wtorek, 7 stycznia 2014

All roads lead to Rome (15)

POWRÓT




Do Norwegii wróciliśmy samolotem z Katowic. Przylecieliśmy do Bergen. Z lotniska dostaliśmy się do centrum, skąd odjeżdżały autobusy do Haugesund. W każdym razie tak zakładaliśmy, bo już na miejscu okazało się, że żaden z autobusów nie jedzie do domu. Wsiedliśmy w taki, którego trasa mniej więcej pokrywała się z naszą. W efekcie wylądowaliśmy pośrodku niczego, 60 km od domu. Było ciemno i nigdzie nie było widać żadnych oznak cywilizacji. Byłam zmęczona i głodna. I. nie narzekał, ale wiem, że był zgaszony po wypadku, chociaż starał się tego nie okazywać. Większość ludzi wraca z wakacji z opalenizną, a my wróciliśmy przemarznięci, zmęczeni i obolali.

Żeby nie tracić czasu, zaczęliśmy iść w kierunku domu. B. miał po nas przyjechać i zabrać nas gdzieś po drodze. Niestety zabłądził… Czas mijał, a my szliśmy dzielnie poboczem drogi. Musieliśmy być zjawiskiem w tym miejscu, gdzie nikt nie przechodzi, w dodatku o takiej nocnej porze. Zagubieni wędrowcy, zmierzający w nieokreślonym kierunku. Z plecakiem turystycznym, śpiworem i whisky. Kierowcy byli wyraźnie zaintrygowani naszym widokiem. W pewnym momencie miałam kryzys wywołany irytacją, że B. może w ogóle nas nie znaleźć. Była w końcu już 1 – sza w nocy. Znieczuliłam się whisky, podczas krótkiego odpoczynku przy znaku drogowym. Uspokoiło mnie to. Był On. I był Jack Daniel’s, a w tym momencie nie potrzebowałam już nikogo więcej. Zmęczenie przestało być tak uciążliwe. Wtedy B. znalazł nas w końcu. Byłam już lekko wstawiona, więc prawie od razu zasnęłam na tylnym siedzeniu samochodu. Czułam bezgraniczne zaufanie, spokój i bezpieczeństwo. Nie słyszałam nawet, o czym rozmawiali. To nie było w tej chwili ważne. Wróciliśmy do domu. Czułam lekką nostalgię, ale jednocześnie ufność, że każdy koniec jest nowym początkiem. 



RETURN

We came back to Norway by plane from Katowice. We arrived in Bergen. From the airport, we got to the center, where the buses departed to Haugesund. We were sure about that, but already in place, it turned out that none of the buses go to home. We took the one which track was more or less coincide with ours. As a result, we fetched up in the middle of nowhere, about 60 km away from home. It was dark and no sign of civilization. I was tired and hungry. I. didn’t complain but I know that He was extinguished after the accident, He just tried not to show this. Most of the people are coming back from holiday with a tan, we came back freezing, tired and achy.

We didn’t want to waste time so we started walking toward the home. B. had come for us and take us somewhere along the way. Unfortunately, he lost his way... Time passed by and we walked bravely roadside. We had to be a phenomenon in this place, where no one walks, especially in the night. Lost hikers who tended towards an unspecified direction. With backpack, sleeping bag and whiskey. The drivers were very intrigued by our view. At one moment, I had the crisis caused by irritation that B. can’t find us for so long time. It was 1 o’clock in the morning after all. While a short stop at the road sign, I “anesthetized” myself with the aid of whiskey. Alcohol reassured me. He was with me. And Jack Daniel 's was too. At this point, I didn’t need no one else. Fatigue ceased to be so onerous. Then B. finally found us. I was just a little inserted so I almost immediately fell asleep in the back seat of the car. I felt boundless confidence, peace and security. I didn’t even hear what they are talking about. It was not important at the moment. We returned home. I felt a little bit nostalgic but I also trust that every end is a new beginning.






poniedziałek, 6 stycznia 2014

All roads lead to Rome (14)

ZA POLSKĄ GRANICĄ - LIVE TO RIDE, RIDES TO LIVE

  •     O sile i determinacji;
  •     O prawdziwej męskości.


Mieliśmy wypadek. Przy prędkości 5 km/h. Nie zdążyliśmy nawet wyjechać z hotelowego parkingu. Motor przewrócił się na ulicy, bo nie zdjęliśmy zabezpieczającej kłódki. Od tego zdarzenia zaczęłam doceniać wartość i znaczenie drugiej filiżanki kawy o poranku. Konsekwencje tych kilku sekund upadku odczuliśmy długoterminowo, chociaż to I. przyjął na siebie cały ciężar uderzenia – istniało bardzo duże ryzyko, że ma złamaną lewą rękę. Ja wyszłam z zajścia bez szwanku fizycznego, jedynie z drobnymi zadrapaniami, w stanie lekkiego szoku i poczucia niedowierzania. Motor został uszkodzony – rozbiła się m.in. szyba osłaniająca przed wiatrem. Odbieram tę sytuację i wszystko, co się później działo, jako trudną lekcję znienawidzonego przedmiotu w szkole. Nie ma złych wydarzeń, jeżeli wychodzi się z założenia, że każde uczy i z każdego można wyciągnąć wnioski na przyszłość. Okazuje się, że jeszcze dużo muszę się nauczyć… W każdym razie tego dnia przejechaliśmy jeszcze około 1000 km w ciągu 12 godz., by zostawiając za sobą Włochy, Austrię, Niemcy i Czechy, trafić ostatecznie do Ustronia, gdzie mieszka rodzina I.. Nie czułam zimna w Alpach. Nie myślałam o fizycznym zmęczeniu, mimo że godziny mijały i zaczęło się ściemniać. Obudziłam się dopiero w Czechach. Tamtejsze drogi potrafią skutecznie wybudzić z letargu. No i zaczęłam drżeć z zimna. Ostatnim zagranicznym etapem naszej podróży motocyklowej, było przekroczenie magicznej granicy dzielącej czeski i polski Śląsk Cieszyński. Nie rozmawialiśmy prawie w ogóle podczas jazdy. Miałam uczucie jakbyśmy przekraczali razem kolejno granice światów, ale każde z nas było zamknięte w swoim własnym. Dystans i ucieczka. Tak trudno się od tego uwolnić…




***

Do dzisiaj nie wiem, jak I. zniósł trasę po wypadku. Trzeba mieć w sobie niezmierzone pokłady siły i hartu ducha, żeby tego dokonać. Pomimo ogromnego bólu, nie poskarżył się ani razu, chociaż cierpienie miał wypisane na twarzy i w każdym ruchu. Co więcej, potrafił też wciąż myśleć o mnie, dbać o moje potrzeby i troszczyć się o moją wygodę. Nie myślał w ogóle o sobie. Przypomniałam sobie wtedy jedną z naszych rozmów o męskości i o tym, co to tak naprawdę znaczy. Zarzuciłam wtedy I., że jest zbyt wrażliwy, a u faceta taka wrażliwość to wada. On zaczął dociekać jakich to „prawdziwych” mężczyzn znałam w przeszłości – to nie była zbyt miła rozmowa. Wiem, że jestem czasami infantylna, okrutna, może nawet niesprawiedliwa, ale mam jeden cel zachowując się w ten sposób – usiłuję sprowokować Jego ripostę. To tylko pretekst do poważnej rozmowy, do której czasami dążę, stosując bezlitosne środki, zwłaszcza kiedy jestem już sfrustrowana poczuciem, że jest to misja niemożliwa i w żaden sposób nie mogę osiągnąć celu. Ani groźbą, ani prośbą. Najczęściej dzieje się tak, że kiedy ja potrzebuję poważnej rozmowy, to On jest tym bardziej nonszalancki, lekceważący, beztroski i złośliwy, bo uwielbia się ze mną droczyć. Trudno jest mi się z tym pogodzić i zaakceptować po prostu ten stan rzeczy.

W każdym razie w momencie, w którym obserwowałam Jego zachowanie podczas 1000 – kilometrowego powrotu do domu, zdałam sobie sprawę, czym tak naprawdę jest prawdziwa męskość. Wystarczyło, że spojrzałam na I.. Nawet po wypadku byłam pewna, że jeżeli ponownie wsiądziemy na motor, to skończymy podróż zgodnie z planem. Bo On był ze mną. Znam I. na tyle, żeby wtedy bezgranicznie w Niego uwierzyć.



ACROSS A POLISH BORDER - LIVE TO RIDE, RIDES TO LIVE

• about the strength and determination;
• about a true manhood.


We had an accident. At a speed of 5 km / h. We even didn’t manage to get out of the hotel parking. Motor just fell on the street because we didn’t take off the safety lock. Since that incident, I started to appreciate the value and importance of the second cup of coffee in the morning. We felt the consequences of those few seconds in long-term, although I. took almost whole burden of the stroke - it was a very high risk that His left hand was broken. I escaped from the incident with life and limb – with only minor scratches. I was a little bit appalled. Motor was damaged – for example, the glass shielding against the wind shattered. I take this situation and everything afterwards as a difficult lesson of hated subject in school. There are no bad events and experiences, if you realized that everything what happen can be a lesson. It turns out that I still need to learn a lot... In any case, that day we rode about 1000 km by 12 hours. We passed by Italy, Austria, Germany and the Czech Republic and finally got to the polish Ustron, where live the I.’s family. I didn’t feel cold in the Alps. I didn’t think about the physical fatigue although the hours passed by and it started to get dark. I finally woke up in the Czech Republic. Rustic roads can successfully wake up from slumber. Well, I started to shiver with cold. The last stage of our motorcycle’s trip was crossing the magical line between the Czech and Polish Silesia. We almost didn’t talk while driving at all. I had the feeling as if we crossed the borders of different worlds together, but each of us was closed on our own. Distance and escape. It is so hard to break free...

***

To this day, I don’t know how I. endured the route after the accident. He has the boundless strength and fortitude inside Himself. He didn’t complain even once, despite great pain which was all over His face and in every moves. What's more, He could still think of me, take care of my needs and take care of my convenience. He was not thinking about Himself at all. Then, I remembered one of our conversations about masculinity and what this word really means. I accused Him for being too sensitive. He began to inquire, what is the "real" men I knew in the past - it was not very pleasant conversation. I know, I'm sometimes childish, cruel, perhaps even unfair but I have one aim behaving this way - I'm trying to provoke His retort. It's just an excuse for a serious conversation, to which I sometimes aspire using ruthless methods, especially when I'm frustrated that it is an impossible mission and this is no way, I can achieve my goal. Neither threats nor requested. Most often happens that when I need a serious conversation, He begin the more flippant, irreverent, carefree and mischievous because He loves to tease me. It's hard for me to accept the status quo.

In any case, at the time, where I watched His behavior during the 1000 - kilometer return home, I realized what really means “true manhood”. I understand that when I looked at Him. Even after the accident, I was sure that if we get back on the motorbike, we finish the journey as we planned. Because He was with me. I know Him enough to believe in Him implicitly

czwartek, 2 stycznia 2014

All roads lead to Rome (13)

WENECJA – MIASTO DLA KOCHAJĄCYCH WODĘ I NIENAWIDZĄCYCH KORKÓW ULICZNYCH






Myślą przewodnią naszej podróży był triumfalny wjazd do Rzymu na motorze. Rzym był głównym celem, ale to Wenecja okazała się nieoczekiwanym ukoronowaniem tej wyprawy. Nawet pomimo że musieliśmy zostawić motor – w końcu symbol tej wycieczki, już po wjeździe do miasta i na cały czas zwiedzania. Pokochałam Wenecję już na starcie za to, że to jedyne włoskie miasto, gdzie nikt nie trąbił i nie wymuszał pierwszeństwa na drodze. Miasto na wyspie, otoczone wodą, rządzi się w końcu swoimi prawami i jest w związku z tym miastem bez samochodów i bez korków, gdzie transport wodny jest jedynym, który ma rację bytu. Jest za to miastem kanałów (słynny Kanał Grande), mostów (Most Westchnień, Most Rialto), schodów i pływających pałaców. Unikalnym i zachwycającym tworem, jakby nie z tego świata, ale jednocześnie miejscem ekstremalnie trudnym do życia, przynajmniej w swoim historycznym centrum.








Wyruszyliśmy na spacer wzdłuż kanałów, do centrum miasta. Po wodzie pływały charakterystyczne gondole. Dookoła było mnóstwo turystów, zajmujących każdą wolną przestrzeń, której i tak nie było zbyt wiele. Większość zmierzała w tym samym kierunku, do serca tego pięknego miasta i miejsca kultu jego patrona. My również próbowaliśmy przedostać się bezpośrednio na Plac Św. Marka, ale ta misja okazała się trudniejsza niż przypuszczałam. Zagubiliśmy się w labiryncie wąskich uliczek, poprzecinanych kanałami. Błądząc i próbując znaleźć właściwą drogę wśród tłumu innych turystów. Nie było łatwo. Ale było pięknie. Klimatyczne uliczki były zapełnione sklepikami, wystawami, knajpkami, które bardzo skutecznie przyciągały turystów i pochłaniały czas. My nie pozwoliliśmy sobie na ten luksus. Naszą misją był Plac Św. Marka i nic nie mogło nam w tym przeszkodzić czy rozproszyć naszej uwagi. Było warto. Kiedy w końcu trafiliśmy na właściwe miejsce zaczynała się powoli wieczorna szarówka, ale mimo to punkt kulminacyjny naszych poszukiwań był oszałamiający. Już sam Plac, po błąkaniu się w kłębowisku ciasnych uliczek, robił wrażenie otwartej przestrzeni. Co prawda nieco zalanej wodą, ale orzeźwiająco potrzebnej. A od Bazyliki Św. Marka wprost nie można było oderwać oczu. Kusiła i uwodziła pięknem i bogactwem architektonicznych zdobień. Poza słynną Bazyliką na Placu znajdują się również inne znane zabytki. Są to: Pałac Dożów z przepiękną fasadą, składającą się z mnóstwa łuków, które nadają budowli lekkości, Wieża zegarowa z misternym zegarem astronomicznym, pokazującym godziny, pory roku, fazy księżyca oraz położenie słońca w poszczególnych znakach zodiaku oraz Dzwonnica św. Marka. Na Placu Św. Marka zabrakło mi tylko jednego oczekiwanego przeze mnie elementu – miliona gołębi w pobliżu. Obecność nielicznych reprezentatywnych jednostek była zaskakująca. Zastanawiam się, gdzie się podziała reszta? Turystów było zdecydowanie więcej…







***

Po nacieszeniu oczy Placem Św. Marka, wyruszyliśmy w drogę powrotną do motoru, żegnając się powoli z Wenecją i z Włochami. Kiedy przybyliśmy do Wenecji pogoda była wciąż piękna i słoneczna. Niestety tuż za miastem, niebo złowieszczo pociemniało, zerwał się silny wiatr i zaczęło mżyć. Okoliczności przyrody wskazywały jednoznacznie na początki trąby powietrznej, co w sumie nie dziwi, biorąc pod uwagę dość wysoką temperaturę powietrza tego dnia, w sąsiedztwie tak dużej ilości wody. Postanowiliśmy nie ryzykować i zatrzymać się w najbliższym weneckim hotelu.



VENICE – CITY FOR WATER LOVERS AND TRAFIC JAMS HATERS




The keynote of our trip was a triumphal entry to Rome on a motorcycle. Rome was the main aim but it unexpected turned out that Venice was a culmination of our trip. Even if we had to leave the motor - a symbol of the tour, just after when we drove into the city and for the entire duration of the visit. I loved Venice from the start because it is the only Italian city where no one trumpeted and enforced priority on the road. City on the island, surrounded by water, has own rights, therefore this is city without cars and without traffic jams, where water transport is the only one which has a right to exist. It's the city of canals (the famous Grand Canal), bridges (Bridge of Sighs, Rialto Bridge), stairs and floating palaces. The unique and delightful creation, otherworldly, but also an extremely difficult place to live, at least in historical center.






We set off for a walk to the city center along the canals. Characteristic gondolas floated on the water. All around there were plenty of tourists. Most of them were moving in the same direction as we, to the heart of this beautiful city and place of worship of its patron. We also tried to get directly to the St. Mark's Square. But this mission proved to be more difficult than I thought. We lost in the maze of narrow streets and canals. We were wandering and trying to find the right way among the crowd of other tourists. It was not easy. But it was beautiful. Adorable streets were filled with shops, exhibitions and restaurants, which are very effective in attracting tourists and absorbing time. We have not allowed ourselves on this luxury. Our mission was St. Mark's Square and nothing could disturb us or distract our attention. It was worth it. The evening dusk slowly began when we finally got to the right place, but still high point of our research was stunning. Even the square, after wandering in the tandle of narrow streets, gave the impression of open space. Although a bit flooded but still refreshingly needed. And I simply could not take my eyes from the St. Peter's Basilica. The building tempted and seduced because of beauty and richness of architectural ornamentation. At the square there are also other famous  monuments. These are: the Doge's Palace with a beautiful facade, consisting of a multitude of arches that give structure lightness, Clock Tower, with intricate astronomical clock showing the hours, seasons, phases of the moon and the position of the sun in different signs of the Zodiac and the St. Mark’s Bell Tower. At St. Mark's Square I missed only one item I expected - a million pigeons in the vicinity. The presence of a few representative birds was surprising. I wonder where was the rest? There were much more tourists...





***

After enjoying the St. Mark’s Square, we went back to the motor, slowly saying goodbye to Venice and Italy. When we arrived to Venice the weather was still beautiful and sunny. Unfortunately, just outside the city, the sky darkened ominously, a strong wind sprang up and it began to drizzle. Natural circumstances clearly indicate the beginnings of a whirlwind, which is not surprising, given the relatively high temperature of the air that day, in the vicinity of such a large amount of water. We decided not to risk and stay on night in a hotel near Venice.










poniedziałek, 23 grudnia 2013

Świąteczne życzenia

Magicznych, pachnących i spokojnych
Świąt Bożego Narodzenia oraz

miłości, szczęścia i spełnienia wszystkich marzeń

w Nowym Roku. J

niedziela, 22 grudnia 2013

All roads lead to Rome (12)

WERONA –  PRÓBA WSKRZESZENIA DUCHA ROMANTYZMU W MIEŚCIE ZAKOCHANYCH



Zwiedzenie kilku miast na trasie Norwegia – Włochy, zaowocowało pewnym mechanizmem w naszym kontakcie z każdą nową obcą metropolią, która była przystankiem podczas drogi powrotnej do domu. Po przekroczeniu symbolicznych „bram” miasta, staraliśmy się ogarnąć całokształt, bacznie obserwując i chłonąc atmosferę. Byliśmy świadomi zabytków, obecnych w danym miejscu, które są odwiecznym celem pielgrzymowania turystów. Problem stanowiło jedynie zlokalizowanie tych miejsc w rozległej urbanistycznej przestrzeni. Rozwiązaliśmy to w możliwie najlepszy dla nas sposób, gwarantujący nam pełną swobodę i niezależność – po prostu na miejscu kupowaliśmy mapę turystyczną. Posiłkując się dodatkowo nieocenionym GPS – em, własnymi zmysłami oraz intuicją, byliśmy całkiem nieźle przygotowani. Nie oznaczało to jednak, że całkowicie wyeliminowaliśmy problem błądzenia. To mimo wszystko wciąż był jeden ze standardów naszego zwiedzania, ale miało to swój niezapomniany wdzięk i urok niespodzianki.




Po pierwszym spojrzeniu na Weronę miałam wrażenie, że jest to nowoczesne przemysłowe miasto, dalekie od moich stereotypowych wyobrażeń pełnych romantycznych uniesień związanych z tragiczną historią Romea i Julii, umiejscowioną właśnie na ulicach Werony. Dodatkowo zwiedzaliśmy miasto w strugach padającego deszczu, co nie było zbyt komfortowe. W końcu jednym z najważniejszych celów naszych wakacji było pochłanianie słońca w każdej dawce. Niestety pogoda nas nie rozpieszczała, a Werona również nie wyłamała się ze schematu i przywitała nas deszczową pogodą. Poza tym dość szybko przekonałam się, że romantyzm w dzisiejszych czasach jest często trochę staromodnym i zakurzonym pojęciem. Początkowo trudno było go odnaleźć w Weronie, która wydawać by się mogło powinna z tego słynąć. 












Zwiedzanie rozpoczęliśmy od gotyckiego Zamku Castelvecchio nad rzeką Adygą oraz spaceru po masywnym ceglanym Moście Castelvecchio (Ponte Scaligero). Następnie przechadzaliśmy się w obrębie 3 weneckich placów:

  •      największym z nich – Piazza Brá, gdzie zlokalizowana jest starożytna Arena – trzeci pod względem wielkości rzymski amfiteatr;

  •    najbardziej poetyckim – Piazza dei Signori z pomnikiem Dantego i pięknym wewnętrznym dziedzińcem Palazzo del Comune z XV – wiecznymi schodami;

  •    najbardziej funkcjonalnym i praktycznym – Piazza dell’Erbe (z fontanną Madonna Verona pośrodku), gdzie odbywa się targ warzywny i gdzie są zlokalizowane różne gastronomiczne punkty.











W pobliżu Piazza dei Signori udało nam się dostać do niezwykłego i efektownego Grobowcu Scaligerich (Arche Scaligere) – rodu, który bardzo długo panował w Weronie i odcisnął swe piętno na tym mieście. Grobowiec składa się z 5 sarkofagów członków rodziny della Scala. Nad każdym z nich górują baldachimy ozdobione mnóstwem wieżyczek. Gotycki zabytek odizolowany jest od ulicy żelazną kratą. Trzeba przyznać, że jest absolutnie intrygujący, pobudzający wyobraźnię i absorbujący uwagę.






Tradycyjnie w jednym z okolicznych kiosków kupiliśmy pocztówki na pamiątkę. Przy tej okazji I. ustalił swój „cennik”, jako że to On płacił za wszystko. Każda wybrana przeze mnie kartka „kosztowała” mnie jednego buziaka.




Na koniec wałęsaliśmy się trochę po mostach nad brzegiem Adygi (m.in. Ponte Nuovo) i obserwowaliśmy Weronę z tej dalekiej perspektywy. Z mostu widzieliśmy Kościół Św. Anastazji – największy w mieście.







Nie dotarliśmy do obiektów związanych z mitycznym romansem Romea i Julii, choć jest to wizytówka Werony, magnes na turystów. Starając się nie deprecjonować walorów miasta, w tym także jego zabytków, muszę uczciwie przyznać, że miasto mnie nie zachwyciło i szczerze wątpię czy wizyta w Domu Julii z kultowym balkonem, czy też odwiedziny jej Grobu, bardzo wpłynęłyby na zmianę mojego zdania odnośnie klimatu Werony. Uważam, że niestety jest trochę przereklamowana, ale jest to tylko moja subiektywna ocena. Na pewno warto zajrzeć do Werony, by samemu przekonać się o atrakcjach, jakie oferuje to miasto i przeżyć tu swoją własną historię. Być może równie romantyczną jak historia szekspirowskich kochanków? Oby nie tak tragiczną. J




VERONA – AN ATTEMP TO RESURRECT SPIRIT OF ROMANTICISM IN TOWN  OF LOVERS


After paying visits to several cities from Norway to Italy, we created some mechanism in our contact with each new metropolis, which was a stop on the way back home. After crossing the symbolic "gates" of the city, we were trying to grasp the whole: we were observing closely and absorbing the atmosphere. We were aware of the historical sights, which are the eternal purpose of pilgrimage tourists. The only problem was the location of these places in a large urban area. We solved it in the best possible way which guarantee us freedom and independence – we just bought the tourist map on site. We also used GPS, our own senses and intuition. I think we were pretty well prepared. However, this didn’t mean that we completely eliminated the problem of wandering. After all, it was still one of the standards of our tour but it brought charm of surprises also. 




When I first looked at Verona, I had the impression that it is a modern industrial city, which is far  from my stereotype of romantic love and tragic story of Romeo and Juliet, positioned on the streets of Verona. In addition, we did sightseeing the city in the rain, which was not comfortable. Finally, one of the most important aims of our holiday was to absorb sunlight at any dose. Unfortunately, the weather was not so good for us and also in Verona we were greeted by rainy weather. Besides, I found out pretty quickly that romanticism in modern times is often a little old-fashioned and dusty concept. Initially, it was difficult to find it in Verona, which seem to me should celebrated romanticism.











We started our tour of visit to the gothic Castle Castelvecchio on the Adige River and the massive Castelvecchio Bridge (Ponte Scaligero). Then we strolled within three Venetian squares:

  •    the biggest of them - Piazza Brá, where is located the ancient Arena - the third largest Roman amphitheater;

  •       the most poetic - Piazza dei Signori with the statue of Dante and a beautiful inner courtyard of the Palazzo del Comune, with XV - century stairs;

  •     the most functional and practical - Piazza dell'Erba (with a fountain of Madonna Verona in the middle), where is the vegetable market and where are located various restaurants.







Near the Piazza dei Signori we were able to get to the amazing and spectacular Tomb Scaliger (Arche Scaligere) - the family who is very long reigned in Verona and has left mark on the city. Tomb consists of five sarcophaguses of della Scala family members. Above each of them there are canopies which are decorated with lots of turrets. Gothic monument is insulated from the street by iron railing. I must admit that it is absolutely intriguing, stimulating the imagination and absorbing attention.





Traditionally, in one of the nearby kiosk, we bought postcards as souvenirs. On this occasion, I. arrive at a His own price, because He paid for everything. Each card choose by me "cost" me a kiss.





At the end, we wandered a bit on the bridges on the banks of the Adige River (including the Ponte Nuovo) and watched Verona to the distant perspective. From the bridge we saw the Catholic St. Anastasia’s Church - the largest church in the city.







We didn’t visit places associated with the mythical romance of Romeo and Juliet, although it is a showcase of Verona, a magnet for tourists. Trying not to depreciate the advantages of the city, including its sights, I honestly admit that the city didn’t amaze me. I doubt whether a visit to the home of Juliet with the legendary balcony or a visit to the Juliet’s tomb, will much change my mind about Verona. Unfortunately, I think that Verona is a little overrated but this is only my subjective opinion. Definitely, it is worth to visit Verona by yourself to find out about attractions offered by the city and experience your own story here. Perhaps, as romantic as the story of Shakespeare's lovers? I hope that not so tragic. J