeć na siebie i zmieniać to, co mi się nie
podoba konfrontując się z nieprzewidywalną rzeczywistością. Nadszedł czas, aby
przestać uzależniać się od wiecznej retoryki w postaci pytania: „kim jestem?”,
ale zacząć szukać odpowiedzi na nie poprzez działanie i wyciągać własne wnioski.
Pora zacząć mierzyć się z losem, bo życie dostarcza mi teraz nadmiaru takich
okazji. Wokół mnie są ludzie, którzy domagają się jakiejś formy pomocy. To
sprawdzian dla mnie jak budować zdrowe relacje, w których nie ma nienaturalnego
przywiązania do drugiej osoby i w których nie zawsze jest wygodnie, ale jest za
to obecna bezwarunkowa tolerancja, wsparcie i poświęcony czas, którego nie
uznam za zmarnowany.
środa, 9 grudnia 2015
Ghost Rider
D wniknął do mojego świata jak niepozorna trucizna
i skaził go swoją niespokojną, nieukojoną, depresyjną duszą, co
przyczynia się do tego, że sama coraz częściej ucieleśniam teraz roztargnienie
i chaos, ale mimo to świadomie i z premedytacją godzę się na przeciągnie liny w
kolejnym skomplikowanym związku, które i tak będą wracać do mnie jak bumerang,
bo najwyraźniej nie odrobiłam jeszcze wszystkich lekcji. To przeklęte błogosławieństwo,
bo mimo trudności i barier braku porozumienia, takie związki kształcą przecież najbardziej,
a D jest nie tylko moim przyjacielem i partnerem, ale też nauczycielem i lustrem,
w którym przyglądam się temu, czego w sobie nie akceptuję i co odrzucam. Może właśnie
dlatego tak bardzo chcę Mu pomóc i tak bardzo chcę żeby był szczęśliwy, a
pomagając Mu i będąc z Nim uczę się przy okazji pokory, cierpliwości, oddania i
empatii dla innych i dla samej siebie. Szkoda tylko, że pora roku działa na
mnie tak zaciemniająco i znowu zaczynam szukać po omacku dróg wyjścia,
potykając się o przeszkody strachu i poczucia zniewolenia. Jesień to „upadek” (ang.
„fall”), a ja żyję w otoczeniu nawiedzających mnie zjaw i duchów oraz wśród cieni, które idą za mną krok w krok i domagają się zrozumienia,
pocieszenia i wysłuchania. Po co właściwie tu jestem? Czego chcę i co
ostatecznie chcę osiągnąć? Dobrze to wiem, ale boję się usłyszeć głośno
odpowiedź, bo to przywołuje moje demony, które udało mi się zamknąć w szafie.
Na pewno doskonale zdaję sobie sprawę, że nie zrozumiałam jeszcze lekcji o
sobie, bo D poznałam dokładnie tego samego dnia i miesiąca, kiedy poznałam
mojego eks, tyle że trzy lata później… Już wiem, że historia lubi się
powtarzać, a ten związek będzie z jednej strony czyśćcem i sądem, bo w grę
wchodzą nasze niedoskonałe, typowo ludzkie uczucia, a z drugiej przeskokiem
kwantowym na nowy poziom odczuwania i odbioru rzeczywistości. Na pewno nie
chcę, aby ktokolwiek i kiedykolwiek poczuł się zraniony, niedoceniany i
niezrozumiany, ale jeśli tak będzie, to wiem, że ja sobie poradzę, ale On za
dużo w życiu przeszedł, żeby dokładać Mu zmartwień i mam nadzieję, że chociaż
uwielbiam samotność, to mam już w sobie więcej odwagi, aby stawać się lepszym
człowiekiem, czyli potrafię udźwignąć ciężar zobowiązań, kompromisów oraz
konsekwencje związku, a także uświadomić D jego wartość i znaczenie, które nie
zmienią się bez względu na to czy będziemy razem, czy nie. Najgorsze jest to,
że im bardziej mi na Nim zależy, tym bardziej jestem niespokojna, tak jakby
uczucie do Niego zabierało coś cennego z mojego życia – wolność i zostawiało w
zamian lęk związany ze stratą i poświęceniem siebie na próżno, jeżeli nie
wyszłoby nam wspólne życie. Może faktycznie jestem egoistką? Może tak właśnie
jest, ale czy na pewno jestem nieuczciwa? Czy częściowo nie rozgrzesza mnie
silne pragnienie serca, żeby D umiał żyć dla siebie, bo to zdejmie ze mnie
odpowiedzialność za Jego los i pozwoli mi spokojnie zaczerpnąć powietrza w tej
relacji bez obaw, że mój oddech zabiera Mu tlen i odbiera życie. Boję się
popełnić błąd, ale konfrontacja pojęć osobista wolność – wzajemne sprzężenie to
pole minowe, szczególnie w naszym przypadku. Czuję się bardzo niekomfortowo z
myślą, że D złożył mi siebie w ofierze, traktując jak swój kompas wyznaczający
sens życia, który jest jedynym kołem ratunkowym chroniącym Go przed skokiem w
bezkresną pustkę, z której może już nie wrócić. To szantaż, którego On nie
widzi. Ja z kolei godzę się na Jego reguły gry, bo nie poradzę sobie jeśli D
kolejny raz będzie chciał popełnić samobójstwo, tym razem przeze mnie. Czasami
ten strach mnie paraliżuje, tak samo jak niepewność, bo póki co nie mam pojęcia,
ile ten związek mi jeszcze da, ile zabierze i co najważniejsze – jak długo
potrwa, ale wiem, że siedzę w nim po uszy i nie mogę się wycofać, a jeśli nam
się nie uda zanim D przejdzie metamorfozę, to wyrzuty sumienia złamią mi
skrzydła i doprowadzą do samobiczowania psychicznego, które zmniejszy moje
poczucie wartości do punktu poniżej zera i wpędzi do piekła. Nie chcę znowu rozpaść
się na kawałki i płacić zbyt wysokiej ceny za swoją słabość, arogancję i
porywanie się z motyką na słońce, bo tym razem to już nie jest zabawa w dom,
która skończy się kilkoma niewinnymi siniakami i połamanymi zabawkami. Tym
razem konsekwencje mogą być ogromne, a On jest zbyt dobrym i mądrym
człowiekiem, aby kończyć to życie przed czasem, bo wiele jeszcze może dać światu. Wiele też może jeszcze otrzymać. To przygnębiające, że D nie widzi swojej wartości i nie dostrzega jak jest cenny. Nie powinno tak być, że ludzie dewaluują swoje znaczenie. Z drugiej strony nie powinnam być dla Niego aż tak ważna. Żaden
człowiek nie powinien być dla drugiego wyrocznią i mojrą, bo to gwałcenie
własnego człowieczeństwa i prawa wolnej woli, ale pomimo wszystkich skaz, jakie
widzę w naszej relacji - nie umiem zostawić D dopóki się nie odbuduje i może w
tym czasie pokonam przy okazji własne lęki przed zaangażowaniem i utratą
wolności? Suma summarum chcę z Nim być do końca. Jeszcze nie wiem jak mam się
zachować, bo chcę Mu pomóc, ale On nie powinien przyjmować mojej wizji świata,
tylko odkryć swoją własną. Mogę Go inspirować, ale nie chcę, żeby stawiał mnie
na piedestale, pomniejszając swoją wartość. Powinnam teraz odnaleźć w sobie
niewyczerpane pokłady cierpliwości, wyrozumiałości, wrażliwości, ciepła,
wsparcia i oddania, bo chcę z Nim być jak najdłużej, bezgranicznie Mu zaufać i
stworzyć razem coś wartościowego, ale nie zniosę symbiozy, która uzależni nas
od siebie nawzajem poprzez nałożenie kajdan rutynowego przywiązania,
przyzwyczajenia, prawa własności i wyrzutów sumienia. I kto wie – może kiedyś w
pokojowy sposób uda mi się wyplątać z pajęczej nici emocjonalnego uzależnienia,
w którą D mnie zwabił? Może nikt już nie zginie i wszystko ułoży się
szczęśliwie jak w bajce? Może uzdrowimy siebie nawzajem? Jedno jest absolutnie
pewne – widzieć światło w ciemności – to mój cel na najbliższe posępne
tygodnie, bo lepiej jest zapalić świeczkę niż przeklinać ciemność. Tak więc
unoszę się na oceanie własnych lęków, bo z chwilą, kiedy przestanę wierzyć, że
potrafię chodzić po wodzie – spadnę w ciemność.
Subskrybuj:
Posty (Atom)